Nerwica jako język ciała. Co nasila objawy a co daje ulgę?


Nie będzie o tym, czym jest nerwica.
Nie będzie suchych faktów, terapeutycznego dziennika ani studiowania tematu.
Nie będzie instrukcji, obietnicy „jak wyjść” z nerwicy, nie neguje też psychologii.
Tekst pokazuje perspektywę biologiczną i osobistą. Obiecuję, że przyniesie Ci ulgę.

Więc jak to się czuje, kiedy ciało przejmuje stery?




Samo słowo nerwica jest w perspektywie psychologicznej z marszu kliniczne i kojarzone z „czymś do przepracowania”. Ale nerwica nie jest wadą psychiki, jest językiem ciała. Dlatego tym razem nie będzie o nerwicy. Będzie o odzyskaniu zaufania do ciała. Ciała, które nie wytrzymało.


Kiedyś analizowałam, brałam odpowiedzialność za objawy, miałam poczucie, że „coś ze mną nie tak”. Nerwica była problemem do rozwiązania. I kiedy objawy nerwicy wracały znów szukałam w sobie winy.
Szukałam przyczyny.  Analiza, odpowiedzialność, kontrola.
Przez lata myślałam, że to lęk. Szukanie znaczeń: stres, żałoba, alkohol, terapia.
Kiedyś było napięcie i był wstyd.
Paradoksalnie im więcej wiedziałam, tym bardziej próbowałam to kontrolować.
Ale nerwica nie wraca dlatego, że czegoś nie przepracowałaś.

Wraca wtedy, gdy ciało mówi: to było za dużo.


To nie ja się rozsypałam. To mój układ nerwowy nie wytrzymał. Nerwica to nie słaba psychika. To przeciążony układ nerwowy. Pierwsze objawy nerwicy pojawiły się, kiedy miałam 19 lat, po bardzo trudnych doświadczeniach. Jakie są objawy, które wyglądają jak „coś ze mną nie tak”? 

  • z ciała - ataki paniki jako reakcje somatyczne, przebodźcowanie, wyczerpanie, bezradność, mdłości i wymioty, kołatania serca, ucisk w klatce piersiowej i duszności, zawroty głowy, uczucie omdlenia "nogi z waty", drżenie, mrowienie, drętwienie kończyn, napięcie mięśni, bóle karku, szczękościsk, biegunki, „ściśnięty” żołądek, uczucie gorąca lub zimna, poty; derealizacja, depersonalizacja („jakbym nie była sobą”)
  • emocjonalne - nagłe napady lęku bez „powodu”, poczucie zagrożenia mimo obiektywnego bezpieczeństwa, bezradność, panika, przerażenie, wrażenie, że „zaraz się rozsypię”, uczucie przytłoczenia drobiazgami nterpretowane jako „nie radzę sobie”.
  • poznawcze - gonitwa myśli, trudność w skupieniu uwagi, wrażenie „pustki w głowie”, katastroficzne scenariusze, natrętne myśli o śmierci lub „ucieczce” (często mylone z zaburzeniem psychicznym)
  • funkcjonalne - nadwrażliwość na bodźce, drażliwość, wybuchy płaczu lub złości, wycofanie z relacji, unikanie miejsc i sytuacji, trudność w podejmowaniu decyzji, etykietowane jako „jestem trudny, problemowy, aspołeczny”.
  • egzystencjalne - utrata sensu, poczucie odklejenia od życia, myśli: „tak się nie da żyć”, fantazje o zniknięciu, nieistnieniu (często błędnie interpretowane jako depresja, pisałam o tym tutaj).


Znam je wszystkie. Moja historia na początku zahaczyła o szpital, ośrodek leczenia nerwic i kilkuletnią psychoterapię, aż zaczęłam „normalnie” żyć. Ale momentów powrotu objawów było wiele. 

Pamiętam silne nawroty i słabsze. Pamiętam momenty, kiedy ataki paniki doprowadzały mnie do myśli samobójczych. Nie dlatego, że chciałam umrzeć, ale dlatego, że nie widziałam już sposobu, żeby to zatrzymać. Wtedy odkryłam prowadzone medytacje. Słuchałam ich w kółko. W tamtym czasie wierzyłam, że te pozytywne, budujące afrmacje mnie zmieniają, naprawiają, wyciągają z lęku.
Dziś wiem coś innego.
Medytacje pomogły nie dlatego, że zmieniły moje myślenie. Pomogły dlatego, że przeniosły uwagę z wnętrza na zewnątrz, uspokoiły ciało i zaczęły regulować układ nerwowy, w tym nerw błędny.
To nie było magiczne pozytywne myślenie. To nie była siła afirmacji. To była biologia.

Co pomogło mi teraz - po traumatycznym roku chorób, pobytów w szpitalach, panicznego strachu? Wszystkie objawy wróciły, chciałam zniknąć. W stanie paniki umysł nie jest w stanie „myśleć lepiej”.
Działa tylko to, co realnie wpływa na biochemię i fizjologię - na oddech, rytm, napięcie, pobudzenie. Dziś ta wiedza zdejmuje ze mnie winę. Bo wiem, że nie brakuje mi motywacji ani siły. Mój organizm jest po prostu w stanie, w którym nie da się siebie naprawić myśleniem.

Atak paniki nie wygląda jak lęk. Wygląda jak choroba. Bo biologicznie to gwałtowna reakcja autonomicznego układu nerwowego, nie myśl. I kiedy to rozumiesz, przestajesz się ze sobą kłócić.

Jeśli pierwszym odruchem u ciebie jest automatyczne szukanie przyczyny, to wiedz, że to nie jest pytanie o sens. To jest pytanie o stan twojego układu nerwowego. Nerwica nie wraca dlatego, że coś przeoczyłeś. Wraca wtedy, gdy było po prostu za dużo, wraca w trudnych momentach.

Umysł nie reguluje ciała - to moja zmiana perspektywy po latach doświadczeń. Dziś widzę stan. Dziś wiem, że to biologia. Układ nerwowy to nie system bezpieczeństwa, nie „wróg”. Nerwica jest reakcją biologiczną.
Dziś rozumiem reakcję biologiczną, oddaję kontrolę, nie czuję wstydu. Czuję ulgę.
Bo to nie jest do kontroli. To układ nerwowy siadł.
Co ta myśl zmienia? Mniej odpowiedzialności, mniej walki, więcej zgody.

Myśl, że to układ nerwowy siadł, zdejmie z ciebie odpowiedzialność i kontrolę. Przyniesie ulgę. Branie odpowiedzialności w nerwicy pogarsza stan. Kontrola nasila objawy. Ulga pojawia się, gdy przestajesz „coś robić”. To nie jest ucieczka. To biologiczna mądrość.

Dziś wiem, że najlepsza droga rozumienia, to droga, gdzie najpierw jest doświadczenie, potem biologia, a na końcu ulga.



Czytaj więcej >

O samobójstwach młodzieży. To, czego nie chcemy usłyszeć

O samobójstwach dzieci i młodzieży w Polsce mówi się dziś coraz głośniej.
Mówi się o rekordowych liczbach, o kryzysie psychicznym, o pędzącym świecie i pokoleniach, które „nie dają rady”.

Mówi się o młodych dużo. Ale rzadko z młodymi. Rzadko pyta się ich: dlaczego. 

Dominują narracje tworzone przez dorosłych - uproszczone, wygodne, często moralizujące.
Jedna z nich powraca jak refren: to wina Internetu, mediów społecznościowych.

Tyle, że to zbyt prosta odpowiedź na zbyt złożone zjawisko.
Dane z ostatnich 20 lat pokazują coś więcej niż alarmujące nagłówki.

Pokazują zmianę charakteru kryzysu - wzrost liczby prób samobójczych przy jednoczesnym spadku liczby zgonów. Pokazują też, że wiele z przyczyn, które dziś uznajemy za „nowe”, istniało od dawna.
A jednak coś się zmieniło.

Czy można zobaczyć trendy na przestrzeni ostatnich dekad?
Czy kiedykolwiek wcześniej świat był bardziej przychylny młodym, niż obecnie?
Czy możemy oddać głos młodym i posłuchać, co chcą nam powiedzieć?

Bo o ich samobójstwach mówi się dużo, ale głosem dorosłych. 




Obserwuje się systematyczny wzrost liczby prób samobójczych,  zmieniła się relacja między liczbą prób a liczbą zgonów samobójczych - mamy radykalny wzrost liczby prób w stosunku do liczby zgonów, jest to jeden z najbardziej alarmujących trendów w całej analizie.

Obserwacje na przełomie ostatnich 20 lat pokazują jasno na przesunięcie problemu:
od wysokiej śmiertelności samobójczej w kierunku gwałtownego wzrostu liczby prób samobójczych.

I najważniejsze - co się podaje za przyczyny?

Wśród najczęstszych przyczyn podejmowania prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży znalazły się: brak wsparcia ze strony rodziców, przemoc w domu, przemoc rówieśnicza.

Psychologowie wskazują również na brak umiejętności rozwiązywania problemów i tłamszenie emocji.

Tylko czy kiedykolwiek wcześniej istniało systemowe szeroko rozumiane wsparcie czy brak przemocy?

Czy młodzi lepiej potrafili rozwiązywać problemy i wyrażać emocje?


Biologia i psychologia mówią to, czego nie widać w nagłówkach - z tej perspektywy zachowania samobójcze nie są prostą reakcją na jeden bodziec. Nie są też „efektem zepsucia” czy nadwrażliwości.

Są końcowym objawem długotrwałej deregulacji: układu nerwowego, systemów stresu, relacji z otoczeniem, poczucia wpływu i sensu.

Młody organizm - szczególnie w okresie dojrzewania - jest biologicznie bardziej wrażliwy na przewlekły stres, a jednocześnie mniej odporny na brak regulujących dorosłych relacji.

To nie jest nowy mechanizm. Nowe są warunki, w jakich ten mechanizm działa.


Czy naprawdę winne są media społecznościowe? 

Badania międzynarodowe (m.in. przeglądy WHO, APA, Lancet Psychiatry) coraz częściej pokazują, że nie ma prostego związku przyczynowego między samym korzystaniem z mediów społecznościowych a samobójstwami, korelacje są słabe, niespójne lub zależne od kontekstu, kluczowe są: jakość relacji, poziom wsparcia, doświadczenie przemocy, presja osiągnięć i brak realnej sprawczości.

Media społecznościowe nie tworzą problemu - one go ujawniają.

I dokładnie to słychać w rozmowach z młodymi. Zatem, co mówią młodzi (a czego dorośli nie chcą słyszeć)? Z rozmów z nastolatkami wyłania się obraz zupełnie inny niż ten z debat publicznych.

To nie brak świadomości jest problemem. To jej nadmiar - przy braku realnego wpływu. Młodzi widzą więcej: przemoc, hipokryzję, niespójność dorosłych narracji i nazywają to, co wcześniej było normalizowane: przemoc domową, nadużycia, toksyczne szkoły, emocjonalną nieobecność, wiedzą, że coś jest nie w porządku - ale nie mają gdzie z tym pójść. Tak zamyka się koło nastoletniej bezradności.

Internet często nie jest źródłem destrukcji. Bywa jedynym miejscem, gdzie ktoś wreszcie nazywa ich doświadczenie. Problem zaczyna się wtedy, gdy świadomość rośnie szybciej niż możliwość zmiany, a system (rodzina, szkoła, instytucje) pozostaje głuchy lub obronny.

Dlaczego prób jest coraz więcej, a zgonów mniej?

To jeden z najważniejszych wniosków biologiczno-psychologicznych ostatnich dekad. Wzrost liczby prób przy jednoczesnym spadku liczby zgonów sugeruje, że:

- młodzi częściej wołają o przerwanie stanu, a nie o śmierć;
- zachowania samobójcze coraz częściej są sygnałem przeciążenia, a nie dążeniem do odejścia;
- granica tolerancji psychicznej jest przekraczana wcześniej ale reakcja nadal jest wołaniem, nie ciszą.

To nie "słabsze pokolenie wychowane w cyfrowym świecie”.
To pokolenie, które wcześniej dochodzi do granicy i wcześniej ją komunikuje.

Prawdziwe pytanie nie brzmi „dlaczego Internet?”  Prawdziwe pytanie brzmi:

Dlaczego młodzi nie mają gdzie bezpiecznie rozładować napięcia?
Dlaczego tak często ich doświadczenie jest unieważniane?
Dlaczego dorośli reagują statystyką zamiast relacją?

Pytanie o przyczyny samobójstw młodzieży bardzo często kończy się na wygodnych odpowiedziach.
Na ubóstwie. Na kapitale społecznym. Na przemocy. Na braku umiejętności radzenia sobie z emocjami.

To wszystko ma znaczenie. Ale żadna z tych odpowiedzi nie jest nowa. Ubóstwo istniało wcześniej. Przemoc istniała wcześniej. Brak systemowego wsparcia istniał wcześniej. Tłamszenie emocji było normą przez dekady.

Różnica polega na czymś innym. Młodzi dziś widzą i nazywają więcej. Mają język, którego wcześniejsze pokolenia nie miały. Wiedzą, że to, co ich boli, nie jest „normalne”, „do wytrzymania” ani „do przemilczenia”.

I właśnie ta świadomość - przy braku realnej sprawczości i bezpiecznych dorosłych relacji - staje się źródłem ogromnego napięcia. Rosnąca liczba prób samobójczych nie musi oznaczać, że młodzi chcą umierać. Często oznacza, że nie widzą innego sposobu, by przerwać stan, w którym żyją.

Jeśli więc naprawdę chcemy mówić o zapobieganiu, musimy przestać szukać jednego winnego i zacząć zadawać trudniejsze pytania. Nie tylko co jest przyczyną, ale czy jesteśmy gotowi młodych wysłuchać, bez obrony, bez umniejszania i bez gotowych odpowiedzi. 

Bo o samobójstwach młodych mówi się dziś głośno. Ale nadal językiem dorosłych, nadal zbyt rzadko ich głosem. Kiedy młodzi mówią, że nie dają rady - dorośli słyszą statystyki. 

Czas na oddanie im głosu. Czas na wysłuchanie, nie pouczanie.
Żadna liczba, żaden raport i żadna kampania nie zmienią trendu.


--------------------------------------------------------------------------------

 DANE LICZBOWE, TRENDY, WNIOSKI

A teraz zobaczmy, że da się wprost porównać ostatnie dekady. Utrudnia to brak danych z lat 2014 - 2020 (na końcu tekstu wyjaśniam dlaczego), więc ciężko precyzyjnie i spójnie zobrazować fakty.
Ale widoczny jest gwałtowny skok samobójstw młodych po 2021 r. oraz rozjazd trendów: próby ≠ zgony:





W analizie lat 2014 - 2024 szczegółowe dane Komendy Głównej Policji dotyczące prób samobójczych dzieci i młodzieży są publicznie dostępne w pełnym zakresie dopiero od ostatnich kilku lat. Luki w danych nie oznaczają braku problemu, lecz ograniczenia systemu raportowania.
Policja w Polsce publikowała wtedy pogrupowane dane wyjściowe, ale brak dobrego odniesienia z rozbiciem wieku <18 dla każdego roku 2015–2019.

Analiza 20-letnia "Samobójstwa wśród polskiej młodzieży" która pojawiła się w międzynarodowym czasopiśmie badań środowiskowych i zdrowia publicznego  w jakimś stopniu wypełnia lukę informacyjną w wiedzy na temat częstości występowania samobójstw wśród młodzieży - pokazuje wyraźną zmianę charakteru zachowań samobójczych wśród nastolatków.

Po pierwsze, w badanej grupie wiekowej obserwuje się systematyczny wzrost liczby prób samobójczych. W ciągu ostatnich pięciu lat analizowanego okresu liczba prób wzrosła ponad dwukrotnie -z 428 w 2014 roku do 905 w 2019 roku. Oznacza to, że coraz więcej młodych osób podejmuje próby odebrania sobie życia, nawet jeśli nie kończą się one zgonem.

Po drugie, zmieniła się relacja między liczbą prób a liczbą zgonów samobójczych. W 1999 roku na jeden zgon samobójczy przypadało średnio 1,3 próby na 100tys. nastolatków.

Dwadzieścia lat później wskaźnik ten wzrósł do 9,6, co wskazuje na radykalny wzrost liczby prób w stosunku do liczby zgonów. To jeden z najbardziej alarmujących trendów w całej analizie.

Najniższy wskaźnik prób samobójczych odnotowano w 2011 roku - 11,2 na 100tys. nastolatków.

Dla porównania, w 2019 roku wskaźnik ten wyniósł już 41,7 na 100 000, co oznacza niemal czterokrotny wzrost w ciągu ośmiu lat.

Jednocześnie dane pokazują tendencję spadkową liczby zgonów samobójczych.

W 1999 roku odnotowano 251 samobójstw wśród nastolatków (11,6 na 100tys.), podczas gdy w 2019 roku liczba ta spadła do 94 (4,3 na 100tys.).

W analizowanym okresie wystąpiły jednak dwa wyraźne lokalne szczyty - w latach 2004 oraz 2012, które przerywały ogólny trend spadkowy. Najniższą liczbę zgonów samobójczych odnotowano w 2018 roku - 92 przypadki (4,24 na 100tys.).

Spadkowi liczby zgonów towarzyszył również spadek liczby lat utraconego życia (YLL). W 1999 roku całkowita liczba YLL wśród nastolatków wynosiła 19 337 lat, natomiast w 2019 roku spadła do 7 242 lat według danych WHO GHE. Analogiczny trend widoczny jest w danych GBD 2015 - z 16 797 lat do 6 759 lat w tym samym okresie.

Całość wyników wskazuje na przesunięcie problemu: od wysokiej śmiertelności samobójczej w kierunku gwałtownego wzrostu liczby prób samobójczych.
Oznacza to, że choć rzadziej dochodzi do śmierci, coraz więcej młodych osób znajduje się w stanie skrajnego kryzysu psychicznego, który prowadzi do zachowań samobójczych.

Wyniki tej analizy sugerują, że zajęcie się kwestią ubóstwa i kapitału społecznego może odgrywać istotną rolę w zapobieganiu samobójstwom wśród polskiej młodzieży.


------------------------------------------------------------------------------------


Najnowsze pełne roczne dane (KGP) wśród młodzieży do 18 r.ż. (<19)




Śmierć samobójcza:

2022: 156 samobójstw osób poniżej 19 roku życia (w tym 7 dzieci w wieku 7–12 lat i 149 nastolatków)
2023: 145 przypadków samobójstw w tej grupie (spadek o ok. 7 % vs 2022)
2024: 127 (dalszy spadek samobójstw w grupie <19 r.ż. o ok. 12,4 % w stosunku do roku poprzedniego)

Próby samobójcze:

2021: ok. 1 496 – 1 500 prób, wyraźny wzrost wobec 2020 r. (o ok. 77 %) – dane KGP/raport „Życie warte jest rozmowy”.
2022: 2 093 prób w grupie <18 lat., najwięcej w wieku 13–18 lat.
2023: ok. 2 139 prób samobójczych osób poniżej 18 lat (w tym kilkadziesiąt tragicznych zgłoszeń) — dane z analiz organizacji GrowSpace i innych źródeł analizujących KGP.


Samobójstwa i próby samobójcze w Polsce w latach 2020-2024 na podstawie danych KGP na dzień 17.01.2025.
Raport biura do spraw zapobiegania zachowaniom samobójczym.




W 2021 według analiz opartych na danych KGP liczba prób samobójczych wśród osób <18 lat gwałtownie wzrosła (ok. 1 439 prób zakończonych próbą, z 127 zgonów) – dane polis/raporty z analiz.

2023 - dane zbiorcze pokazują, że w 2023 r. ok. 1 994–2 139 prób samobójczych wśród nieletnich <18 lat zostało zarejestrowanych.
W porównaniu z 2022 r. liczba prób była wyraźnie wysoka, ale przyrost był już mniejszy niż w latach poprzednich. Liczba samobójstw zakończonych zgonem w grupie 7–18 lat wyniosła 145 (spadek ok. 7 % w stosunku do 2022 r.).

Przed pandemią zachowania samobójcze wśród młodzieży rosły w kolejnych latach, ale dopiero po 2020 r. zaczęto wyraźnie widzieć trend, który później został zarejestrowany intensywniej.

W 2024 r. pojawiają się doniesienia o spadku liczby zgonów samobójczych wśród osób <19 lat o ok. 12,4 % — co może oznaczać pewien pozytywny sygnał, choć dane prób wciąż pozostają wysokie i wymagają dalszej analizy.

Jak to wyglądało na przestrzeni ostatnich dekad? KGP ma publiczne statystyki głównie dla nowszych lat, a dla wcześniejszych dekad dane bywają dostępne w publikacjach naukowych cytujących KGP, ale nie zawsze rok po roku.
Istnieją jednak twarde kotwice liczbowe, które można użyć jako oś czasu:

1951: 1310 zgonów samobójczych (5,1/100 tys.) 
1991–2005: roczne dane (KGP) 
1991: 4159 
1992: 5453 
1993: 5569 
1999: 4695
2005: 4621

W długim okresie powojennym liczby rosły (z przytoczonym punktem startowym 1951) oraz że w latach 90./około 2000 utrzymywały się w okolicach kilku tysięcy rocznie. 
50 lat temu (historyczny punkt odniesienia – rok 1951) oraz w latach 90. (1991–1995) było 
~4–5,5 tys., dziś  ~4,8–5,2 tys.


Lata „wyjątkowe” – skoki/spadki:
NIK pokazuje: 2011: 3839, 2012: 4177, 2013: 6101, 2014: 6165 
2013 - 2014: duży skok w danych policyjnych.
Część skoku to realne zjawiska, ale część to efekt zmiany rejestracji od 2013 r. 

W danych KGP widać, że liczby zgonów samobójczych w populacji ogólnej od kilku lat oscylują wokół ok. 5 tys. rocznie, natomiast wśród dzieci i młodzieży szczególnie niepokoi wzrost liczby prób w latach 2021–2023.

O 2013 - Wyjątkowy skok widoczny jest w 2013 roku — i zanim wyciągnie się wnioski o ‘nagłym pogorszeniu’, trzeba pamiętać o zmianie sposobu rejestracji zamachów samobójczych w Policji od 2013 r.


Co wpływa na porównywalność trendów?

KGP ma publiczne, wygodne serie głównie dla nowszych lat, a dla wcześniejszych dekad dane bywają dostępne w publikacjach naukowych cytujących KGP, ale nie zawsze rok-po-roku.
Do 2012 r. Policja zbierała dane o zamachach samobójczych na formularzu STP-10 i dopiero po czynnościach sprawdzających / postępowaniu. 
Od 2013 r. zmienił się sposób rejestracji: KSIP 10 (rejestracja „bezpośrednio po zdarzeniu”, a dane są „zamrażane” po miesiącu). 
Od 2017 r. formularz był dalej modyfikowany (rozszerzenie zakresu danych). 
Dlatego porównując dekady, trzeba uważać, bo część skoków/spadków to realna zmiana, a część to efekt zmian rejestracji. Pomocne są  twarde kotwice liczbowe, które możesz użyć jako oś czasu jako historyczny punkt odniesienia.

Policja operuje pojęciem „zamachy samobójcze” i w praktyce publikuje osobno „próby” i „zakończone zgonem” (źródło statystyk: dane KGP) 
Przyczyny w danych policyjnych:
Policja raportuje „powody/przyczyny” ustalane w toku czynności, ale to nie jest kliniczna diagnoza, tylko kategorie policyjne.
Przykład (KGP – zestawienie przyczyn w źródle cytującym dane KGP): m.in. „choroba psychiczna”, „problemy rodzinne”, „przewlekła choroba”, „trudna sytuacja materialna”, „problemy szkolne” itd. 
Kategoria ‘przyczyna’ w statystykach KGP opisuje to, co udało się ustalić w postępowaniu - nie pełną etiologię medyczno-psychologiczną.
Między 2020 a 2022 r. nastąpił bardzo duży wzrost prób samobójczych w grupie młodych osób, szczególnie po pandemii COVID-19, co w kontekście danych KGP i analiz ekspertów wskazuje na silne obciążenia psychiczne i środowiskowe w tej grupie




ŻRÓDŁA:
Praca doktorska „Związek wybranych czynników genetycznych z predyspozycją do zachowań samobójczych” Sylwia Fudalej, Akademia Medyczna w Warszawie













Czytaj więcej >

Nie cieszy Cię życie? To biologia, nie charakter

 
Brak radości, zobojętnienie, zmęczenie.  Życie przestało cieszyć,  trudno poczuć lekkość, zainteresowanie. Niby wszystko jest ok, a jednak nie. Dość szybko taki stan bywa interpretowany jako słabość, niewdzięczność czy problem osobowości. Że jesteś zbyt wymagający, zbyt pesymistyczny.
Zbyt mało wdzięczny. Wtedy bardzo łatwo nasuwa się myśl, że „coś jest ze mną nie tak”.
Jak często tak myślisz? 

Bardzo często to nie jest kwestia charakteru.
To kwestia stanu układu nerwowego.
Brak radości bardzo często nie jest problemem psychologicznym, tylko biologicznym sygnałem organizmu.  Brak radości nie mówi, kim jesteś - mówi, w jakim stanie jest Twój układ nerwowy.

Co by się zmieniło, gdybyś potraktował swój brak radości jak sygnał, a nie jak zarzut?







Jak jasno oddzielić mechanizmy od "cech charakteru"? 

Układ nerwowy nie służy do szczęścia.
Główną funkcją układu nerwowego jest przetrwanie, nie dobrostan, radość i ciekawość pojawiają się dopiero wtedy, gdy organizm czuje się bezpiecznie. 
Dlaczego "dobre warunki życiowe" nie gwarantują dobrego samopoczucia?

Bo to, co dzieje się biologicznie, gdy układ nerwowy jest przeciążony ma swoje długofalowe konsekwencje. Długotrwały stres, traumatyczne zdarzenia, choroba, przeciążenie emocjonalne.
Konsekwencje to zawężenie zakresu odczuwania, spadek radości, ciekawości, motywacji, 
dominacja napięcia, apatii lub drażliwości i zmęczenie.
Dlatego możesz mieć „dobre warunki”, a jednocześnie brak dostępu do emocji, które kiedyś były naturalne. Nie dlatego, że coś z Tobą nie tak, ale dlatego, że Twoja biologia robi to, co potrafi najlepiej: chroni Cię.

W takim stanie nie pomaga mówienie sobie, że „powinieneś się bardziej starać”.
Nie pomaga też szukanie winy w osobowości. 
Pomaga zrozumienie mechanizmów i stopniowe wspieranie regulacji układu nerwowego -
bez presji, bez naprawiania się, bez walki z sobą.

Układ nerwowy, który przez długi czas działa w trybie zagrożenia, nie jest nastawiony na radość, ciekawość i przyjemność. Jego zadaniem jest przetrwanie, nie „cieszenie się życiem”.
To nie jest stan jako wybór i to nie jest brak starań. To adaptacja biologiczna.

Brak radości jako sygnał, nie porażka. To informacja o stanie organizmu, a nie dowód zepsucia i bycia do naprawy.
Porównajmy to do bólu fizycznego: nie oceniamy się za ból, reagujemy troską i wsparciem.
Zaproś siebie do zmiany narracji, pytając: „co się ze mną dzieje?” zamiast „co ze mną nie tak?”


Co dokładnie znaczy "biologia", gdy mówimy o braku radości?

Brak radości bardzo często nie wynika z cech osobowości ani z „negatywnego nastawienia”.
Wynika ze stanu autonomicznego układu nerwowego. 
Gdy układ nerwowy przez długi czas funkcjonuje w trybie:  zagrożenia, przeciążenia, ciągłej mobilizacji, organizm ogranicza dostęp do radości, ciekawości i przyjemności, bo nie są one potrzebne do przetrwania.
To nie deficyt emocjonalny. To adaptacja biologiczna.  
Dlaczego nie da się „zmusić” układu nerwowego do radości? Bo nie reaguje na argumenty,
nie reguluje się przez wgląd, nie „otwiera się” pod presją.
Dlatego pozytywne myślenie nie przywraca radości, tłumaczenie sobie, że „jest dobrze”, nie zmienia stanu ciała, próby kontroli emocji często zwiększają frustrację.
„Pracuj nad sobą” też nie działa. Mentalne strategie jak afirmacje, „zmień myślenie” czy presja pozytywności tylko pogłębiają frustrację. 
Bo układ nerwowy nie reaguje na argumenty, nie reguluje się przez wgląd, nie „otwiera się” na radość pod przymusem. 
Kluczowe to pamiętać, że to nie Twoja wina, że to na Ciebie nie działa.
Radość pojawia się wtórnie, jako efekt poczucia bezpieczeństwa w ciele, a nie jako cel sam w sobie.

Jakie sygnały mogą świadczyć, że to układ nerwowy, nie charakter?

Brak radości ma często biologiczny kontekst, jeśli towarzyszą mu: chroniczne zmęczenie mimo odpoczynku, napięcie w ciele lub przeciwnie - odrętwienie, nadwrażliwość na bodźce (hałas, światło, ludzi), szybkie przeciążenie emocjonalne, trudność w regeneracji po stresie.

W takich stanach pytanie "dlaczego nie cieszy mnie życie?" jest biologicznie źle postawione.
Lepsze brzmi: "w jakim stanie jest mój układ nerwowy?"

Dlaczego radość znika jako pierwsza? Radość, lekkość i ciekawość są funkcjami bezpieczeństwa.
Gdy organizm: długo doświadcza stresu, choroby, traumy, przeciążenia emocjonalnego, najpierw znika: spontaniczność, zainteresowanie, zdolność do przyjemności.
To nie znak pogorszenia osobowości. To priorytety biologii.

Co NIE jest rozwiązaniem (a często pogarsza stan)? 

W stanie deregulacji nie pomagają: "ogarnięcie się", mobilizowanie się, porównywanie z innymi, 
szukanie winy w sobie, przyspieszanie procesu. 
Te strategie zwiększają napięcie, a napięcie blokuje dostęp do radości.

Co realnie może pomóc (bez obietnic cudów)?
Radość wraca nie przez decyzję, ale przez regulację.  To oznacza: zmniejszanie przeciążenia, zwiększanie poczucia bezpieczeństwa, powtarzalność, rytm, przewidywalność, relacje, w których nie trzeba się mobilizować.  To proces biologiczny, a nie projekt rozwojowy.

Nie pomaga lista „zrób 10 rzeczy”. Zamiast uniwersalnych recept, obierz kierunki wsparcia.
Uznaj za priorytet Twoje bezpieczeństwo, przewidywalność otoczenia, relacje, rytm dobowy.
Regulacja to proces, nie technika, a poprawa samopoczucia bywa powolna i nieliniowa.
Są momenty, kiedy warto poszerzyć perspektywę diagnostyczną, rozpoznać różnice między depresją a deregulacją układu nerwowego (piszę o tym tutaj).
Ale ma sens szukania specjalisty, który widzi ciało, nie tylko narrację.


Na koniec mały test auto-edukacyjny.  
Nie służy do diagnozy, ale do lepszego zrozumienia możliwych mechanizmów.
Odpowiadaj, odnosząc się do ostatnich kilku miesięcy, nie do jednego gorszego dnia.
Zaznacz to, co jest Ci bliskie.

1. Dostęp do radości i przyjemności

  • ☐ Rzadko odczuwam radość, nawet w sytuacjach, które "powinny" ją dawać

  • ☐ Przyjemność jest krótka, płaska albo szybko znika

  • ☐ Bardziej czuję ulgę niż radość

  • ☐ Mam poczucie emocjonalnego „przytępienia”

2. Energia i regeneracja

  • ☐ Budzę się zmęczona/y, nawet po śnie

  • ☐ Odpoczynek nie przynosi realnej regeneracji

  • ☐ Szybko się wyczerpuję, nawet bez dużego wysiłku

  • ☐ Dni „bez siły” pojawiają się bez wyraźnego powodu

3. Reakcje ciała

  • ☐ Często towarzyszy mi napięcie w ciele

  • ☐ Mam bóle głowy, brzucha, mięśni bez jasnej przyczyny

  • ☐ Jestem wrażliwa/y na hałas, światło, zapachy

  • ☐ Trudno mi się rozluźnić, nawet gdy "nic się nie dzieje"

4. Emocje i regulacja
  • ☐ Łatwo się irytuję lub reaguję nieproporcjonalnie

  • ☐ Mam poczucie bycia „na krawędzi” albo przeciwnie — odcięcia

  • ☐ Trudno mi wrócić do równowagi po stresie

  • ☐ Emocje pojawiają się nagle, bez narracji


5. Relacja z myśleniem
  • ☐ Dużo analizuję, ale to nie poprawia samopoczucia

  • ☐ Rozumiem, „co się ze mną dzieje”, ale ciało nie reaguje

  • ☐ Próby „pozytywnego myślenia” pogarszają frustrację

  • ☐ Mam poczucie, że problem nie leży w braku wiedzy



Jak interpretować wynik (edukacyjnie): jeśli zaznaczyłeś wiele odpowiedzi w obszarach 2–4
to może sugerować przeciążenie lub deregulację układu nerwowego,
a nie „problem charakteru” czy braku motywacji.

Jeśli dominują odpowiedzi z obszaru 5 - możliwe, że próbujesz regulować biologię umysłem, co zwykle nie działa.

Jeśli brak radości idzie w parze z napięciem, zmęczeniem i objawami somatycznymi warto rozważyć perspektywę biologiczną i regulacyjną, nie tylko psychologiczną.


Brak radości nie musi mówić nic o Tobie jako osobie. Często mówi bardzo dużo o stanie Twojego układu nerwowego.
Co by się zmieniło, gdybyś przestał/a traktować brak radości jak swoją porażkę,
a zaczął/zaczęła jak sygnał z ciała?

Podążaj od poczucia winy do zrozumienia biologii. 
Zostaw sobie przestrzeń na ulgę, nie na etykietę.



Czytaj więcej >

Depresja vs deregulacja układu nerwowego. Pomyłki diagnostyczne


Przewlekłe zmęczenie, brak energii, spłycony afekt, anhedonia, zaburzenia snu, bezsenność / hipersomnia, mgła mózgowa, spowolnienie, obniżona tolerancja bodźców, wycofanie, apatia reaktywna /pierwotna. To objawy, które mogą oznaczać zarówno deregulację ośrodkowego układu nerwowego, jak i depresję.
W praktyce klinicznej to jest jeden z najczęstszych obszarów pomyłek diagnostycznych. Wielu pacjentów, którzy mają realnie deregulacje OUN, przewlekłe zmęczenie, fibromialgie, zaburzenia regulacji stresu i somatyczne objawy jest pierwotnie błędnie klasyfikowanych jako osoby z depresją i zaburzeniami lękowymi.
Część diagnoz depresji to w rzeczywistości nierozpoznana deregulacja układu nerwowego**.
Wtedy leki psychotropowe nie mogą działać ale - uwaga - mogą nasilać objawy.




Deregulacja układu nerwowego nie jest zaburzeniem psychicznym, ale bywa traktowana jak depresja lub lęk. Deregulacja OUN to stan, w którym autonomiczny układ nerwowy nie przełącza się prawidłowo między trybem pobudzenia a regeneracji i dominuje przewlekły tryb zagrożenia / stresu (sympatykotonia).Badania autonomiczne mogą być prawidłowe, graniczne i niespecyficzne.
W literaturze spotyka się różne nazwy: neurobiological stress dysregulation, autonomic imbalance, central sensitization, functional somatic disorders, allostatic overload.


Objawy w deregulacji OUN i depresji wyglądają identycznie, ale mechanizm jest inny.
Jak jest kluczowa i istotna klinicznie różnica?

Deregulacja OUN

energia wynika z przeciążenia układu nerwowego, emocje są stępione, ale nie negatywne; pacjent często mówi: „Nie czuję smutku, tylko jestem wyczerpana/y”; nastrój bywa reaktywny (chwilowo się poprawia)objawy nasilają się po stresie, bodźcach, wysiłku.

Depresja

energia wynika z zaburzeń afektywnych, dominują: smutek, pustka, beznadziejność, utrata sensu i zainteresowań; nastrój niereaktywny - objawy są stałe, niezależne od obciążenia.

To rozróżnienie nie zawsze jest uchwytne w krótkiej wizycie — stąd pomyłki.
A co mówią badania i praktyka kliniczna? Pokazują, że znaczna część osób z przewlekłym zmęczeniem i objawami somatycznymi nie spełnia kryteriów dużej depresji, mimo że otrzymuje taką diagnozę SSRI/SNRI u części tych pacjentów nie pomagają albo pomagają tylko częściowo (np. na sen), bez poprawy energii, a interwencje regulujące układ nerwowy (sen, rytm dobowy, bezpieczeństwo, bodźce) bywają skuteczniejsze niż klasyczne leczenie depresji.

Dlaczego psychiatria często „widzi” depresję? Bo brak obiektywnych markerów deregulacji, presja klasyfikacyjna (ICD/DSM), objawy są niespecyficzne, a do tego brak czasu na różnicowanie neurofizjologiczne.
Najczęstszy scenariusz błędu wygląda tak: przewlekły stres / choroba / trauma / przeciążenie Deregulacja OUN; objawy: zmęczenie, apatia, mgła. Brak „twardych” wyników.
Diagnoza: depresja. Brak poprawy po leczeniu. Te ograniczenia systemu skutkują flustracją pacjenta i przewlekłym stanem, który ogranicza funkcjonowanie.

Ważna diagnostycznie jest odpowiedź na pytanie - czy gdy ciało ma warunki bezpieczeństwa i odpoczynku, nastrój się poprawia? Gdy ciało ma warunki bezpieczeństwa, czy psychicznie jest choć trochę lżej? Jeśli tak, najpewniej oznacza to deregulację OUN, jeśli nie, możliwa jest depresja.
Często jednak współistnieją, ale wtedy warto pamiętać, że: nie każda apatia i zmęczenie są depresją. Nie każda poprawa po SSRI potwierdza depresję.
Układ nerwowy można przestymulować, przeciążyć i rozregulować bez choroby psychicznej.

Jak możesz odróżnić deregulację układu nerwowego od depresji? Zwróć uwagę na sygnały.

CO WSKAZUJE NA DEREGULACJĘ UKŁADU NERWOWEGO? 

Nastrój jest reaktywny i chwilowo poprawia się przy poczuciu bezpieczeństwa, odpoczynku sensorycznym, byciu z zaufaną osobą, nawet krótka ulga to ważny sygnał."Chcę, ale nie mogę” motywacja mentalna jest obecna, ale ciało „nie dowozi”, bo jest zmęczenie, przeciążenie, blokada. Objawy są zależne od bodźców, nasilają się po stresie, hałasie, multitaskingu, wysiłku (szczególnie poznawczym), poprawa po ograniczeniu bodźców. Zmienność w ciągu dnia - są „lepsze” i „gorsze” momenty, pogorszenie po aktywności, względnie lepiej wieczorem lub po odpoczynku. Emocje są stępione, nie negatywne, brak intensywnego smutku, brak poczucia winy, raczej pustka, wyczerpanie, „odcięcie”.Sen jest „nieodświeżający”, możesz spać długo ale budzisz się zmęczona/y, sen jest wrażliwy na stres i rytm dnia.
Reakcja na leki  SSRI/SNRI: brak poprawy energii, czasem pogorszenie albo tylko poprawa snu/lęku; zdecydowanie lepiej działają: regulacja rytmu, praca z ciałem, ograniczenie bodźców. Historia przeciążenia - przewlekły stres, choroba, trauma, długotrwała nadodpowiedzialność, „jazda na rezerwach”. 

CO WSKAZUJE NA DEPRESJĘ?

Nastrój niereaktywny, brak poprawy mimo odpoczynku, brak „okienek” ulgi, anhedonia - brak zdolności do odczuwania przyjemności, nawet myślenie o czymś dawniej ważnym nie daje efektu. Myśli depresyjne - poczucie bezwartościowości, beznadziejność, nadmierna samokrytyka. Brak sensu i kierunku, nie tylko zmęczenie ale utrata znaczenia działań. Stałość objawów, podobnie źle każdego dnia, niezależnie od bodźców. W depresji nastrój zwykle nie reaguje na kontekst. W depresji częściej: „nie chcę, nawet jeśli mógłbym”, dominują emocje negatywne. Depresja jest mniej zależna od obciążenia sensorycznego i zwykle daje stały poziom obniżenia; częściej daje wyraźną bezsenność lub hipersomnię.
W depresji leki częściej poprawiają globalnie funkcjonowanie. Co ważne - deregulacja może wystąpić równolegle z depresją reaktywną (egzogenną, wywołaną konkretnym, silnym czynnikiem stresowym lub traumatycznym wydarzeniem), wtedy deregulacja występuje pierwsza, a depresja pojawia się wtórnie (objawy się mieszają)


Chcesz być bardziej samoświadomy, sprawczy, przygotowany na pomyłki diagnostyczne?
Zrób krótki, precyzyjny TEST RÓŻNICUJĄCY oparty na mechanizmach: 

Deregulacja układu nerwowego vs depresja

Przy każdym punkcie zaznacz, co jest bliższe Twojemu doświadczeniu z ostatnich 2–4 tygodni.
Nie analizuj długo — pierwsza odpowiedź jest najlepsza.

TEST (15 pytań)

1. Gdy mam chwilę spokoju i bezpieczeństwa:
A - czuję choć trochę ulgi
B - nie czuję poprawy

2. Główne doświadczenie to:
A - wyczerpanie / przeciążenie
B - smutek / beznadzieja

3. Myśl „chciał(a)bym coś zrobić”:
A - pojawia się, ale ciało nie daje rady
B - rzadko się pojawia

4. Objawy nasilają się po:
A - stresie, bodźcach, wysiłku
B - bez wyraźnego powodu

5. Emocjonalnie czuję częściej:
A - odcięcie / pustkę / neutralność
B - winę / żal / bezsens

6. Sen:
A - śpię, ale się nie regeneruję
B - mam wyraźną bezsenność lub przesypiam dni

7. Kontakt z bliską osobą:
A - zwykle trochę pomaga
B - nie zmienia nic

8. Dni „lepsze” i „gorsze”:
A - wyraźnie występują
B - prawie nie ma różnicy

9. Reakcja na odpoczynek:
A - chwilowo poprawia stan
B - nie daje efektu

10. Myśli o sobie:
A - raczej: „jestem przeciążona/y”
B raczej: „jestem bezwartościowa/y”

11. Zainteresowania:
A nadal istnieją, ale brak mi sił
B - straciły znaczenie

12. Objawy fizyczne (napięcie, mgła, serce, brzuch):
A - są wyraźne i dominujące
B - raczej drugorzędne

13. Gdy objawy są słabsze:
A - psychicznie jest lepiej
B - psychicznie nadal źle

14. Początek problemów był związany z:
A - długim stresem / chorobą / przeciążeniem
B - bez wyraźnej przyczyny

15. Gdy myślę o przyszłości:
A - boję się, że ciało nie wytrzyma
B - nie widzę sensu

Policz odpowiedzi.
Większość A to deregulacja układu nerwowego (bez lub przed dysautonomią)
Depresja, jeśli jest, ma charakter wtórny lub reaktywny.
Większość B to obraz bardziej zgodny z depresją (choć deregulacja może współistnieć).
Mieszany wynik to deregulacja + depresja reaktywna.

Ten test nie jest diagnozą ale bardzo dobrze różnicuje mechanizm, który często jest mylony, o czym się nie mówi. Nie ma skali czy narzędzia, która jednoznacznie mówi - to jest depresja, a to deregulacja OUN.
Twoje obserwacje są najważniejsze. 



** podlinkowane treści:

Błędne rozpoznania somatycznych jako zaburzeń psychicznych jako częsty problem kliniczny

Psychiatria i „autonomiczna dysregulacja” — badania kliniczne

Wysoka współwystepowalność objawów somatycznych i psychicznych w przewlekłych chorobach jak fibromalgia 

Długotrwałe skutki błędnych diagnoz psychosomatycznych i psychiatrycznych 

Błędna diagnoza psychiatryczna POTS

Współistnienie deregulacji autonomicznej i funkcjonalnej z objawami psychicznymi


Ten materiał ma charakter edukacyjny i nie zastępuje indywidualnej diagnozy ani konsultacji ze specjalistą.



Czytaj więcej >

Proceduralna pamięć ciała. Jak pomóc sobie wyjść z traumy?


Nauczyłeś się nazywać swoje emocje, rozpoznawać różne stany, masz wgląd, narzędzia, język doświadczeń, a mimo to przychodzą dni, kiedy wewnętrznie cierpisz bez przyczyny?
Znów zalewa cię smutek, złość, łzy płyną, nic nie daje ukojenia i tkwisz w wyczerpaniu, choć było już tak dobrze?
Eksperci radzą by uwalniać, odpuszczać, płynąć z nurtem, ale nic nie działa, a ty jesteś coraz bardziej sflutrowany i pogrążony w ocenie "co ze mną jest nie tak?"
To proceduralna pamięć ciała. To proces, który uruchamia się poza wolą i umysłem. Ale możesz nauczyć się jak sobie pomóc.
Kluczem jest zrozumienie, że ten stan nie jest do do naprawy. Jest tylko coś do łagodnego przestrojenia.




Kiedy przychodzi cierpienie bez narracji i wyraźnego powodu, z somatycznym ciężarem, nie da się funkcjonować w swoim normalnym trybie. Układ nerwowy wchodzi w znany mu stan, którego nie możesz od ręki zmienić. Pojawia się napięciowy ból głowy, pleców. Nadwrażliwość i przebodźcowanie. Szybko wpadasz w złość, stale towarzyszy ci smutek, spadek energii, zmęczenie, poczucie braku sensu. Trwa to już kilka dni, masz siebie dość, a bliscy nie wiedzą jak ci pomóc.
Ciągle myślisz, skąd się to wzięło. Przecież wszystko było dobrze.....

Co tak naprawdę się dzieje i co możesz dla siebie zrobić by sobie pomóc, a czego masz unikać by sobie nie zaszkodzić?


Na początek naucz się rozpoznawać jak rozróżnić fale emocji od stanu układu nerwowego.

FALA EMOCJI ma narrację („coś mnie smuci”, „jestem zły na…”) i zmienia się, kiedy ją wyrazisz (płacz, rozmowa, pisanie). Czyli reaguje na wgląd, a po przeżyciu zostaje ulga lub klarowność.
Możesz pomóc sobie ją zdiagnozować za pomocą pytań:
- Czy mogę to nazwać: „jest mi smutno, bo…”?
- Czy emocja się porusza, zmienia, ma szczyt i opad?
- Czy po byciu z nią czuję choć minimalnie „więcej przestrzeni”?
Jeśli odpowiadasz tak – to emocja. Tu medytacja, nazwane uczucia, ekspresja, poddanie się, identyfikacja i przyzwolenie zadziałają.

STAN UKŁADU NERWOWEGO - brak powodu, albo powody „nie pasują”, ciężar w ciele, mgła, napięcie, osłabienie, łzy „same lecą”, myśli są wtórne, często oceniające i trwa długo, czasem dni.
Możesz pomóc sobie ją zdiagnozować:
- Czy gdybym miał idealne wyjaśnienie, ciało i tak by było ciężkie?
- Czy to bardziej stan, a nie uczucie?
- Czy próby zrozumienia mnie męczą, zamiast pomagać?
Jeśli odpowiadasz tak – to stan nerwowy, nie temat do przepracowania.

Trauma to głęboki uraz psychiczny. Nie tkwi w samym wydarzeniu, tkwi w układzie nerwowym, a jej skutki manifestują się w ciele. Poddanie się w kontekście "uwolnienia" czy "rozpuszczania", czyli bycie w tym stanie z pełną obecnością bywa dla ciała za dużym ciężarem. Dla układu nerwowego który prawdopodobnie już przeżył wiele, czysta obecność bez regulacji może pogłębiać poczucie osamotnienia, bezsilności, smutku i złości.  I wtedy stan się nie rozpuszcza, on się utrwala. Objawia się wyczerpaniem, utknięciem, poczuciem "bycia nie takim".

Ciało czasem potrzebuje, poza obecnością, współregulacji, rytmu, ruchu "ku życiu". Nie potrzebuje odkrycia przyczyny. Potrzebuje zmianę relacji z tym stanem na poziomie ciała, pozwolenie na bycie prowadzonym, nie praktykującym; wyjścia z samotności w tym doświadczeniu.
Nie przepracowujesz na poziomie psychologicznym czy emocjonalnym, ale też nie czekasz, aż samo minie - zmieniasz nawyki ciała.
Jak? To za chwilę. Wcześniej przyjrzyjmy się temu, dlaczego ciało tak reaguje.

Jeśli twój układ nerwowy w przeszłości został ukształtowany tak, że po czasie dobrych wydarzeń następował rozłam, to będzie działał jak system awaryjny. Będzie oczekiwał, że zaraz coś się wydarzy co zaburzy bezpieczeństwo. Zatem, kiedy ty znajdujesz się w stanie spokoju, radości, przepływu, masz poczucie sensu, jesteś tu i teraz, dla układu nerwowego może oznaczać to coś innego. Że jest dobrze. Ale kiedy było dobrze… zaraz przestawało być bezpiecznie.
To nie jest myśl. To jest odruch czasowy zapisany w ciele.

Mechanizm, który prawdopodobnie się uruchamia, zaczyna się od rozluźnienia. Po dobrych wydarzeniach i sprzyjającym czasie spada czujność, ciało się otwiera, pojawia się więcej energii.
To jest moment, w którym stare systemy obronne przestają być napięte. W rozluźnieniu pojawia się dostęp do starych nie przeżytych emocji, bezradności, samotności...
Nie dlatego, że coś jest nie tak ale dlatego, że dopiero teraz jest dość bezpiecznie, żeby to wypłynęło.

Paradoks - gorszy stan pojawia się nie gdy jest źle, tylko gdy jest lepiej.
Układ nerwowy działający w systemie awaryjnym, nauczył się, żeby nie wychodzić z pozycji przyczajonego tygrysa. Jeśli np. w dzieciństwie po dobrych chwilach następował rozłam, ciało nauczyło się reakcji "nie pozwól, żeby było za dobrze. Lepiej zejść w znany smutek niż przeżyć kolejne pęknięcie."
I wtedy - gdy jest lepiej - nagle pojawia się ciężar, obniżenie nastroju, łzy bez powodu, utknięcie...
To jest ochrona, nie sabotowanie.

Dlaczego to NIE jest do „przepracowania” klasycznie? Bo nie ma konkretnego wydarzenia, jednej emocji, narracji. To jest regulacja amplitudy: układ nerwowy nie pozwala jeszcze na długotrwałe „wysoko”. Im bardziej próbujesz to „zrozumieć”, tym bardziej zostajesz w głowie, a to nie reguluje ciała.

Więc czego NIE robić?

Nie męcz siebie pytaniem "dlaczego to wraca". Ale możesz zadać sobie pytanie - dlaczego TO we mnie nie miało jeszcze prawa do zobaczenia?
Nie „bądż w tym” bez żadnego ruchu (to czasem zamraża).
Nie szukaj przyczyny w nieskończoność.
Nie medytytuj "na siłę".
Nie sprawdzaj, czy "już powinno przejść".
To wszystko utrzymuje uwagę wewnątrz stanu.

Więc co ROBIĆ?

  • Nazwij swój stan. To jest stan nerwowy, to nie jest nie problem. To nie znaczy, że jest źle. To znaczy, że twój system wszedł w znany tryb. To przestawia układ z walki na orientację.
  • Mikro-ruch KU regulacji (nie do "wyjścia").
    Nie chodzi o zmianę stanu, tylko o dodanie sygnału bezpieczeństwa. Np. sauna, spacer + patrzenie na otoczenie, masaż, taniec, muzyka. To nie są "techniki". To jest język, który ciało rozumie.
  • Uwaga z ZEWNĄTRZ → do wewnątrz (odwrotnie niż w medytacji), np.n azwij 5 rzeczy, które widzisz; 3 dźwięki i 2 odczucia dotyku, oraz 1 rzecz, która jest neutralna lub przyjemna.
  • Jedno zdanie współobecności. Nie afirmacje. Jedno zdanie, które nie chce zmiany: "Jestem tu z tym stanem. Nie muszę wiedzieć dlaczego. To minie, nawet jeśli teraz tego nie czuję."
  • Ogranicz czas "bycia w środku". Najważniejsza jest zmiana perspektywy ale nie traktuj tego stan jako cofnięcie się. To nie fala, którą trzeba przeżyć. To nie blokada do rozpuszczenia. To echo starego rytmu, który teraz uczy się, że nie zostaje sam, nie musi trwać dniami, nie musi być „zrozumiany”, żeby się zakończyć. 

To, co wraca, nie chce być przeżywane w izolacji, nie chce być 'stanem do przejścia'; nie być ciężarem dla ciebie i bliskich; nie chce być samo nawet wewnętrznie. 

Co realnie ZMIENIA ten wzorzec?

Kiedy przestajesz ufać uniesieniu (zwyżka emocjonalna) bez regulacji. Po dobrym czasie nie zostawiaj ciała samego.
Było pięknie - dodaj ciepło, jedzenie, odpoczynek.
Było otwarcie - dodaj ugruntowanie.
Było dużo radości - dodaj spokój.
Nie „utrzymuj stanu”. Domykaj go łagodnie.

Układ nerwowy panicznie reaguje na nagłe spadki. Po zwyżce może przyjść zmęczenie albo smutek i to będzie ok. Taka myśl nie przyciąga stanu. To zdejmuje alarm, gdy się pojawi. Jeśli nie ma łagodnego zejścia, ciało zrobi gwałtowne. Dlatego celowo spowolnij dzień po zwyżce, zmniejsz bodźce, zrób coś bardzo zwyczajnego, wręcz nudnego ;)
To jest higiena układu nerwowego, nie rezygnacja z życia. I nadaj nową interpretację tego, co się dzieje. Ten smutek przychodzi, bo jest już bezpieczniej niż kiedyś. Nie dlatego, że coś tracisz. Nie dlatego, że regres. Tylko dlatego, że system uczy się nowej pojemności.
Gdy po zwyżce pojawi się pierwszy sygnał (ciężar, łzy) nie wchodź w to od razu. Najpierw daj sobie ciepło, kontakt i coś stabilnego. Dopiero potem obecność. To jedno odwrócenie kolejności może okazać się bardzo pomocne w procesie poszerzania okna bezpieczeństwa.

I zawsze pamiętaj, tu nie ma tu nic do naprawy. Jest tylko coś do łagodnego przestrojenia 😊




--------------------------------------------------

Tu przeczytasz o dysautonomii układu nerwowego










Czytaj więcej >

Jak życie nas testuje. O modzie na terapię i walce z dyskomfortem

 

Pójście do psychologa / terapeuty ma się równać z naprawianiem swojego życia, ze zmianą sytuacji życiowej, ma świadczyć o naszej dbałości o jego jakość, o naszym statucie samozaopiekowania. Już nie jest czymś krępującym. Jest czymś dobrze widzianym, związanym ze stylem życia.

Już nie wystarczy się pokazać z dorobkiem zawodowym czy materialnym, aktualnie należy mieć "świadome życie wewnętrzne", najlepiej prowadzone przez kogoś z dyplomem. Celebryci nadają trend, aby mówić o terapii z dumą. Terapie poleca się dla wszystkich, wszędzie, od najmłodszych lat i pokazuje się ją jako remedium na wszelkie problemy.
Jeśli masz problem, z czymś sobie nie radzisz, życie układa się inaczej, jakbyś chciał - idź na terapię.
Walcz z dyskomfortem!
Ale czy o to chodzi?

Moda to trend, za którym podąża człowiek (często bezmyślnie). Narzuca sobie styl bez refleksji i wzglądu, względnie bez wysiłku. Jeśli idziesz do psychologa po wskazówki i narzędzia do budowania umiejętności - świetnie. Ale jeśli idziesz bo wierzysz, że to remedium na problemy i szybka "naprawa siebie", podniesienie samopoczucia bez sięgania do korzeni, bez zmiany codzienności w jakiej żyjemy - szkoda twojego czasu. Terapia dotyka historii i pracy mentalnej z twoim EGO, ale nie leczy z codzienności, w jakiej żyjesz. Środowisko, dbałość o przestrzeń wewnętrzną  i regulację emocji, higiena życia, kondycja ciała, odżywianie - to powinniśmy traktować priorytetowo, żeby nie wychowywać kolejnych pokoleń odciętych od siebie ludzi. Tymczasem zgadzamy się na destrukcyjne nawyki, trującą żywność, życie w biegu. 

(To jest też dla rodziców najtrudniejsze do zrozumienia, bo oni chcą szybkiej "naprawy dziecka", a tak naprawdę nie sięgają do szerszej perspektywy i korzeni.  Pozostaje mieć nadzieję, że edukując rodziców, co do ważności środowiska jakie tworzą dzieciom i bezpieczeństwa emocjonalnego - nie tylko materialnego, nasze dzieci przestaną być "bezdomnymi dziećmi" w wielkich domach. To nie w rękach obcych osób jest zapobieganie nieszczęściom tych dzieci, to jest w rękach rodziców i w ich świadomym życiu, w towarzyszeniu sobie i swoim dzieciom.)



Skąd wzięła się niechęć do dyskomfortu i przymus naprawiania?
Dlaczego myślisz, że zdarzy się "pewien dzień", kiedy wreszcie osiągniesz dobrostan?
Wyobrażasz sobie, że odnajdziesz szczęście i spokój, gdy już zdarzy się to czy tamto?
Wierzysz, że zawsze będzie dobrze, jeśli tylko coś/ktoś? 
I że zawsze będziesz dobrze się czuć, pod warunkiem, że ktoś/coś? I co wtedy?
Masz motywację, wolę, czas, przestrzeń i pieniądze, idziesz z tym do terapeuty. Wierzysz, że 4 godziny w miesiącu pozbawią cię złego samopoczucia.
Dlaczego w to uwierzyłeś?

Pewnie, że fajnie byłoby osiągnąć taki dobrostan i flow, ale życie jest dużo bardziej prozaiczne. Nakładanie na siebie presji i kontroli, w przekonaniu, że dobrostan zależy od jakiegoś czynnika zewnętrznego,  a nawet wewnętrznego, to droga wyboista jak wykres EKG. Nie ma złotych środków, uniwersalnych metod, magicznych narzędzi na szczęście. Życie jest, jakie jest.
Przyjęcie trudności boli, a one będą przychodzić. Jeśli skoncentrujesz się na dążeniu do stałego szczęścia, a przyjdzie gorszy moment i trudniejszy czas, wtedy to będziesz sam siebie mobbingował, bo musisz coś przerobić, naprawić, dążyć do lepszej wersji siebie. Ale, halo. Ta lepsza wersja nigdy nie nastąpi!
Ona jest cały czas.
Samopoznanie, doświadczenie i rozwój w życiu człowieka nigdy się nie kończą.

Dyskomfort i flustracja przychodzą zazwyczaj, kiedy:

• porównujemy się z innymi
• rozważamy niepowodzenia i rozgrzebujemy rany z przeszłości
• martwimy się o przyszłość
• wierzymy że trzeba dążyć żeby bo naszego życia zapukało spełnienie, a jak już będzie to na zawsze
• wierzymy, że zawsze będziemy dobrze się czuć
• nie ufamy sobie na tyle, by z troską i opieką zaglądać do własnego środka
• wyrzekamy się emocji które są odzwierciedleniem umysłu w ciele (im bardziej umysł chce pozbyć się bólu tym bardziej boli)
• osądzamy siebie i krytykujemy, w trudnych emocjach mówimy "zawiodłem, nie dałam rady, zachowuje się głupio". 

Walka z dyskomfortem to walka z wiatrakami. W tej walce ty będziesz tym przegranym. Bo dyskomfort to nieodłączna część życia. Życie testuje cały czas. Wprowadza w dyskomfort.
 Psycholog ma nam pomóc zrozumieć własne emocje. Ale my już je rozpoznajemy i rozumiemy. Jesteśmy bardzo świadomym społeczeństwem. Czytamy książki, słuchamy podcastów, oglądamy mądre wywiady. Jesteśmy wręcz przeintelektualizowani.
Brak nam jednego - zaufania do samych siebie. Działania z troski, a nie ze strachu. Odklejenia się od rządzącego nami EGO, od rozdrapywania przeszłości i planowania przyszłości (w kontekście - kiedyś będzie lepiej). Od rosnących potrzeb i oczekiwań. Marzeń, aby być lepszym i posiadać więcej.
Największą pracę ze sobą zrobimy własnym zaangażowaniem i troską o siebie. Kiedy ufasz, przestajesz uciekać, przestajesz się bać. Już wiesz, że te pragnienia wcale nie są twoje. Że te emocje i myśli nie muszą tobą rządzić.

Zdajesz test.
Nie pozbywasz się dyskomfortu i nikt Cię nie naprawia. 

Po prostu uczysz się samemu z nim radzić. 




Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia