Edukacja alternatywna. Wyjście z ED


Jeszcze do niedawna sądziłam, że rozpoczniemy 5 rok w ED w komplecie trójki dzieci. Życie zweryfikowało plany i idziemy w ED tylko w 8 klasie, z najstarszą, możliwe że ostatni rok, bo jej tęsknota za "normalnym" życiem rówieśniczym rośnie (obraca się w środowisku systemowo szkolnym bo pozaszkolnego w mieście wojewódzkim nie odnalazła...) 




Młodsze rozpoczęły przygodę z edukacją przedszkolno-szkolną.
Przyszedł moment na zmianę. To był proces decyzyjny. Szukanie możliwości. Próbowałyśmy z grupą matek stworzyć przestrzeń dla spotkań grupy dzieci, z różnorodnymi zajęciami pozaszkolnymi. Jednak to wymaga czasu i dobrej organizacji, zaangażowania i pełnienia nieodpłatnie funkcji koordynującej, trzeba mieć na okrągło odpowiednie zasoby. Przez rok doświadczenie tworzenia takiego miejsca, wypaliło mnie.  Idea cudna, ale... ciężko o równe zaangażowanie rodziców, o pogodzenie potrzeb, o sprawną organizację, która nie oprze się procesowi rozwoju (a ten jest ciągły). A najtrudniej o zespół ludzi, którzy w to wejdą w całą pasją. I tak oto wychodząc z planów (a może tylko marzeń?) zrobiliśmy w naszej rodzinie przewrót.
Z jakich potrzeb to wynikło?

Po pierwsze POTRZEBY DZIECI.
Moje dzieci szukały relacji.  Mają silną potrzebę kontaktu społecznego, interakcji, integracji, której nie zapewnie im będąc w ED. Mam tego pewność po 4 latach. A ciągle przebywanie ze mną nie jest korzystne dla żadnej ze stron. Nawet jeśli ciągle wyruszamy po nowe przygody i świetnie się ze sobą bawimy. Moje dzieci chcą budować relacje w grupie innych dzieci. A nam zależało, aby uczyły się komunikacji, współpracy, stawiania granic, dbania o potrzeby swoje i innych w sprzyjającym środowisku, bez pouczających dorosłych (też bez rodziców). Tego nie da się nauczyć inaczej niż metodą prób i błędów. Śmiało mogę postawić tezę, że w nowym środowisku przyszły przyspieszony TUS w praktyce i było to dla nich bardzo rozwojowe.

Po drugie ŚWIADOMY WYBÓR
Wybraliśmy miejsca ich edukacji świadomie. To nie są przypadkowe wybory. Nie będą w miejscach, które różnią się stylem życia i budowania relacji od tego, co wydarza się w naszej rodzinie. Chcemy by weszły  w proces  socjalizacji miękko, spokojnie i bezpiecznie.  W miejscach, w których mogą czuć się dobrze i być sobą ale które jednocześnie stawiają im wyzwania, nie tylko głaszczą ale też prowokują do samodzielności.

Po trzecie, JA!
Miałam głęboką potrzebę zmiany trybu życia. Przez ostatnie lata sporo byliśmy w trasie eksplorując przyrodę. Jednocześnie cały czas łączyłam ED z pracą i rozwojem zawodowym. To trudne, ale konieczne.
Statystycznie patrząc, to matki w ED są nieaktywne zawodowo (ojcowie pracują zarobkowo), przez co mogą wygenerować czas i być skoncentrowane tylko na swoich dzieciach. To przywilej tej grupy, do której kierowana jest cała współczesna coachingowo-psychologiczna produkcja. To dość szczelny świat.... ale nie mój.

Poprzez doświadczenia własne i z perspektywy zawodowej, gdzie kieruje działaniami wsparcia osób z grup zagrożonych wykluczeniem, których zasoby i wpływ są bardzo ograniczone, widzę ogromny rozłam między dzieciocentryzmem w środowisku ED, a życiem statystycznych normalsów.
Ale też nie mam ambicji zawodowych które upchnęłam w kąt, żeby zrealizować je kiedy tylko dzieci się odkleją. Pragnęłam spokoju, ładu życia codziennego, higieny psychicznej, żeby... złapać dobry kontakt ze sobą. Zatrzymać się i zobaczyć czego JA potrzebuje. Gdzie ja jestem w tym zdominowanym przez dzieci moim świecie?
Dopiero po kilku miesiącach, w procesie zmian, zdałam sobie sprawę, jak głęboko, przez ostatnie 13 lat bycia w gotowości rodzicielskiej, rozwinęło się moje sforsowanie. I mimo tego, ciągle w roli, gotowa na spełnianie oczekiwań i nowe wyzwania. Przestałam odbierać sygnały z wnętrza, reagować na sytuacje na które nie miałam zgody, utraciłam witalność. Nie było już z czego czerpać zasobów, dawałam z pustego.
Żeby pozwolić sobie odpocząć, trzeba się zatrzymać, ograniczyć działania, nadające sens i rytm codzienności. Przyjrzeć się poniesionym kosztom. Dostrzec własną reakcję na świadomość, jak bardzo zdegradowało się własne potrzeby. 

"Tęsknota za czasem wolnym to tęsknota za samym sobą. Jeśli nie dajesz sobie wolnego czasu, nie chcesz ze sobą pobyć" (Natalia de Barbaro)
Ja bardzo chciałam ze samą sobą pobyć. 

Wprowadziliśmy do życia nowy tryb, uporządkowanie, przewidywalność. Bardzo było mi go brak w życiowym chaosie i zmęczeniu.
A najważniejsze jest to, że nadal zostaje w każdym roboczym dniu sporo czasu, które możemy spędzić razem, aby budować codzienne pełne relacje dzieci z obojgiem rodziców.


Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia