00:46:00

OffMatka w teatrze na „Śmierć i… gniot” (odc.2 z cyklu lajfstajl)

Nareszcie! Wybierałam się na głośny spektakl „Śmierć i dziewczyna” od dłuższego czasu, w końcu małżonowi udało się upolować bilet, i to wcale nie w ostatnim rzędzie tylko w pierwszym i nadszedł ten dzień. Co prawda w piątki mam zazwyczaj padakę psycho-fizyczną po tygodniu ogarniania domowego psychiatryka, ale wewnętrzna potrzeba świeżego łyka kultury była silniejsza.
Oczywiście najsilniejszym bodźcem była ciekawość, skandal wokół spektaklu był hmm... zachęcający.
Lubię teatr. Lubię człowieka na żywo i emocje jakie niesie za sobą jego zaangażowanie. Im większe, tym bardziej się wciągam. Obojętnie czy to dramat i ryczę, czy komedia i się śmieję, ma być tak, żebym zapomniała o świecie i zainspirowała się do czegoś twórczego. Im bardziej mnie przeciągnie emocjonalnie, tym spektakl uważam za lepszy.

Zasiadłam. Akcja rozpoczyna się aktorską sceną seksu w świetle stroboskopów, z techno w tle. Nic szczególnego. I tak nieszczególnie, a nawet dużo gorzej, jest przez całe 140 minut. A „spektakularne” sceny kopulacji mają miejsce dwa razy po kilkanaście sekund. Po co one w ogóle są?

Po godzinie chciałam wyjść, a nawet uciec. Ale nie, stwierdziłam, że dam twórczyni szansę. Chciałam dowiedzieć się, o co jej chodzi. Sztuka jest najbardziej niezależną formą przekazu. Ale raczej nie lubię się domyślać o co twórcom chodzi, obawiam się niepotrzebnej nadinterpretacji, potrzebuję raczej prostej metofory.

Aktorzy większość czasu milczą, siedzą albo świecą gołym tyłkiem. Gry aktorskiej mało, sceny przydługie, zbytni chaos albo irytujące pauzy, sporo ćwiczeń gimnastycznych, melodii na fortepian (zdecydowanie wolałabym pójść po prostu na ich koncert), tańca świateł i zmian scenografii. Gdyby grali bez tej całej otoczki, masek i gołych tyłków np. na wrocławskim placu gołębim, ludzie zapadliby w zbiorową śpiączkę!

Fabuła miesza się i wlecze, jeśli w ogóle jakaś jest (według znawców jest, ale według mojej oceny nie bardzo). Czuję się jak na próbie amatorskiego przedstawienia. Reżyserka w swoich wizjach miesza różne, czasem banalne, nie związane ze sobą wątki, które nie wiadomo po co są.
Ten rodzaj przekazu odbija się ode mnie jak piłka. Realistyczne sceny lekcji nauki gry na instrumencie, w szkole muzycznej. Dosłowne, jak w życiu, oczywiste. I obok sceny metaforyczne, aktorzy stojący w rządku grają palcami, albo jeden uprawia dziki taniec nie nawiązujący do niczego, albo wszyscy wiją się po podłodze na golasa. Nie widzę spójności pomiędzy wizją prawdziwego życia a sztuką, może jestem na to zbyt  ograniczona i ta sztuka jest tylko dla wybranych? A może to eksperyment? Może jednak pseudo sztuka?

Nie wiem co autorka chciała w sumie pokazać i dlaczego zrobiła to takie długie, można było wyrzucić sceny milczenia i wyszło by dużo krócej, prężniej, może smutniej, może piękniej.

Serio - pomyślałam co mogłabym kupić za te 50zł, które małżon poświęcił na bilet, z pewnością dwie paczki Toujoursów i coś dla siebie słodkiego – coś, czego teraz nie mam, a pragnę włożyć do ust, żeby osłodzić tę nudę.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 OffMatka , Blogger