Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty

Powrót do siebie. Bez lekcji, metafizyki i poradnika

 

To nie jest historia o szukaniu w życiu „przeznaczenia”. 
To też nie lekcja na szybką przemianę z Instagrama 🤷🏻
To historia o przejściu przez realny, długotrwały kryzys egzystencjalny i wyciśnięciu z tego doświadczenia jak najwięcej.

To, co się wydarzyło, nie było „konieczne”, żebym coś zrozumiała. 
Choroba  nie jest „ceną” za rozwój ani sens.
I mam prawo nie chcieć nadawać temu duchowego znaczenia. To jest po prostu zdrowe.

Ale od początku.
W  którymś momencie życia miałam duży dyskomfort związany z moim życiem zawodowym. Czułam narastające poczucie bezsensu i potrzebę wzięcia oddechu, żeby iść dalej.  

Głęboko zastanawiałam się, co musi się wydarzyć, żebym odkryła swoje przeznaczenie, swoje miejsce zawodowe, takie, że poczuje, że wchodzę w to bez mrugnięcia okiem.
Zadane sobie pytanie brzmiało mądrze, ale miało w sobie ukrytą pułapkę. 
Ono zakłada, że sens jest gdzieś dalej, przyjdzie po jakimś wstrząsie i że musisz coś jeszcze przejść, żeby „zasłużyć” na jasność.

A ja… już przeszłam więcej niż wystarczająco. Bo wydarzyło się wiele. 
I to, co uderza najbardziej, to wcale nie same wydarzenia, tylko to, co się we mnie realnie zmieniło, ale to pomijałam, bo nie jest „efektowne”.

Najważniejsza ogromna zmiana, to przejście z perspektywy psychologicznej na biologiczną.
To jest fundamentalna zmiana paradygmatu, a nie drobna korekta.

Przez kilkadziesiąt lat moją bazą było analizowanie, rozumienie, trzymanie się w pionie, bycie „tą, która daje radę”.  A teraz - układ nerwowy jest moim punktem odniesienia, uznaję przeciążenie, a nie „kryzys do przepracowania”; prawo do „nie” i rozumiem czym jest regeneracja zamiast mobilizacji.


To jest zejście z poziomu narracji na poziom regulacji.



I bardzo możliwe, że to jest pierwsza rzecz w moim życiu, która nie wymaga sensu, nie wymaga interpretacji, nie wymaga, żeby coś „z tego wyszło”.

I szczerze, dopiero wtedy zauważyłam, że nie mam teraz zasobów, żeby wejść w nowe wyzwania z zaangażowaniem i pasją. Ale to nie jest porażka ani stagnacja.

To jest faza regeneracyjna, która w naszej kulturze nie ma nazwy, nie ma prestiżu, nie ma narracji sukcesu.

Ale biologicznie jest niezbędna, jeśli układ nerwowy był długo w trybie przetrwania.
Pytanie o „przeznaczenie” było pytaniem z etapu mobilizacji, a ja jesteś w etapie odbudowy. 
To trochę tak, jakby pytać:  „Dokąd mam biec?”, kiedy organizm jeszcze mówi „najpierw muszę przestać drżeć.”

Czy myślenie o przeznaczeniu ma w tej sytuacji sens? Nie. Ale to nie znaczy, że sensu nie ma w ogóle.
Tylko, że przeznaczenie być może nie jest czymś, co się „odkrywa”, tylko czymś, co powoli wyłania się z tego, jak dbam o siebie teraz.
Być może na ten moment moim przeznaczeniem, nie jest misja czy powołanie, tylko powrót do regulacji, odzyskanie wpływu przez troskę, a nie przez kontrolę, życie bez przymusu bycia silną.

I to jest strasznie nieinstagramowe…. Ale za to bardzo prawdziwe.

Teraz pytam siebie - czego mój układ nerwowy potrzebuje, żebym mogła w ogóle poczuć, że żyję swoim życiem?
Bez presji, że z tego ma wyniknąć coś wielkiego. Czasem największą zmianą jest to, że przestajemy siebie pchać. Jesteśmy w trzeźwym postrzeganiu sytuacji i właśnie takiego języka potrzebujemy: bez metafizyki, bez „lekcji”, bez narracji o wzroście, ale też bez zapadania się w pustkę.

Pytamy o sens. Ale bez duchowości, wtedy sens nie jest czymś, co się odkrywa, tylko czymś, co zmniejsza wewnętrzne tarcie, zwiększa poczucie wpływu, sprawia, że codzienność staje się znośna (to bardzo niedoceniane kryterium).

W tym ujęciu sens to nie powołanie czy misja „dlaczego to mnie spotkało”. 
Tylko pytanie: co sprawia, że moje życie jest trochę mniej ciężkie do niesienia?

Mam prawo dziś nic nie rozwiązywać. Moje ciało jest punktem odniesienia, nie ambicje.
Nie pogarszam sobie życia wymaganiami. CHCĘ MNIEJ.


A jak wygląda regeneracja w praktyce (czyli jak to wygląda naprawdę, a nie w poradniku)?

Regeneracja NIE wygląda tak: wraca motywacja, rośnie energia, pojawia się jasność „co dalej”.
To są objawy powrotu do działania, a nie regeneracji.
Regeneracja wygląda tak:

1. Spadek tolerancji na przeciążenie.
Rzeczy, które kiedyś „były normalne”, teraz są nie do zniesienia.
To nie cofanie się. To znak, że układ nerwowy przestaje kompensować.

2. Potrzeba prostoty.
Mniej rozmów, mniej planów, mniej bodźców, mniej „ważnych tematów”.
Ciało chce przewidywalności, nie inspiracji.

3. Ambiwalencja wobec pracy.
To nie brak ambicji, tylko brak zasobów na presję, tempo i odpowiedzialność emocjonalną.

W czasie regeneracji nie jesteś „niegotowy”. Jesteś w trakcie odbudowy zdolności do obciążenia.


Co faktycznie wspiera regenerację:

- rytm zamiast celów (stałe pory snu, posiłków, spacerów)
- małe decyzje, które wzmacniają wpływ („dziś nie”, „teraz tak”)
- kontakt z ciałem bez analizy (ruch, ciepło, oddech - bez interpretowania)
ograniczenie narracji („nie muszę wiedzieć, co to znaczy”)

Regeneracja to nie „robienie czegoś dla siebie”. To nierobienie rzeczy, które dalej drenowałyby system.

Jak nie robić z cierpienia „lekcji”, ale też nie zostać w pustce?

To jest chyba najtrudniejsze.  
Myślimy „To było po coś” - jest to przemoc wobec doświadczenia.
Myślimy „To było bez sensu” - czujemy egzystencjalną pustkę.
Jest trzecia opcja. Bardzo ludzka - to się wydarzyło, było za dużo, teraz zajmuję się skutkami.
Bez dorabiania znaczeń. Bez potrzeby, żeby coś z tego wynikało, bez ideologizowania.
I co wtedy zostaje zamiast pustki?  Zostaje troska zamiast interpretacji, realność zamiast narracji, teraźniejszość zamiast przyszłego sensu.

Nie musisz mówić „Jestem wdzięczny za to doświadczenie”.
Wystarczy, że powiesz „Nie chcę już żyć w trybie przetrwania.” I zapytasz siebie - jakiego życia mój organizm już nie jest w stanie dłużej prowadzić?

To pytanie nie wymaga wiary, nie wymaga nadziei, nie wymaga sensu. 
Wystarczy uczciwość wobec siebie.

Dopiero kiedy przestałam pytać „co to ma znaczyć?”, a zaczęłam pytać „co mi jest?”, coś się we mnie przesunęło. Z perspektywy psychologicznej - tej, która przez lata była moim domyślnym językiem - zwróciłam się ku perspektywie biologicznej. Ku układowi nerwowemu, zmęczeniu, reaktywności, granicom. Ku ciału, które nie potrzebowało już interpretacji, tylko ulgi.

Regeneracja okazała się czymś zupełnie innym niż obiecywały poradniki. Nie przyszła z przypływem energii ani z jasnością co dalej. Przyszła z potrzebą prostoty, spadkiem tolerancji na przeciążenie i z odwagą mówienia „nie” - nawet wtedy, gdy nie potrafiłam jeszcze powiedzieć „tak” czemukolwiek innemu.

Nie chciałam robić z cierpienia historii o rozwoju. Nie chciałam mówić, że było „po coś”, ani że „musiałam przez to przejść”. A jednocześnie nie chciałam zostać w pustce, w poczuciu, że wszystko było tylko stratą. Z czasem zrozumiałam, że istnieje trzecia droga.
Bez nadawania sensu temu, co bolało, ale z głębokim zwrotem ku sobie.
Bez duchowych interpretacji, ale z bardzo realną mądrością, która płynie z doświadczenia granic.

Są doświadczenia, które nie przynoszą olśnienia, nie porządkują świata i nie czynią nas „lepszymi”. Przynoszą za to przeciążenie, lęk, rozpad znanych struktur i długotrwałe zmęczenie, którego nie da się odpocząć jednym weekendem ani jedną dobrą decyzją.

Ta historia nie jest opowieścią o odnalezionym przeznaczeniu.

Jest zapisem drogi powrotu do siebie - nie przez ambicję, siłę czy analizę, ale przez troskę, regulację i zgodę na to, że nie każdy etap życia służy budowaniu czegokolwiek poza bezpieczeństwem.

Jeśli jesteś w miejscu, w którym nie szukasz już odpowiedzi, tylko oddechu, być może znajdziesz tu coś dla siebie.

🫶🏻

-----------------------------------


Czytaj więcej >

Kierunek na siebie


W szkole podstawowej wcale się nie uczyłam, a w średniej ciągle wagarowałam. Można powiedzieć, że szkoła nigdy nie była dla mnie specjalnie ciekawa. Jako nastolatka wsiadałam w pociąg albo autobus i jeździłam szwendać się po okolicy. Jeździłam do lasu albo nad jezioro, gdzie siadałam na brzegu, oglądałam chmury i snułam refleksje o świecie. Uwielbiałam czas spędzony ze sobą, twórczy, wyrażony w swobodny, nieograniczony sposób.
Nigdy nie poczułam samotności w tej relacji.

Tak mi zostało do dziś.



Przyjrzałam się temu, co w samotności lubię robić:
- jeść
- pić kawę
- tańczyć
- spać
- płakać
- czytać
- słuchać muzyki
- spacerować
- podróżować
- gotować
- odpoczywać
itp.

W lutym 2023 spędziłam samotny weekend nad morzem. Przymiotnik "samotny" nabiera innego znaczenia, kiedy jest się pracującą matką trójki dzieci, wiadomo. 

Pojechałam nad ukochane morze, pojechałam pierwszy raz od... nie pamiętam kiedy, kiedy to celem nie był trening, warsztaty, szkolenie, ani obóz jogi. Pojechałam spędzić wolny czas ze sobą, co uważam to za ogromny przywilej i wartość. W tym czasie, nad morzem, nie miałam w planie absolutnie żadnych zajęć.

Nie miałam planu.

Samotny pobyt nad morzem był odpowiedzią na moją silną potrzebę separacji, spakowałam plecak i ruszyłam, zostawiając za sobą codzienność. Samotnie spacerowałam, czytałam, jadłam, spałam, słuchałam muzyki. Spędzałam czas wolny tak, aby odpocząć, wyjść z każdej z ról, jakie pełnimy na co dzień w życiu zawodowym i osobistym. Z roli matki, partnerki, pracownicy czy szefowej, ale też ogarniaczki...

Być w kierunku na siebie.

Być może nie uda się mi się nigdy całkiem "uzdrowić" z znaczeniu przeżytych stresów, traum i cierpień. Być może nigdy nie uda mi się pozbyć nerwicy. Albo wszystkiego przepracować.
Ale najważniejsza jest relacja ze sobą, która nie ma końca, o którą warto dbać. Bycie w uważnym kontakcie ze sobą rozwija, a rozwój uszczęśliwia, przynajmniej mnie ;)


Dbacie? 


*****

Co o czasie wolnym i rozwoju osobistym polskich kobiet mówią dane?


W badaniu segmentacyjnym czasu wolnego i rozwoju osobistego "Kobiety w Polsce", wyodrębniono
 5 segmentów współczesnych Polek:
Ogarniaczki Rzeczywistości, 21 proc - ich domeną jest ogarnianie wszystkiego wokół, w życiu osobistym i zawodowym (przy czym 49% Polek nie pracuje zawodowo).
Bokserki Losu, 20 proc.- sensem ich życia są dzieci, poświęcają się dla rodziny.; prywatnie i zawodowo - czują się niedoceniane.
Dziarskie Dziewuchy, 18 proc. - jedyny segment kobiet, które walkę feministek uważa za niezakończoną;
Domowe Królowe, 18 proc. - tradycyjny model rodziny jest dla nich naturalny, mężczyzna ma zarabiać na dom, kobieta dbać o ciepło domowego ogniska.
E-Księżniczki, 17 proc. - najmłodszy segment, kobiety zadowolone z życia, aktywne w social mediach, zawodowo i towarzysko.

W badaniu „Zrównoważony rozwój albo nic. Wymarzona przyszłość Europejczyków z pokoleń Y i Z” 65 proc. młodych polskich kobiet ceni zdrowie fizyczne i emocjonalne, a 59 proc. wzajemną bliskość; i to głównie dla kobiet, a nie dla mężczyzn, ważne są relacje społeczne.

Z kolei to badanie o kobiecości, mówi, że blisko połowa (47%) z nas często porównuje się z innymi kobietami. Boimy się, że jesteśmy niewystarczająco dobrymi matkami, pracowniczkami, a nawet partnerkami. 

Badanie „Bebilon 2. Przyszłość zaczyna się dziś” pokazuje, że 68% kobiet – kiedy mają czas dla siebie – sprząta, robi zakupy i gotuje. Zaledwie 26% kobiet realizuje swoje pasje, a na pytanie czy w wolnym czasie uczęszczają na regularne zajęcia poza domem, aż 79% kobiet zaprzeczyło.


Czytaj więcej >

Czuła Przewodniczka w moim życiu


Kiedy wspomniałam o tej książce na babskim spotkaniu, koleżanka odparła, że nie lubi tej książki, bo jest dla klasy średniej. To trafne spostrzeżenie. Kiedy kobieta walczy o materialny byt i każdy jej dzień to przetrwanie, nie wygeneruje jednej sekundy, aby pomyśleć czego sama chce, a co dopiero czy może to dostać.
Czego potrzebuje? - to pytanie nie ma szans paść, a co dopiero poszukiwanie odpowiedzi. Ona nie może dokonywać wolnych wyborów, wsłuchiwać się w swoją dziką dziewczynkę, dać sobie luz, czas na refleksje czy swobodną zabawę... być może nie ma możliwości, a nawet świadomości, że jej życie mogłoby wyglądać inaczej.

Ale z drugiej strony uważam, że ta książka i patrzenie na świat Natalii de Barbaro są dla każdego. Bo miłość jest dla każdego, niezależnie kim jest i jak żyje. Wartość jest w człowieku od chwili narodzin i nawet jeśli przez wiele lat, nikt dziewczynce nie dał uwagi, troski, opieki, ona ciągle może spróbować dać to samej sobie, jako dorosła. Choć dostęp do tej świadomości może być bardzo, bardzo trudny, to praca nad sobą jest świetnie opłacana, a walutą jest właśnie miłość:)
Kiedy inni na ciebie patrzą i odbierasz w ich wzroku co myślą o tobie, wcale nie chodzi o nich, tylko o własne spojrzenie na siebie. W tej obserwacji jest cały przekrój przekonań i opinii na swój temat, jaki mamy w danym momencie. Wszystkie są ok. Wszystkie są drogą do siebie. Mamy tyle zgody na innych, ile mamy na siebie.

Całe życie budowałam projekty i szukałam celu. Potrzebowałam wyzwań, czasem bawiąc się przy tym, tworząc i wtedy czułam w tym dużą pasje, która gasła, gdy tylko zaczynałam być spychana w jakieś ramy odgórnych oczekiwań albo konieczność dostosowania się. Wtedy stawałam się pełna samokontroli, nastawiona na dobrze wykonane zadanie. I szukałam sposobów by nakarmić w sobie głodną przygód dziewczynę, i przyszedł czas, kiedy już wiedziałam jakim wyczerpaniem kończy się emocjonalne głodzenie samej siebie.

Wsłuchiwanie i zaspokajanie własnych potrzeb było dla mnie odkąd pamiętam bardzo ważne. Dostałam rykoszetem, kiedy pojawiły się dzieci, bo mój egoizm musiał ustąpić zaspokajaniu potrzeb innych, nie tylko dzieci, ale wszystkich wokół. I dobrze znam wchodzenie w rolę, o których pisze autorka Czułej Przewodniczki. Motanie się, odgrywanie ról, zatracenie siebie. Boimy się, my wszystkie....

Męczennicy wydaje się, że bliscy nie będą jej kochać, jeśli nie będzie dla nich nic robić. Że nie jest wystarczająca, nie zasługuje, że musi się zaangażować ponad siły, poświęcić, aby zostać docenioną. Z lęku, że przestanie być dla innych ważna, wciska siebie w poczucie krzywdy, a innych w poczucie winy. 

Królowa lodu terroryzuje, krytykuje innych i samą siebie, ściga się z innymi, rywalizuje; z lęku, że okaże się gorsza nie pokazuje słabości; samoakceptacja, przyzwolenie na luz i błędy, są jej obce. Bez zrealizowanego planu, będzie bez wartości. 

Potulna myśli, jeśli wyrazi swoje zdanie w swój wybrany sposób, zostanie odrzucona przez innych, a wtedy sama siebie odrzuci. Z lęku przed odrzuceniem, robi wszystko, żeby inni ją akceptowali. Więc jest uległa, miła, potrzeby innych są ważniejsze od jej własnych, nie stawia granic, przytakuje na ataki biernej agresji i przeprasza kiedy myśli tylko o sobie.

Każda z tych ról wywodzi się z niezgody na siebie. Tylko kiedy czule przyjmiesz siebie i będziesz czuć się kochana, możesz obdarzać innych miłością - trafnie pisze Natalia de Barbaro.
Kiedy Czuła Przewodniczka na ciebie patrzy, widzi mądrą dziewczynę, która przeszła różne zmagania, popełnia błędy, a potem stara się je naprawiać. Widzi kogoś, kto buduje w sobie siłę, żeby otwierać na innych.

 
Od 13 lat jestem matką w ciągłej gotowości. Chwila dla siebie w codziennym pędzie już nie wystarczy, bo wieloletnia wyrwa nie zapełni się tak szybko. Pójście na jogę jest jak kradzież własnego czasu, kiedy mogę robić... NIC.

Nie da się nalać z pustego. Nie da się chronić innych, kiedy nie chroni się siebie.
Nieustannie zatracam w sobie i odnajduje, przeganiam i z powrotem nawołuje Czułą, Dziką i Dorosłą.
Wiem, że są. 


Bardzo polecam przeczytać:









Zdjęcie z: https://kulturalnysklep.pl/Odwagi-Dziewczyny-Siegnijcie-po-te-ksiazke-i-zacznijcie-zyc-po-swojemu-blog-pol-1621342593.html


Czytaj więcej >

Dzieciocentryzm to zuo


         Afrykańska matka jest ze swoim niemowlakiem non stop. Nosi ze sobą małe dziecie w chuście i wykonuje prace fizyczne. Jest z nim nierozłącznie, tego się od niej oczekuje, taka kultura, takie warunki. Opiekuje się bo to należy do jej rodowych obowiązków. Kiedy dziecię dorasta, odkleja się od matki i bawi się z innymi dziećmi, nikt już nie oczekuje od niej, żeby robiła z nim budowle z patyków, bawiła się w berka i wymyślała na całe dnie kreatywne i edukacyjne zabawy, a także dbała o jego wszechstronny rozwój osobisty. Europejska matka idąc wzorem matki rdzennej i idei bliskiego rodzicielstwa zaopatrzyła się w chustę, tudzież nosidło, i też praktykuje noszenie.
Różnica jest taka, że nie kopie w polu i poza podstawową opieką pełni wiele innych skomplikowanych ról wobec swego potomka, które czasem wpadają w masochistyczny dzieciocentryzm.




Kiedy moje dzieci były niemowlętami, lubiłam kiedy w mieszkaniu było czysto i systematycznie np. myłam podłogi. Ile to się nasłuchałam, że po co, że nie warto, że lepiej żyć z syfie ale pobyć z dzieciątkiem, że są ważniejsze rzeczy, a podłoga poczeka. Nie mogłam zrozumieć, skąd inni wiedzą, co jest dla mnie najlepsze (i dla moich dzieci). Mnie te czyste podłogi podnosiły samopoczucie. Psychologicznie patrząc, teoria głosi, że podobnie jest z pracą w ogródku - daje poczucie kontroli, jaką tracimy w naszym życiu. Posiadanie dzieci, szczególnie małych, przewala życie do góry nogami i kontroli nie ma żadnej. Umycie podłogi, naczyń czy włosów, może pomóc postawić do pionu nasze ego. 

Te i inne codzienne zachowania, mogą się z różnych przyczyn nie podobać innym, bo są kwestią potrzeb matki i nie koncentrują się wyłącznie na dzieciach. Życie matki, według wielu, ma być zdeterminowane przez bycie matką. Macierzyństwo powinno być celem i treścią jej życia. Rola europejskiej matki jest jednak dużo bardziej wielowymiarowa, niż matki afrykańskiej. Skomplikowała to kultura masowa, a dokładają do pieca.... inne matki.

Matka bywa w kryzysie. Szuka zrozumienia i oparcia. Dostaje obstrzałem mądralińskich ocen i złotych porad, bo cokolwiek się dzieje, to matka coś źle robi i konieczne powinna to naprawić wg uniwersalnych instrukcji.
Gdzie w matce jest człowiek? Poza byciem matką niewiele zostaje. Jest organizatorem życia rodzinnego, logistykiem, zaopatrzeniowcem, a na spotkaniach towarzyskich specjalistką od wizerunku. I oczywiście jest terapeutą rodziny. Dla swych dzieci musi być zawsze rozumiejącą i wspierającą. Kiedy przedszkolaki dają popalić, to wyrażają swoje głębokie potrzeby, na które musi pojawić się odpowiednia reakcja.
Kiedy dorastające trzaskają drzwiami i nie wykazują chęci współpracy, to pewnie zaznaczają granice i budują swoje terytorium - należy to bezwzględnie uszanować. Kiedy marudzą, wchodzą na głowę i nie współpracują, trzeba je bezwzględnie kochać, wspierać, doceniać, poświęcać się w całości i pracować nad swoimi złymi emocjami, kiedy się tylko pojawią.
A jeśli nie radzimy sobie z wychowaniem, to mamy problem i zróbmy coś z sobą, mamy ogromny rynek poradników, które możemy czytać po nocach.
Bo matka musi się kierować empatią a nie egoizmem! 

Moja mama opowiada, że kiedy ona wychowywała nas, nikt się tak nie skupiał na dzieciach jak dziś. Przede wszystkim mamy nie krytykowały się wzajemnie, nie pouczały i nie robiły wykładów o tym co czują i myślą ich dzieci. Tworzyły społeczność bez wyścigów o style wychowawcze.
Organizacja życia była dużo trudniejsza ale nikt na siłę nie udowadniał, że jest mu lekko - zapewne nie miał gdzie (nie było instagrama). 

Współczesne matki muszą się zmagać z oceną swojego zachowania i wyglądu na każdym kroku. Są rozliczane z tego, co mówią, jak mówią, co robią, a nawet co myślą. Nie jestem pewna, czy społeczeństwo dało matce prawo do wyrażenia rozczarowania, na tyle, na ile to deklaruje. Wychowywanie dzieci stało się środkiem do celu, jakim jest sukces życiowy; wyścigiem idealnych matek idealnych dzieci; domeną najbardziej zakompleksionej i pogubionej grupy społecznej.

Czy jest dla nas matek jeszcze jakaś szansa? ;) 


Czytaj więcej >

Życie wielodzietne


W szkole średniej pisałam krótkie opowiadania i wiersze. Na studiach bawiłam się w dziennikarstwo społeczne, byłam nawet redaktorką naczelną na pewnym popularnym serwisie. Produkowałam wpisy na bloga taśmowo, pisanie dawało mi dużo ulgi, szczególnie jeśli drążyłam jakiś temat, albo jeśli coś mi ciążyło i mogłam to z siebie wyrzucić. 

OffMatka jest moim trzecim moim blogiem w offnurcie. Uwielbiałam pisanie do momentu kiedy poczułam, że nie mam już w sobie tej silnej potrzeby, skierowała się gdzieś indziej. Choć chętnie napisałabym o znikających przeciwciałach i badaniach przedklinicznych na makakach ale kto o tym zechce czytać, skoro odwaga narodowa tak potaniała, że wystarczy się zaszczepić, żeby być bohaterem?

Więc na razie mało piszę, moje dzieci rosną, buduje mi się coraz wyraźniej i konkretniej szczery do bólu obraz życia rodziny wielodzietnej. Jesteśmy pod względem życia codziennego minimalistami, co oznacza, że wystarczy nam to, co posiadamy. Ale marzy mi się pójście z mężem na rytuał do sauny, tylko we dwoje, nie mieliśmy okazji zrobić tego od ponad 6 lat, bo nie mamy z kim zostawić dzieci. A one są epicentrum naszego świata, codziennym przewodnikiem, nauczycielem, coachem i terapeutą. Mój rozwój osobisty to właśnie ta codzienność, zmaganie się ze słabszymi chwilami i umiejętność czerpania z nich.
Mam momenty okropnego zmęczenia nieustanną dyspozycją, szczególnie kiedy jest nerwowo. Nie da się skupić na każdym dziecku naraz. Zawsze któreś jest w tle i dopomina się o uwagę w różny sposób.  

Jednego jestem pewna - jako matka wielodzietna i osoba zawodowo obcująca z młodzieżą - w dzieciach jest więcej różnic niż podobieństw. Wygląd, temperament, upodobania, mocne i słabe strony, charakter. Są dzieci, które lubią i potrafią bawić się abstrakcyjnie, i takie które tego nie łapią. Są takie, co skupią się na określonej czynności i robią ja długo, i takie, co nudzą się szybko i szukają nowych wrażeń. Są takie, co wrzeszczą o wszystko i takie, co rzadko się drą. Takie, co ucieszy każda zabawka i takie, co nie bawią się niczym. Takie, co zajmą się sobą przez kilka godzin i takie co nie zajmą się sobą przez 5 minut. Są dzieci współpracujące i dzieci wymagające, dzieci ciche i głośne, dzieci odważne i wycofane, samodzielne i nie, takie co budują i takie co psują. Patrzenie na dzieci poprzez pryzmat tego, w czym się różnią, może poszerzać horyzonty, zmniejszać szufladki, dawać więcej świadomości, a mniej niezrozumienia - jeśli tylko jesteśmy zdolni do głębokiej tolerancji. Jeśli masz więcej niż jedno dziecko, wiesz, jak bardzo się różnią i że nie ma uniwersalnych metod wychowawczych. Że trudno jest robić coś w grupie dopasowując formę, tempo zajęcia do wszystkich, różniących się wiekiem dzieci, i przy tym nie zatracić własnych potrzeb. Że praca z dziećmi jest nieustająca i nieprzewidywalna. 

Że ciężko jest pogodzić potrzeby różnych osób. 
Np. ruchu moich dzieci z moim odpoczynkiem i bywa też na odwrót 👀











Czytaj więcej >

Mam kryzys! I nie zawaham się go użyć...



Pisałam już o kryzysie matki. W pewnym sensie stan, w którym jestem teraz, jest też kryzysem matki.
Jest też kryzysem edukatorki edukacji domowej, partnerki, pracownika, trenera, córki i przyjaciółki.





 

Zaczęło się od zwykłego zmęczenia. Przytłoczenia obowiązkami. Zlecenie które wzięłam wymagało ode mnie pracy przy komputerze. Robię to wtedy, gdy dzieci pójdą spać, a ja mogę się skupić (chaos dnia na to nie pozwala).
Jest to średnio po 21:00.
Nie jestem sową, ale to jedyny czas kiedy praca tego typu się udaje. W ciągu dnia, nawet gdy usiądę za biurkiem, czy w kawiarni, moją uwagę pochłaniają bieżące rzeczy, które staram się dzielić na pilne i ważne.
Potrafię pracować wieczorem długo, co ma swoje konsekwencje w niedospaniu. Ten permanentny stan skutkuje zmęczeniem i mimo satysfakcji z pracy, w pewnym momencie zauważam spadek sił witalnych.
Czy dzieje się to szybciej czy później, zależy od okoliczności.
Tym razem były nimi: przygotowania do pierwszych egzaminów córki (5 klasa ED), enterowirusy które mnie przeorały, dodatkowe obowiązki zawodowe oraz domowe, których zawsze jest full. I śmierć kolegi, starszego idę mnie o 4 lata, z którym znaliśmy się od 20 lat, z którym spędziliśmy wiele nocy na dyskusjach przy piwku i z którym nigdy nie miałam romansu. Serdeczna znajomość, którą bezczelnie zmiótł nowotwór.

Efekty?
Obniżony nastrój, kłopoty z zaśnięciem i niespokojny sen, problem ze skupieniem uwagi, rozdrażnienie,  niepokój, negatywizm, osłabienie i ogólna padaka.
Przy tym nie można wziąć urlopu (matki nie biorą wolnego...) Nie można przespać 12h lub więcej. Nie ma jak nadrobić. Wysłuchujesz jak wszyscy wokół opowiadają co ich trapi, ale sama się nie zwierzasz bo nie lubisz. A nikt nie pyta... Poczucie odosobnienia narasta... KRYZYS?!

Kryzys to żaden wstyd. Kryzys to żadna słabość, żadna porażka. Kryzys jest częścią życia każdego człowieka. Miewają go wielcy artyści i zwykli śmiertelnicy. Może być niebezpieczny, bo kryzys to stan, w którym dochodzisz do momentu, po którym albo wzlecisz albo spadniesz. 
Albo na chwilę wzlecisz, a po tej chwili lecisz na łeb. Może przeobrazić się w kryzys psychiczny, emocjonalny. Może być też twórczy, transformujący.
Bo "ludzie doświadczający kryzysu są o wiele bardziej otwarci i podatni na zewnętrzną interwencję niż wtedy, gdy są w stanie równowagi" (G.Caplan 1964)

Lindemann i Caplan wprowadzili pojęcie kryzysu do psychologii i psychiatrii na oznaczenie reakcji człowieka zdrowego na trudną sytuację, której nie potrafi rozwiązać, gdyż jego umiejętności rozwiązania problemów okazały się niewystarczające (brak zasobów nie oznacza wyłącznie braku wiedzy). Rzadko sprawdzają się strategie "naprawy od ręki". Wiele problemów osób znajdujących się w kryzysie wynika z tego, że szukali właśnie takiej "naprawy od ręki", "drogi na skróty", szybkiej metody na zmianę życia bez większych nakładów. Pod postacią dawania sobie ulgi i redukcji stresu szukamy pocieszenia,  zabawy, seksu, alkoholu, pracy lub szybkiej sesji u jakiegoś "speca", co nas uzdrowi swoją energią, ziołami, prądem, czy innym narzędziem wpływu. Wizyta u coacha też niestety może zdać się psu na budę.
Tego rodzaju "naprawa" może wytłumić bolesne reakcje, ale nie ma wpływu na wywołujący je bodziec i kryzys zamiast zniknąć, to się pogłębia.

Kryzys stawia ludzi w obliczu wyborów, z którymi mogą sobie nie poradzić, wymusza konieczność dokonania wyboru, przy czym unikanie wyboru również jest wyborem. Można mieć kryzys związany z wypaleniem zawodowym, ze stresem, kryzys małżeński, związany ze zmianą czy wiekiem, z ważnym wydarzeniem czy duchowością.
Może ja mam z wiekiem? 👀


W tekście "KIEDY I DLACZEGO NIE POMOŻE CI COACH?" opisuje jak wygląda klasyczny książkowy kryzys. Co z tym fantem zrobić i do czego skubańca wykorzystać?


Kryzys boli najbardziej tych, którzy chcą być w czymś dobrzy, bardzo dobrzy, profesjonalni. Wymagają od siebie, są bardziej samokrytyczni. Coś jak psychologiczny efekt Dunninga-Krugera.
Nie reagujemy tyle co na sam kryzys, a na fakt niedostępności strategii pozwalających nam poradzić sobie z trudną sytuacją (poddatność na doświadczanie kryzysu może być wynikiem niskiego poczucia własnej wartości, osoby takie są bardziej poddatne na stres i trudniej jest im stawić czoła problemowi, rozwiązać sytuację kryzysową).
Trudny stan może trwać nawet miesiąc.
Następnie, kiedy mamy dość ciągłego napięcia, szukamy ulgi, szukamy rozwiązań, konstruktywnych albo nie.
Po tym etapie, pod warunkiem, że daliśmy sobie czas i prawo do przeżycia sytuacji na swój sposób, mamy w sobie gotowość, aby poszukać wsparcia. Zaczyna chcieć nam się coś robić, działać. Całe sedno w tym, że to MY znaleźliśmy w sobie siłę, żeby o siebie zawalczyć, zmienić coś w życiu. Stać się we własnych oczach, a nie oczach innych, kimś pełnowartościowym, nie mniej nie więcej niż inni, ale w sam raz! Najlepiej wychodzi nam przecież bycie sobą, prawda?
Bądźmy sobą, bo wszyscy inni są już zajęci! ❤


Jedyne do czego można użyć kryzys to przyjęcie go jako nieoderwalnego elementu życia. Jako części całości. Części nas samych. A kiedy doskwiera, wziąć go za kołnierz i położyć do kąta.
Niech leży. A my z nim. Nie walczmy z kryzysem, nie walczmy z sobą!


Tekst inspirowany treściami z życia oraz mojej strony - MOTYWATORKI KRYZYSOWEJ
Czytaj więcej >

Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru vol.2





Wracam do swego tekstu o RB sprzed lat, który znajdziecie pod linkiem: 
"Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru" kontynuując tutaj temat w nieco zmienionej perspektywie.
Wtedy patrząc przez pryzmat całkiem małych dzieci, skrupulatnie skomentowałam wywiad z A.Stein, znaną ekspertką w temacie. Cóż, dziś napisałabym to samo, albo i więcej, właśnie dlatego, że teraz myślę też o nastolatkach, nieco poszerzył mi się rodzicielski punkt widzenia ;)







0-4 latkowi chcesz uchylić nieba, reagujesz na każdą jego potrzebę, na każde oczekiwanie, stęk i jęk, chcesz żeby zawsze i wszędzie mogło wyrazić siebie i tylko siebie, wybierać i decydować, w sposób jaki potrzebuje i chce, ma przecież do tego prawo, a Ty jesteś rodzicem bliskościowcem i stosujesz się do reguł Rodzicielstwa Bliskości. To są oczywiście założenia skrajne i wychodzące się z medialnego oblicza RB jakie opisałam krytycznie w I części i jest to zjawisko aktualne powszechne – wyznawane fanatycznie, krzywdząco rozumiane rodzicielstwo. 

Nawet dojrzałe umysły mają problem z takim wyrażaniem swoich emocji, żeby nie ranić innych.
Wymaga to samoświadomości, samokontroli, samoregulacji a także empatii. Im bardziej osoba ekstrawertyczna, ekspresyjna i wrażliwsza tym trudniej wypracowuje mechanizmy zachowania, tym trudniej jej mieć na wodzy emocje. 
W przypadku nastolatka gdzie te emocje buzują jak w wulkanie przed erupcją, wyuczone nawyki zachowań, jakie wpoił mu błędnie pojmujący idee wychowawcze i ślepo zapatrzony w uniwersalne trendy rodzic, przejdą w postawę, która obije się bolesną czkawką u rodzica, a przede wszystkim dziecka, które pójdzie z takim bagażem w świat. 

Na przykład, twoje małe dziecko uwielbia hałasować, krzyczeć i nieustannie ci przerywa, a RB mówi, że potrzeby dziecka i jego swobodna zabawa są w jego prawidłowym rozwoju najważniejsze, więc dajesz na to przyzwolenie (również w formie proszenia i tłumaczenia bez rezultatu). 

Albo w przesadnej trosce (czyli nadopiekuńczości) mówisz dziecku, co i jak ono czuje ("rozumiem, co czujesz" lub "jesteś wściekły"), lub co ma mówić innym ("powiedz Kasi, żeby ..."; "powiedz, że czujesz .../chciałeś /nie chciałeś ...") tak naprawdę mówiąc to do siebie i dla swojego poczucia kontroli nad dzieckiem i sytuacją.

Inny przykład. Dziecko jest uczone, że nie bierze odpowiedzialności za emocje innych, czyli postawy wysoce terapeutycznej :) To prawda, nikt nie bierze odpowiedzialności za odczucia emocjonalne innych osób. A kiedy dziecko zrobi coś przykrego rodzicowi, kopnie, opluje, powie że nienawidzi lub jako xx-latek nażłopie się alkoholu lub naćpa, gdy powiemy mu, że jest nam przykro i nasze serce rodzica wyje, a ono odpali - to Twój problem, ja nie jestem odpowiedzialny za to jak się czujesz. 
No racja, nie jest i ono nie ma problemu, wychodzi na to, że TY go masz.
Jeśli dziecko przez lata było uczone, że jego potrzeby i emocje są najważniejsze, że zawsze jest w centrum, że spełniane są wszystkie jego kompensaty i zachciewajki, że ma nieograniczoną swobodę w wyrażaniu siebie i jeśli innym się to nie podoba to mają problem, to wyobraźmy siebie teraz taką wyuczoną postawę u dorosłego. To narcyzm, niezdrowy egoizm, egocentryzm, arogancja.

A co tam internetowe matki piszą?

Matka Skaut pisze o rodzicielskich interpretacjach zasad rodzicielstwa bliskości, które dla niej, jako psychologa, są co najmniej niepokojące, np. 
- kiedy matka przedkłada przyzwyczajenia swojego dziecka nad swój podstawowy komfort psychiczny,
- kiedy nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby postawić swoje potrzeby przed potrzebami dziecka nawet raz na jakiś czas,
- kiedy pojawia się założenie, że dziecko w ogóle nie ma możliwości (i obowiązku) kontrolowania swoich emocji i że ma prawo wyrażać je zawsze i wszędzie tak, jak chce,
- kiedy zdanie dziecka jest tak samo ważne, jak zdanie rodzica
I trafnie opisuje Internetowy terroryzm, czyli jak ortodoksy RB wieszają psy na każdym kto zdecyduje się myśleć inaczej. 
Znam takie przypadki kiedy bliskościowe, zafiksowane na swoich jedynakach mamuśki (w sumie sama jak miałam jedno dziecko to napaliłam się na temat jak szczerbaty na suchary, a to były czasy Tracy Hogg) klasyfikują-opiniują-krytykują-oceniają bo one o wychowywaniu wiedzą wszystko, a Ty nic...
I w tym miejscu muszę napisać, że odnoszę wrażenie, że tym mamuśkom przede wszystkim brak luzu i dystansu, te wszelkie mądre poradniki stanęły im w kręgosłupach jak kije od szczotek!


Matka tylko jedna opisuje, że jej 4-latek wściekł się, bo wdepnął w zamek, który budował, i z tej wściekłości zaczął tłuc i kopać matkę. Matka nic nie zawiniła, ale oberwała kopniaki! Zgoda na odczuwanie silnych emocji przez dziecko zostało pomylone ze zgodą na dowolne ich wyrażanie.  

Matka pod prąd zachwyca się rodzicami Peppy czyli bajkowymi świnkami, którzy są wg niej godnym naśladowania wzorem RB, bo szanują uczucia dzieci swoim kosztem, nigdy nie krytykują, traktują ich na równi z dorosłymi oraz reagują natychmiast! na ich potrzeby.


Pytanie na koniec – skąd się bierze ten  brak refleksji? 
W wychowywaniu dzieci sięgamy po mądre teorie, które nas przerastają, bo mamy w sobie bałagan. Jesteśmy świetnie wyedukowani. Aż przeintelektualizowani. Ale emocjonalnie, a nawet mentalnie nie jesteśmy gotowi na NVC.
Mamy w sobie własne krzywdy, rany, niepoukładane sprawy. I zapominamy (albo wypieramy), że wszystko zaczyna się w nas, że Żadne sztuczne postawy szacunku nie nauczą go innych, jeśli nie szanujemy siebie samych.
Myślę sobie o tym za każdym razem, kiedy spotykam taką postawę u kogoś - "ja wiem na czym polega dobre wychowanie, powiem ci co masz robić, bo robisz źle", umniejszającego innym, zbzikowanego rodzica.
Dla mnie Rodzicielstwo Bliskości to skupienie na potrzebach, jako informatorach stanu rzeczy - ale nie tylko albo nie przede wszystkim potrzebach dzieci. To nie jest metoda ani narzędzie. To pomaga nie generować złości, pomaga zrozumieć poprzez empatię, ale nie pomaga rozwiązywać sytuacji. 

Czytaj więcej >

Żałuje rodzicielstwa...




Dzieci dominują twoje życie. Przejmują nad nim kontrolę i władzę. Koncentrujesz się na ich potrzebach. Poświęcasz im każdą chwilę. Dbasz, karmisz, wycierasz nosy. Wstajesz po nocach, albo wcale się nie kładziesz. Czujesz miłość, euforię emocji, więź przeplataną z poczuciem winy i wyrzutami sumienia, kiedy coś idzie nie tak. Dążysz do bycia rodzicem idealnym, albo choć wystarczająco dobrym.





Przychodzi moment, kiedy zmęczenie staje się faktem towarzyszącym ci na co dzień. Działasz jak w trybiku. Rutyna i dzień świstaka. Czasami dzień świra.
Łapiesz stany, kiedy ledwo stoisz na nogach. Masz zawroty głowy. Drgania mięśni. Idziesz ulicą i czujesz, że zaraz padniesz. Zemdlejesz, umrzesz. Nie, to tylko panika przeplata się z racjonalnym umysłem który krzyczy - a co wtedy się stanie z moimi dziećmi??? Więc prostujesz plecy i ruszasz dalej, idziesz i idziesz. Tylko przestajesz się uśmiechać. Nie masz już siły na zabawy sensoryczne z dziećmi. Na puzzle, malowanki i te wszystkie super zajęcia, które robią z dziećmi super rodzice. Na ćwiczenia "usprawniające rozwój", na pilnowanie żeby było RB, NVC i otoczenie Montessori. Bycia zwartym i gotowym w każdej sekundzie na całościową odpowiedź na potrzeby dziecka.
Rytm dnia wyznaczają posiłki. Kupić, ugotować, podać. Zjeść to, co zostanie, na stojąco, w pośpiechu. Znosić kapryszenie i zachcianki. Fochy i wrzaski.
Znosić dominacje nad twoim życiem, umysłem, ciałem, planami, celami, potrzebami.


Fejsbuczkową stronę "Żałuję rodzicielstwa" poleciła mi koleżanka. Że to taka "grupa wsparcia". Zajrzałam. Rzuciło mi się w oczy:
"TA STRONA MA BYĆ MIEJSCEM DLA KOBIET, KTÓRE NIE CHCĄ BACHORÓW, KTÓRE MAJĄ."

Twórcy strony mieli dobre intencje, chcieli stworzyć miejsce, gdzie pogubieni rodzice "nie do końca odnalezieni w rodzicielstwie" mogą o tym anonimowo opowiedzieć. Ale tylko część komentujących stara się rozumieć i nie oceniać. Ta druga część krytykuje, stygmatyzuje, nienawidzi. Nie oceniam tych indywidualnych anonimowych historii, w postach na grupie. Poruszają mnie, jako matkę, córkę i terapeutkę. Dobijają mnie komentarze. Złote rady, porady, presja, krytyka, hejt.
Wyczytałam tam, że posiadanie dzieci i zmuszanie ich do oglądania przepracowanych i przemęczonych rodziców to egoizm. Mocne.

Tak sobie myślę, że żeby nie zwariować, trzeba wyluzować.






Tu pisałam wcześniej o kryzysie matki 
a tu o wymaganiach wobec roli matki
Czytaj więcej >

Kiedy macierzyństwo boli. O kryzysie matki


Nie od dziś wiadomo, że matka ma być matką i wywiązywać się z tej roli na 150%. Wymagamy same od siebie, wymaga społeczność, eksperci, autorytety, massmedia i ideologie rodzicielstwa. Jeśli kobieta zostanie matką, wpada w presję bycia doskonałą w każdej matczynej czynności, jaką wykonuje. Już nie tylko ma opiekować się dzieckiem, nakarmić i ubrać, ma także urodzić naturalnie, długo karmić piersią, zapewniać mu nieustająco ogólny rozwój, zabawę, wsparcie, minimum stresu i maksimum bliskości. Być z dzieckiem w każdej chwili, krok w krok i zapomnieć o własnych (wyimaginowanych) potrzebach. Mówią nam o tym inne matki, ciotki, babcie, poradniki, fora, znawcy tematu i tak zwane autorytety.

Matka być przy tym spełniona i szczęśliwa, bo ma dar boży, a jeśli może być z tym dzieckiem w domu, to dodatkowo musi doceniać ten luksus przez duże L. Ogólnie „ma”, „powinna”, „musi” czy chce czy niekoniecznie, jest wpisane w jestestwo kobiety od momentu bycia w ciąży.
Medialne oblicze niektórych ideologii rodzicielstwa, a także ciągłe ocenianie przez innych, porównywanie matki do innych matek oraz dzieci do innych dzieci, wartościowanie i wystawianie laurek lub sądów, krytykowanie i narzucanie „jedynych właściwych” uniwersalnych metod wychowawczych, ściganie na najlepsze metody wychowawcze, na najmądrzejsze, najdojrzalsze dzieci, na najlepsze do nich podejście i najwyższą satysfakcję macierzyńską, wykluczanie wzajemne zamiast wspierania, skutecznie wpędza w poczucie winy i frustrację. Tym bardziej, im więcej polegamy na poradnikach, a nie na własnych emocjach.

Pojawienie się w życiu kobiety dziecka, czyli macierzyństwo, jest jedną z najbardziej stresujących, zwrotnych momentów w jej życiu.
Jaka jest droga prowadząca od tych momentów do kryzysu? 
Kiedy pojawia się duże prawdopodobieństwo kryzysu?
1. Kiedy chcesz być matką idealną, ale ci nie wychodzi (co jest normalne)
2. Kiedy masz inne cele życiowe poza byciem matką, ale ci nie wychodzi (co się zdarza)
3. Kiedy próbujesz wprowadzać idealną równowagę w macierzyństwie, które jest krainą chaosu i nieprzewidywalności.
4. Kiedy wymagasz od siebie być taką matką jak wzorzec, który obrałaś i żyjesz według wzorca, który wcale nie musi do pasować do twoich potrzeb i możliwości

W każdej z tych konfiguracji, na matczynej drodze życiowej stają przeszkody, które wydają się matkom nie do pokonania – z różnych przyczyn.
Wtedy mogą pojawić się pierwsze symptomy kryzysu:
- zachwianie równowagi emocjonalnej i życiowej
- zablokowanie adekwatnych zasobów do zmagania się
- moment zwrotny i przełomowy w matczynej egzystencji
- zagrożenie dotychczasowego sensu życia i systemu wartości.

Richard K. James i Burl E. Gilliland, autorzy „Strategii interwencji kryzysowej”,  określają kryzys jako doświadczenie nie do zniesienia, wyczerpujące zasoby wytrzymałości i naruszające mechanizmy radzenia sobie z trudnościami. Ostrzegają, jeżeli osoba będąca w kryzysie nie otrzyma wsparcia, może się to stać przyczyną poważnych zaburzeń afektywnych, behawioralnych i poznawczych. Dlaczego? Bo życie w kryzysie zaburza poczucie własnej wartości i w ogóle sensowności świata. Czy to dotyczy także nas - matek? Czy my w ogóle możemy mieć kryzys?




Co to jest kryzys?

Według różnych koncepcji w psychologii kryzysu, istnieją różne drogi.
Według koncepcji poznawczej kryzys jest wynikiem wyłącznie interpretacji i oceny jakie nadajemy danej sytuacji /zdarzeniu którego doświadczamy. To nie chodzi nie sytuację samą w sobie, bo tę każda z nas przeżywa inaczej, mamy inne zasoby, możliwości, oczekiwania i potrzeby.
To my postrzegamy i interpretujemy sytuację, która rodzi KRYZYS.
Zatem, wg koncepcji poznawczej  źródłem kryzysu jest nasza indywidualna, subiektywna, pozbawiona realizmu ocena wydarzeń. Im więcej ciśnienia z zewnątrz i mniej zasobów z wewnątrz, tym łatwiej popaść w kryzys. Wyjście z kryzysu jest możliwe dzięki reinterpretacji wydarzenia oraz nadanie jej nowego znaczenia. Nie są też obojętne czynniki sprzyjające kryzysowi, jak niedospanie, zmęczenie, przebodźcowanie - to zmienia percepcję.

Z kolei behawioryści uważają, że kryzys jest wynikiem stosowania wypracowanych nieadekwatnych reakcji, zachowań i destrukcyjnych mechanizmów obronnych. Jeśli trwają zbyt długo, przeistaczają się w stany transkryzysowe trwające miesiącami, a nawet latami! Mama funkcjonuje w odmiennym stanie świadomości dysocjacji, zaprzeczenia, wypierania czy tłumienia bez świadomości, co się z nią dzieje. Nierozwiązany problem wraca jak bumerang, bo pierwotny kryzys niby rozwiązany, a jednak wcale nie – powoduje przy każdorazowym nasileniu stresu pogłębianie się kryzysu i przejście w stan chroniczny.
Rozwiązanie kryzysu może nastąpić, gdy nieodpowiednie strategie zostaną zastąpione stosowaniem nowych strategii zachowań, nowych rozwiązań i nawyków. To raczej jasne, bo niby jak spodziewać się odmiennych rezultatów, gdy ciągle działamy, myślimy, czujemy tak samo?

Jak rozpoznać kryzys?

Mamy wskaźniki emocjonalne, behawioralne, fizyczne i poznawcze, w których można zaobserwować kryzys.
W tym:
- zaburzenia równowagi psychofizycznej
- spostrzeganie sytuacji jako utraty czegoś lub zagrożenia utraty np. nasilony strach przez wypadnięciem z rynku pracy
- spostrzeganie sytuacji jako przerastającej możliwości np. przed odpowiednim wywiązaniem się z roli matki etc.
- poczucie niepewności co do przyszłości
- poczucie utraty kontroli lub nadkontrola
- ograniczona zdolność do działania, poczucie „niewoli”
- nagłe zmiany zachowania, naruszenie rutynowych zachowań
- napięcie emocjonalne trwający przez jakiś czas
- informowani otoczenia lub dawanie sygnałów o konieczności zmiany dotychczasowego  funkcjonowania.

W wymiarze emocjonalnym pojawiają się liczne obawy, poczucie pustki, odczuwanie złości, winy i krzywdy, skrępowanie przy innych, izolacja, nasilony lęk - uczucie przerażenia, obawa przed utratą kontroli w swoim życiu, zaburzenia koncentracji, poczucie bezradności i beznadziejności, smutek, ciągłe poirytowanie, stany apatii, rozpaczy i ataki złości na przemian z ambiwalencją, naprzemiennie stany euforyczne i depresyjne.

W wymiarze biofizjologicznym rozstrojenie procesów w ciele prowadzi do występowania  objawów somatycznych, tj. pocenie się, nudności, tachykardia, bóle głowy, brzucha, klatki piersiowej, wysypki, nieregularne miesiączkowanie, brak zainteresowania seksem i bliskością.

W wymiarze poznawczym zniekształca się percepcja zdarzeń, nasila się nadanie im znaczenia symbolicznego, poczucie uwięzienia, upośledzenie dotychczasowej zdolności rozwiązywania problemów i podejmowania decyzji, poczucie zamknięcia w labiryncie wydarzeń bez sensu lub  w stanie wymuszającym konieczność natychmiastowych, radykalnych rozstrzygnięć, natrętne wspomnienia o wydarzeniu, koszmary senne, rekonstruowanie w myślach tego co się wydarzyło aby odzyskać poczucie kontroli, koncentracja na problemie, niepewność.

W wymiarze behawioralnym pojawia się złość, gniew, niepokój, lęk, niezdolność do aktywności i pełnienia funkcji życiowych, trudności w opanowywaniu własnych emocji i kontroli swojego życia, odsuwanie się od ludzi na przemian z gorączkowym poszukiwaniem obecności innych, związanym z lękiem przed samotnością, działania impulsywne i nieprzemyślane, często autodestrukcyjne, zachowania niespójne z przeżywanymi emocjami (np. śmiech w sytuacjach napięcia). Nadmierny apetyt, nasilone przemęczenie, unikanie kontaktu, zaburzenia snu i koncentracji, wybuchy emocji, częsty płacz, nadmierna czujność, nadmierne dbanie o bezpieczeństwo bliskich.

Eh, dużo tego. Która z nas – matek, tego nie przeżywała? Co wtedy?
Jak pomóc wyjść z kryzysu innej mamie, jak pomóc sobie?

Trzy kroki:

Po pierwsze - pomóżmy w reinterpretacji sytuacji/wydarzenia i nadaniu jej nowego adaptacyjnego znaczenia. Bez oceniania, krytykowania i wartościowania. To nie jest konstruktywne. Jeśli czujesz się gorzej, pogadaj z kimś, powiedz co cię dręczy, zobacz czyiś punkt widzenia, poczuj, że jesteś dla kogoś ważna, złap dystans.
Po drugie - pomóżmy w wypracowaniu nowych strategii, zachowań i reakcji, zachęcajmy do eksperymentowania i szukania nowych rozwiązań. Nie oceniaj, nie porównuj, nie gnęb siebie. Bądź swoim przyjacielem, poczuj, że możesz na siebie liczyć, że potrafisz się sobą zaopiekować nie gorzej niż swoim dzieckiem i pokaż, że inni też mogą na ciebie liczyć, choćby dobrym słowem.
Po trzecie – pomóżmy w podniesieniu samooceny, doceń, powiedz coś miłego. Nie doradzaj. Nie szukaj rozwiązań na już. Wzmocnij poczucie własnej wartości, kontroli i sprawczości nad sobą i  życiem, daj pozytywne wzmocnienia, bądź życzliwa. I przytulaj.
Wszystkie jesteśmy najlepszymi mamami dla naszych pociech.
Bądź dla siebie dobra, mamo.







Korzystałam z materiałów Akademii Coachingu Kryzysowego, którą miałam przyjemność ukończyć.  
Czytaj więcej >

Samotność matek

Dziś o „zjawisku” pomijanym i przemilczanym. Objawiającym się z zaciszach mieszkań, w sklepach i na placach zabaw. Nie chodzi o samotne macierzyństwo, ale o samotność osoby, która ¾ swojego życia spędza sam na sam z dziećmi.
Ciekawie pisała o tym Matka tylko jedna - że jak masz te dzieci i tego męża, to o jakiej samotności mowa? Że na urlopie macierzyńskim, wychowawczym samotna?

Chodzi o te kilka, kilkanaście godzin, kiedy matki są w rutynowej aktywności, obarczone opieką w trybie ciągłym i nie mają szans na jakąkolwiek towarzyską relację. Czasem chwilę pogadają na placu zabaw z innymi matkami. Najczęściej znów tylko o dzieciach. Czasem siądą do fejsbuka, tam pogadają o kolkach i pierwszych ząbkach. Jest jeszcze komórka. Przez nią można gadać non stop. Ale czy to może w jakimś stopniu zastąpić realne spotkanie?




Samotność matek to niedostatek relacji z innymi ludźmi, spotkań towarzyskich, interakcji. Relacje międzyludzkie to jedna z najważniejszych potrzeb naszego życia. Poczucie, że ktoś ma dla nas czas, że nas słucha, że nas rozumie, że lubi, że miło spędza się razem czas. Wspólny spacer czy kawa ma inne znaczenie. Nawet, gdy jesteśmy zmęczone, niewyspane, przygnębione. Nabieramy dystansu, odciążamy psychicznie głowę, która nieustannie wibruje wokół jednego tematu.

Ale jak i gdzie się spotkać?
Matki są niechętnie widziane w galeriach. Dzieci które wrzeszczą lub biegają, przeszkadzają i zakłócają spokój innym. W restauracji? Jeśli karmią piersią, mogą innym "obrzydzać jedzenie",  niby to naturalne, ale "naturalne jest też sranie i szczanie choć nikt tego przecież publicznie nie robi" (cytat wielokrotnie w różnych formach powtarzany na grupie fejsbukowej ups! "Dziewuchy-dziewuchom").
Wspólne zakupy? Odpadają. Płaczące dziecko to zawsze „biedne dzieciątko” któremu matka robi jakieś kuku, że ono tak płacze. Pewnie dlatego, że w sklepie, a sklep to przecież nie jest miejsce dla dzieci!
Odwiedziny dziadków? Tak, ale jeśli nie jest to litania pouczeń, porad, krytyki i czepialstwa. Tego akurat matka potrzebuje najmniej.

Jeśli matka tkwi w tym samotnym trybiku, zdarza się, że dostaje fiksacji na punkcie macierzyństwa i sama traci szansę na kontakty z innymi. Oczekiwania społeczne wobec matek są kolosalne, zarówno chodzi o ich wygląd i zachowanie, ale też sposób w jaki wychowują dziecko (dieta, opieka, spędzanie czasu…). Zewsząd napływają informacje i opinie, jakie matki mają być. Tym samym życie matek kręci się wokół dziecka i przestają dostrzegać, że istnieją inne aspekty życia i kierunki myślenia, że nadmierna koncentracja na dziecku nie pomaga w budowaniu relacji z innymi (przestajemy mieć cokolwiek do powiedzenia poza „kupą i zupą”).

Czy na własne życzenie, czy nie, nie da się zaprzeczyć, że samotność matek jest powszechna i pomijana. Dlatego matki - wspierajcie się nawzajem!








Czytaj więcej >

Nosi ciążę, rodzi, karmi. A partner? Podział obowiązków rodzicielskich (case study Offmatki)


Pierwszy zarzut będzie taki, że wymienionych w tytule czynności, nie da się podzielić. Są biologicznie przypisane do jednej płci. Całą odpowiedzialność bierze na siebie kobieta. Chwila przyjemności (czyli seks) jest zgoła inna w skutkach. Cały wysiłek ciążowy (o tym jaki wysiłek pisałam TU oraz TU), porodowy i opieki noworodkowej spoczywa na kobiecie (ten ostatni już można dzielić, ale nie po połowie, bo choć ojciec nie może robić tylko jednej rzeczy – karmić piersią, to po 2 tygodniach tacierzyńskiego, o ile go wykorzysta, wraca do pracy). Zgoda, tego nie da się matematycznie i równo podzielić. Partner może pomagać, wspierać, odciążać. Przynajmniej powinien, ale przecież zdarza się też, że znika.






Jak to jest z tym podziałem obowiązków rodzicielskich?  Kto się angażuje w opiekę nad dzieckiem?
Jak funkcjonuje polski model rodziny? Czy podział ról wynika z wyboru czy został narzucony?
GFK Polonia podjęło się badań budżetu czasu Polaków „Time Budget Survey 2013
„Nieodpłatne prace domowe, czyli podstawowe czynności domowe, takie jak pranie, sprzątanie, gotowanie, wykonuje obecnie aż 85 proc. kobiet i tylko 44 proc. mężczyzn. W skali jednego dnia Polki poświęcają na prace domowe średnio 3 godziny i 41 minut, natomiast Polacy 2 godziny i 19 minut.” W latach 80’ było to 5 godzin i 9 minut (kobiety) oraz 2 godzin i 10 minut (mężczyźni).
Czy to jest progres jak na prawie 40 lat postępu?

Podział obowiązków domowych i rodzicielskich był, jest i będzie nierówny. Kwestia tego, czy partnerom to pasuje, czy nie. Kwestia układu, organizacji, oczekiwań, potrzeb i możliwości.







Zdarza się, że dziecko, które miało łączyć ludzi, zaczyna ich dzielić.
Wychowanie dziecka staje się  przyczyną kłótni i nieporozumień. Bo każde z rodziców, poza wypełnianiem obowiązków, ma prawo do własnego rozwoju, wolnego czasu i odpoczynku od domu.
Ponoć układ partnerski jest potwornie trudny do zrealizowania. Z powodu? „Bo większość mężczyzn nie potrafi TAK gotować i TAK zajmować się dzieckiem, jak kobiety (przystosowywane do tego od dziecka, a nawet „mające to w genach”), a większość kobiet nie potrafi naprawić zepsutego okna czy dziurawej rynny” - brzmi opinia publiczna. No cóż, mój mąż też nie potrafi naprawić rynny – tak jak ja nie potrafię TAK gotować.
To jak my sobie radzimy?

Mamy dwójkę dzieci. Teraz czekamy na trzecie. To ja je noszę i ja je urodzę. Ja planuję je naturalnie karmić i to na mnie spada opieka na urlopie macierzyńskim (przysługuje tylko kobiecie w wymiarze 6 mcy, potem może go przejąć ojciec dziecka na kolejne 6 mcy). Te godziny kiedy mąż jest na etacie, spędzam sama z dziećmi. Nie mamy nikogo do pomocy. Do niedawna Starsza miała wakacje (teraz chodzi do szkoły, ale nie korzysta ze świetlicy), Młodsza nie chodzi do żłoba. Sprawa się komplikuje, kiedy mam sporo pracy projektowej. A kiedy nie mam, to sobie wynajduję nowe aktywności, rozwijam działalność. Dokształcam się, robię kursy, szkoły. Nie chcę koncertować swojego życia tylko wokół dzieci i utknąć z rozwojem zawodowym czy osobistym. Bycie z dziećmi daje dużo radości, ale opieka w trybie ciągłym wypala. Kiedy pojawi się trzecie, zrobię sobie dłuższą przerwę, bo nie da się być na 100% w dwóch rzeczywistościach.
A może się da? Komuś się udało? 



Znaczną część pracy wykonuję w domu, część popołudniami i w weekendy. W ciągu dnia sprawy zawodowe dzieję na czas z dziećmi i domowe obowiązki. Pilne sprawy robię w ciągu dnia, ważne zostawiam na popołudnie, kiedy opiekę możemy podzielić. Z reguły na mnie spadają zakupy (przy okazji odprowadzania Starszej do szkoły czy spacerowania Młodszej), pranie i gotowanie, choć tego nie robię codziennie, a czasem korzystam w gotowców. Ponieważ czynności biologiczne spoczywają tylko na mnie, inne czynności przejął mąż. Np. nocne wstawanie do dzieci (robiłam to tylko wtedy kiedy był chory), część zakupów, zmywanie garów, sprawy administracyjne, rachunki, kąpanie i usypianie dzieci. Śniadanie, odrabianie lekcji, basen - działamy na przemian albo razem. Pamiętam o przeglądzie auta, zawożę je do warsztatu, myjni i serwisu klimy. Ostatnio wymyśliłam pomalowanie mebli (genialna opcja - alternatywa dla wymiany), ja malowałam kiedy on zajmował się dwójką na basenie.

Wracając do rozkładu dnia, kiedy małżon wraca, zostaje ta mniejsza część czasu. Krótkie popołudnie i wieczór. Przejmuje opiekę nad dziećmi, albo spędzamy czas razem, resztą tzw. obowiązków się dzielimy. Czasem gdzieś wychodzę, albo mąż zabiera dzieci, dla mojej higieny psychicznej. Porządki robimy najczęściej w weekend. Uważam, że jesteśmy świetnie zorganizowani. Że mam odpowiedzialnego partnera, dzięki któremu nie muszę zgrywać matki polki 24 na dobę. Że nie chodzę wściekła ze zmęczenia, bo wszystko jest na mojej głowie. Wreszcie, że daję mu prawo wziąć odpowiedzialność za dom i rodzinę, na równi ze mną, bez moralizowania, że ja zrobię coś lepiej.

Nigdy nie uważałam, że tylko dlatego, że jestem kobietą i matką mam robić więcej, czy mniej, albo że mam robić określone rzeczy. Widzę wokół mnóstwo przeładowanych obowiązkami kobiet, którym brak refleksji, że coś jest nie tak. Głęboko mają w głowach, że tak ma być. Z jakiego powodu? Jednego. Bo są kobietami.
Czy to, że tak mają to wina tych leniwych chłopów? Kto jest odpowiedzialny za taki układ? On i jego mamusia, która tak go wychowała? A może kobieta, która wierzy, że nic się nie da z tym zrobić, woli wrzeszczeć, narzekać, kontrolować i wymagać?
Bo jest przekonana, że kobieta powinna i musi, matka ma zachowywać się jak matka.
Choroby i niedomagania, żale i narzekania są passe.
A niewidzialny etat w polskiej rzeczywistości nie ma żadnych ustawowych praw.

Mężczyzna, ojciec – co musi, co powinien? 





(obrazki przedstawiają stereotypowy genderowy podział ról, pochodzą z podręcznika do nauki j.rosyjskiego z 1986r.)

Czytaj więcej >

Ciąża jest chorobą. 7 dowodów (pół żartem a jednak serio)

Zacznijmy od tego, czym w ogóle jest choroba?
Choroba to, według definicji Światowej Organizacji Zdrowia (WHO):
stan organizmu, kiedy to czujemy się źle, a owego złego samopoczucia nie można jednak powiązać z krótkotrwałym, przejściowym uwarunkowaniem psychologicznym lub bytowym, lecz z dolegliwościami wywołanymi przez zmiany strukturalne lub zmienioną czynność organizmu. Przez dolegliwości rozumiemy przy tym doznania, które są przejawem nieprawidłowych zmian struktury organizmu lub zaburzeń regulacji funkcji narządów.
No i co? Niech mi kto mądry powie, że ciąża do takiego stanu nie należy. Niezależnie od przekonań, doświadczeń, stanu wiedzy i poglądów, a nawet płci, fakty mówią za siebie: ciąża jest CHOROBĄ.
Co charakteryzuje ten stan ekstremalny ekhm błogosławiony?
Co wtedy dzieje się z ciałem i psychiką? Jakie są widoczne zmiany, na które nie mamy wpływu.




1. ZMIANY W FIZJOLOGII
Tu mamy, niestety, sporo balastów. Mdłości, a nawet rzyganie. Cofanie treści żołądkowej. Zmiany w regulacji spania – na początku śpimy ile wlezie, a przynajmniej marzymy o spaniu non stop. Stan permanentnej śpiączki. Natomiast na końcówce nie śpimy w ogóle, choć też marzymy o śnie, bo o aktywność ciężko. Ale się spać nie da, bo ciało boli i drętwieje wykręcone w jakiejś jednej dopuszczalnej pozycji, a próby przerzucenia wielkiego obciążenia na brzuchu, mogą przekraczać możliwości.
Jeśli wybierzemy się na (powolny) spacer, nie możemy oddalać się za daleko od WC. Sikamy bowiem non stop. Z wydalaniem też możemy się borykać, bo metabolizm gwałtownie spada i nic już nie jest takie samo, nawet coś tak oczywistego, jak kupa.
Układ krążenia dostaje w kość do granic, zdarza się, że ledwo ciągnie. Nogi puchną, mamy obrzęki, nawet żyły potrafią boleć.
A seks? Kiedy chce się non stop spać, a ciało przeobraża się w stanie błyskawicznym, to średnio o zmysłowość. Z drugiej strony, libido szaleje i można w przypływie szalonej żądzy upominać się o swoje (i flitować z kim się da!), ale bez pożądanego skutku, bo w tym okresie „szczególnej troski i uwagi” nie ma opcji zezwięrzęcenia się. Więc lipa z seksualnych wybryków.
Co tam jeszcze? Mamy obrzęki i przekrwienie górnych dróg oddechowych, przysadka mózgowa zwiększa swą objętość o ponad 100%, nasila się lordoza lędźwiowo-krzyżowa oraz przygięcie głowy, zwiększa się napięcie mięśni kręgosłupa. 
Dochodzi do fizjologicznego zatrzymywania wody w organizmie (do 6,5 l wody). Współpraca z ciałem wymusza korzystanie z windy, omijanie sklepowych kolejek, eliminację różnych produktów z diety, wymianę garderoby, itp.
2. ZMIANY W OBRAZIE KRWI
Morfologia odbiega od normy tak bardzo, że trzeba sprawdzać ją non stop, żeby zapobiec ciężkim powikłaniom! Kto sprawdza morfologię co miesiąc? Jak wiadomo, wszystkie choroby powodują zmiany w składzie i obrazie krwi, ciąża również. Warto dodać, że choroba ciążowa wymaga pełnej diagnostyki, wykonuje się szereg badań, chodzi się cyklicznie do lekarza, czyli podobnie jak u wszystkich innych na cośkolwiek chorych. Większość leukocytów czyli krwinek białych odpowiedzialnych za system odpornościowy organizmu, idzie lulać. Dosłownie! Gdyby nadal były w takiej samej formie aktywne, zwalczałyby ciało obce, czyli płód, który rozwija się w organizmie. Odporność zatem drastycznie spada. Ciężarna jest narażona na infekcje 300% bardziej, niż przed ciążą. Jej organizm skupia uwagę na czymś innym. Wydzielają się hormony, które zmieniają ciało i umysł. 
3. ZMIANY W ZMYSŁACH
Wzrok – pogarsza się. Węch – odmienia na tyle, że to, co przedtem pachniało, teraz śmierdzi i na odwrót. Dotyk jest wyśrubowany w swej wrażliwości, choć na końcówce ciało jest tak odrętwiałe, że mało co je rusza. Smak zmienia się totalnie. Apetyt rośnie. Lecz dogadzanie sobie bez umiaru w myśl „w ciąży jedz za dwojga” to cholerny mit. Uleganie zachciankom w miarę postępu ciąży ulegają ograniczeniom i restrykcji, wcale nie z wyboru Ale z musu, bo albo jest ryzyko zrobienia z siebie poczwary (odpadają węglowodany i cukier, czyli nawet nie można sobie humoru poprawiać kulinarnym dogadzaniem), albo pokarm zwyczajnie się nie mieści, a kwasy cofają się spowrotem, co do przyjemności nie należy.
No i słuch. W stanach euforii lub depresji możemy słyszeć różne głosy, niekoniecznie własne.
4. ZMIANY W ZACHOWANIU
Ewolucja człowieka w pełnej krasie. Na początku jest to stan permanentnego PMS. Może tak zostać do końca ciąży, a nawet dłużej.... Nieprzewidywalność. Wybuchowość. Nerwowość. Wrażliwość, a nawet przewrażliwienie. Wybuchy płaczu, nie wiadomo skąd i po co. Szalone pomysły. Przeobrażenia gustu i potrzeb. Zachcianki. Nocne wędrówki po mieszkaniu.
Huśtawki nastrojów, ataki histerii, potrzeby zmian. Brak energii, zmęczenie, senność.



5. ZMIANY W WYGLĄDZIE

Twarz staje się blada. Z czasem też opuchnięta. Paznokcie się łamią, a włosy wypadają. Biust wylewa się z idealnie dobranego dotąd stanika. Rozciąga się skóra i czasem pojawiają się na niej czerwone nieregularne krechy. Całe ciało wraz z biegiem czasu rozpulchnia się i rozrasta. Woda zatrzymuje się wszędzie, w każdym zakamarku, kończyny przypominają serdelki, twarz ostatnie stadium u alkoholika. Chód robi się kaczkowaty. NIC już nie jest takie samo…
6. ZMIANY W SAMOPOCZUCIU
Huśtawki nastrojów w tempie rolercoastera. Wewnętrzny przymus zmian, zmian, zmian! Siebie, zawartości szafy, otoczenia, mieszkania i partnera. Poczucie uwięzienia na przemian z euforią. Depresja i stany lękowe przeplatane stanami wszechogarniającego szczęścia i miłości do świata. Tak więc to, co uważane za "normalne" a nawet oczekiwane u ciężarnych, poza tym stanem stanowi zagrożenie i kwalifikuje do leczenia psychiatrycznego lub co najmniej wezwania egzorcysty.
Następują zmiany psychologiczne, co specjaliści nazwali szumnie kryzysem natury psychologicznej. Pojawiają się nowe nieznane wcześniej reakcje emocjonalne, nieustające napięcie psychiczne, poczucie atrakcyjności seksualnej lub jej zanik, skrajne wybuchy na przemian: płaczu, histerii, złości, miłości i obojętności, co jak wiadomo jest dość wyczerpujące. Komplet wszystkich wymienionych (i pominiętych) dolegliwości oraz zachowań charakteryzuje się opisem chorobowym, stanem zaburzenia czy zestawieniem słabości (wad?).
Do tego stan ten, nadal jest traktowany jako błogosławiony w imię tezy, że ciąża to nie choroba.
7. ZMIANY PO
Jak każda choroba, i ta zostawia po sobie pamiątki. Mówimy tu o wspomnieniach oraz o trwałych śladach na ciele. Mogą być większe lub mniejsze, ale są zawsze. Jakie? Najlepiej zapytać tych, co doświadczyli i może nawet pokażą?

Co do przyczyny tej CHOROBY, to wiadomo, odpowiedź prosta. Choć już jej przebieg bardziej skomplikowany, bo uwarunkowany genami, predyspozycjami, kondycją ciała i psychiki.
Co z ciężarnymi?
Są owładnięte i bez władzy nad samą sobą, skołowane tym, jak naprawdę się czują i zmanipulowane tym, że mają czuć się dobrze, kwitnąć, być piękne, nie zrzędzić i nie próżnować.
Ciąża do nie choroba do cholery!

"Tylko" tyle, że wydajność organizmu w ciąży zwiększa się dwukrotnie. Podobnie jak u wyczynowych olimpijczyków podczas treningów. W III trymestrze następuje stan krańcowej wydolności organizmu. Jest to maksimum możliwości organizmu człowieka i dlatego ciąża trwa 9 miesięcy. Oznacza to, że gdyby trwałaby dłużej, organizm by skapitulował. Poddałby się walkowerem! 
Fizyczno-psychiczny stan ciąży dla organizmu kobiety nie jest chwalebny, ale na pewno godny pochwały. Bo opisany wysiłek ciężarnej oraz zmiany, przez jakie przechodzi, z pewnością położyłyby niejednego nieciężarnego człowieka na któryś ze szpitalnych oddziałów.


Na koniec optymistyczny komunikat – ta CHOROBA mija :)
Czytaj więcej >

Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru?

Biały cukier, jak wiemy, jest trucizną.
Tak jak przedstawianie ludziom nieprawdziwej rzeczywistości. Lukrowane obrazki idylli, czy to rodzicielskiej, czy małżeńskiej czy zawodowej są nieprawdziwe i szkodliwe.
Obrazki idylli mają zobrazować nam w głowach, że raj i sielanka są dla każdego i w każdej sytuacji absolutnie możliwe i na wyciągnięcie ręki.

Co trzeba zrobić? Trzeba tylko dostosować swoje życie do jakiś określonych zasad, uniwersalnych dla wszystkich, niezależnie od możliwości, warunków i potrzeb. Żeby było idyllicznie, muszą one działać, a jeśli nie działają to znaczy, że coś jest nie tak. Najczęściej "nie tak" jest z matką.




Budowanie idealnego wizerunku, zaburza postrzeganie rzeczywistości i oddala od niej i 
nawet, jeśli jest całkiem poprawna, to wydaje się daleka od poprawności, bo ktoś ustalił jakieś normy bycia w idealnej relacji. Zamiast przedstawiać obraz rzeczywisty, czyli taki, który pokazuje ciemne i jasne strony sytuacji, ze zmiennością i w procesie, to przedstawia się życie w wyobraźni, w której ścigamy się za ideałem, którego nie osiągniemy, bo może nawet nie potrzebujemy.

Ta wyobraźnia może nam zatruwać życie. 
Tak jak biały cukier.
Weźmy pod lupę, szeroko hołubioną i zachwalaną filozofię rodzicielską o nazwie: Rodzicielstwo bliskości, a dokładnie jej medialne oblicze, na jakim opiera się cała lista przekonań i wizerunek idealnej rodziny, który to oczywiście wykreowała kultura masowa.
Rodzicielstwo bliskości (ang. Attachment Parenting) - termin utworzony przez amerykańskiego pediatrę Williama Searsa, określający filozofię rodzicielską opartą na zasadach teorii przywiązania w psychologii rozwojowej, która mówi, że dziecko tworzy z opiekunami silną więź emocjonalną, mającą wpływ na całe jego przyszłe życie.

Filozofia przedstawia „7 narzędzi bliskości”, które są niezbędne, aby rodzicielstwo bliskości zaistniało:
więź uczuciowa podczas narodzin, k
armienie piersią, noszenie dziecka, spanie blisko dziecka, wiara, że płacz dziecka jest jego sposobem komunikacji, wystrzeganie się dziecięcych „treserów”, równowaga.
Wg twórców, jest to styl wychowania "zgodny z naturą człowieka" i intuicyjny, ale..... jaki on intuicyjny skoro opiera się na konkretnych wymaganych zachowaniach i wymaga dostosowania do uniwersalnych zasad, które określają ten model wychowania?
Przy czym inne odrzucasz, a nawet negujesz. Może kreujesz ideał?




1. Więź uczuciowa podczas narodzin – ważna jest bliskość bo „dziecko zaraz po narodzinach odczuwa naturalną potrzebę bliskości, a matka – intuicyjnie pragnie się nim opiekować. Każdy z członków tej biologicznej pary dochodzi do porozumienia na samym początku, czyli wtedy, kiedy niemowlę najbardziej tego potrzebuje, a matka jest gotowa do opieki”.
Różowy bobas i szczęśliwa mama? Nie zawsze tak to wygląda! Co jeśli pragniemy przede wszystkim wyspać się, odpocząć, zaleczyć rany na ciele, zregenerować siły, a dopiero potem zająć się opieką?
A co, jeśli więź uczuciowa zeszła na dalszy plan, bo martwimy się wysypką, kupą, płaczem, kolką i przyczynami tego wszystkiego? A jeśli pragniemy tej bliskości i niemowlak też jej pragnie (czym oznajmia np. żądając noszenia), ale my też chcielibyśmy przygotować sobie posiłek i go zjeść, umyć się, poczytać coś, albo na przykład zająć się drugim (trzecim...) dzieckiem, które też pragnie bliskości? A poleżeć tak o sobie, to już w ogóle można, bo matka ma być 24/24 "gotowa do opieki"?

Hola! Jeszcze w XIX wieku każda średnio zamożna kobieta oddawała dziecko do mamki, która zajmowała się nim przez całą dobę. Czy to oznacza, że nie było bliskości, a z tych dzieci wyrastali gorsi dorośli? No nie wyrastali, choć niektórzy lubią podkolorować rzeczywistość.
2. Karmienie piersią  „Karmienie piersią zapewnia dziecku i matce mądry początek w ich wspólnym życiu. Karmienie piersią ulepsza porozumienie między matką i dzieckiem poprzez stymulację jej ciała do produkcji hormonów zapewniających przepływ matczynych uczuć”.
A co, jeśli ten początek jest trudny? Jeśli dziecko ma nietolerancję laktozy (prawie każde) i przy piersi wije się, pręży, krzyczy, ulewa? Jeśli robi tak jedząc co chwilę przez okrągłą dobę? Gryzie sutki do krwi? Pokarmu nie maty tyle, co miał być, nawet wcale nie ma, a dziecko głodne? To wzbudza w matce poczucie winy, że jest z jej pokarmem coś nie tak, że nie umie "intuicyjnie" nakarmić własnego noworodka, czuje się jak zepsuta dojarka, do tego katuje się restrykcyjną dietą, żeby w końcu sięgnąć po polecane >lek na wszystko< sztuczne mleko modyfikowane.
I co ma myśleć o sobie matka, jeśli nie ma tego przypływu matczynych uczuć, tylko rezygnację? Jak ma się porozumiewać z niemowlakiem, jeśli sama jest pogubiona, bo miało być tak pięknie, gładko, intuicyjnie i idyllicznie, a nie jest?
3. Noszenie dziecka „Noszone dzieci są rzadziej kapryśne i częściej znajdują się w stanie czujnego spokoju, który stymuluje odkrywanie świata. Noszenie dziecka usprawnia jego wrażliwość na rodziców. Ponieważ dziecko jest blisko matki lub ojca, rodzic także ma okazję, by lepiej poznać swoje maleństwo. Bliskość sprzyja ufności.”
Bujanie, lulanie, karmienie, uspokajanie itp. – to wszystko dzieje się na rękach. Ale, czy używam narzędzia bliskości, ponieważ noszę dziecko? Niekoniecznie. Przecież to naturalne, że noszę, dziecko nie przemieści się samo, a często uciszy się i zaśnie huśtane (jak w brzuchu). Jeśli matka kocha nosić, czy to powód, żeby od razu nazywać zachowania usprawniające funkcjonowanie i wynikające z indywidualnych potrzeb tak szumnie "narzędzie bliskości i ufności"? Po co dopinać im łatkę tych prawidłowych i lepszych? A jeśli matka nie chce z jakiś powodów nosić, nie ma sił nosić albo bolą ją plecy (każdą bolą po miesiącu noszenia...), ma jeszcze jedno lub więcej, które też wymagają uwagi, to znaczy, że porzuca "absolutnie niezbędne narzędzie bliskości i ufności" i z marszu wypisuje się z cudownego rodzicielstwa bliskości?
4. Spanie blisko dziecka – „Ponieważ większość maleństw obawia się nocy, spanie w pobliżu dziecka, dotyk i karmienie zmniejszają nocny lęk przed separacją i pomagają mu nauczyć się, iż sen to przyjemny i niegroźny stan”.
W dobrym, zdrowym, szczęśliwym rodzicielstwie liczy się nie tylko dziecko, lecz też rodzic. Nie przypadkiem mówi się – szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci. Zarwana nocka, kilku-dziesiąta z rzędu, kiedy sen ciągły to deficyt, drzemki są czuwaniem a nieustanne zrywanie się normą, mają bardzo negatywny wpływ na samopoczucie, emocje i psychikę człowieka. Mogą powodować depresję, halucynacje, utratę zdrowia, wiele chorób. Każdy poradnik zdrowia woła: śpij co najmniej 8 godzin na dobę! A tu psikus, nie da się. Więc mama marzy, żeby rozłożyć obolałe ciało swobodnie na łóżku i posłuchać ciszy. Poczuć, iż sen to przyjemny i niegroźny stan. Przespać ciągiem choć dwie godziny... I nie jest to złym rodzicielstwem, ani rodzicielstwem dalekim od bliskości. Jest to zdrowym odruchem dbającego o siebie człowieka, który - jeśli potrafi zadbać o siebie, z pewnością potrafi zadbać o ukochane osoby.

5. Wiara, że płacz dziecka jest jego sposobem komunikacji „Troskliwe reagowanie na płacz buduje zaufanie. Maleństwa płaczą, aby coś przekazać, a nie manipulować rodzicem”.
Wiara to jedno, a niekończące się próby zrozumienia tej drogi komunikacji, dodajmy - bez wsparcia ze strony otoczenia - to drugie (partner zmęczony i musi się wyspać, drugie (trzecie) dziecko czuje się odepchnięte i robi karkołomne awantury, no i niech się tylko dziecko rozbeczy w sklepie, to inni zabiją spojrzeniem…) Owszem, możemy testować co chce nam powiedzieć niemowlak, ale po wielu godzinach, dniach czy nawet miesiącach krzyku mechanizm samozachowawczy blokuje nam percepcję. Taka obrona przed zwariowaniem i ogłuchnięciem. Maleństwa są nastawione na 150% brania. Zdarza się, że płaczą nawet gdy ich podstawowe potrzeby są zaspokojone, a udręczony rodzic nie wie dlaczego. Bywa, że wymuszają coś płaczem, chcą być zabawiane, przemieszczane. Zagubiony rodzic, próbuje różnych metod i technik, często niezrozumiale krytykowanych, aby nie paść na pysk.
Czy to nie jest klasyczna manipulacja egoisty? Rodzic to służący, mający spełniać wszelkie żądania Maleństwa. W zamian może dostać wyłącznie piękny uśmiech (który jednak załatwia wszystko NATYCHMIAST).
6. Wystrzeganie się dziecięcych “treserów” „Takie zimne style wychowania kreują dystans między rodzicem i dzieckiem i nie pozwalają matce i ojcu na stanie się ekspertami w odczytywaniu sygnałów dziecka.”
Popatrzmy na fakty. Zimne style wychowania były przez wieki czymś naturalnym. Czy ktoś ma pewność, że tamtejsze dzieci były gorszymi dorosłymi? Co w ogóle znaczy "gorszymi"? Czy istniały defekty długofalowe, które nie pozwoliły na budowanie relacji, zakładanie rodzin? A może tak dzieje się właśnie teraz? Nie ma obiektywnej jedynie słusznej mądrości życiowej. Nie twierdzę, że tzw. zimny chów jest dobry. Stwierdzam jedynie fakt, że istniał przez wieki i naprawdę nie wiemy, jakie z kolei będą konsekwencje wychowywania dzieci według błędnie i szkodliwie pojętego RB.

A co jeśli rodzice nie staną się ekspertami w odczytywaniu sygnałów dziecka? Jeśli wezmą sobie do serca te wszystkie porady, będą stawać na głowie, by wdrożyć te "absolutnie niezbędne narzędzia bliskości" w życie, ale i tak poniosą porażkę w odczytywaniu sygnałów dziecka, bo powodów może być wiele, a dziecko po prostu wyrośnie, zacznie mówić i powie już o co mu chodzi? Czy będą gorszymi rodzicami?


Tu wyżej zacytowane:
7 filarów Rodzicielstwa Bliskości

*******************


EDIT:
Dorzucam mój komentarz do wypowiedzi psychologa Agnieszki Stein z wywiadu: 
"W naszej kulturze jest jakiś sztuczny, wyidealizowany model tego, jak powinno się zachowywać dziecko. Całkowicie fikcyjny, zupełnie niezgodny z rzeczywistością" 
Wywiad dotyczy RB - ekspertka przedstawia sposób w jaki powinniśmy konstruktywnie wychowywać dzieci.
Moim zdaniem takie pojmowanie rodzicielstwa jak przedstawia ekspertka, jest wyidealizowane i oderwane od rzeczywistości. Wywiad ma swoje plusy, ale skupię się na tym, co mi nie pasuje i co nawiązuje do sensu mojego postu - do zbytniego upraszczania tematu przez wszelkiej maści ekspertów.

Zgadzam się z tym, że dzieci NIE zachowują się źle z własnej woli. Że NIE kontrolują swoich zachowań i NIE "terroryzują" nas świadomie. Psycholog tłumaczy, jak interpretować to, że w rodzicielstwie bliskości powinniśmy być otwarci na potrzeby dziecka: psychologiczne poczucie potrzeby to, coś, czego nie da się kupić, potrzeby wynikają ze sfery emocjonalnej, z potrzeby relacji, dokonywania wyborów, autonomii, bycia ważnym dla kogoś. Mądry rodzic otwiera się na potrzeby dziecka. Słucha go, obserwuje, stara się zrozumieć. Jeśli np. dziecko chce wyjść z domu w pidżamie, musimy się zastanowić jaką ono ma potrzebę ("Bo przecież to nie jest potrzeba chodzenia w piżamie!"). To może być potrzeba  zaznaczenia swojego własnego zdania, dokonania samodzielnego wyboru. "Można wtedy zaproponować dziecku, żeby dokonało takiego wyboru w inny sposób.
Tylko, że trochę spieszymy się do pracy i ciężko znaleźć dodatkowe minuty na propozycje, dyskusje i wybory ;)
I dalej:
Jako rodzice negujemy dziecięce emocje (jak dziecko uderzy brata, dużo trudniej jest nam powiedzieć: "Widzę, że jesteś wściekły" zamiast "Nie wolno bić brata, bo to go boli"). 
"W rodzicielstwie bliskości jesteśmy wrażliwi na to, co się dzieje."; "(...) rodzic ciągle patrzy na to, co się dzieje, więc widzi też, czy coś idzie w złym kierunku, a wtedy zatrzymuje się i zastanawia, co można zmienić."; "Mamy wyuczone to, że dziecka nie wolno słuchać. Na przykład w sytuacji, gdy dziecko w trakcie tego, co ja do niego mówię, zaczyna tupać nogami, to przerywam: "Ok., widzę, że naruszyłam twoje granice, nie tędy droga". (...)  ja mówię: "Widzę, że to jest przykre, spróbujmy inaczej".
Dlaczego to jest zbyt uproszczone, wyidealizowane i oderwane od rzeczywistości? 


Co jest niewłaściwego w powiedzeniu "nie bij brata"? Co 2-3 latek zrobi z informacją "widzę, że jesteś wściekły"? Poczuje się zrozumiany i przestanie bić? Czy zrozumie komunikat "przekroczyłem twoje granice"? Czy zrozumie (nawet 5 latek, raczej 2-5 latki tupią i biją rodzeństwo, a takie przykłady zachowań padają w wypowiedziach), tekst: "widzę, że to jest przykre" i cóż tym komunikatem ma to dziecko zrobić? Co ty zrobisz z komunikatem powiedzianym do ciebie po szwedzku? Pewnie zrozumiesz intonację, ale przekazu nie. Dorosły (w tym psycholog A.Stein) chce, żeby dziecko poczuło się rozumiane, dlatego mówi do niego - wiem, jak się czujesz. To ma zaspokoić jego potrzebę bycia zauważonym, zrozumianym. To zrozumiałe. Ale mówi to w sposób w jaki rozmawia z innym dorosłym.
Już widzę taką sytuację: dwulatka wrzeszczy przy kasie, bo ma inny plan na ten moment niż ja (drugie dziecko w tym czasie ma jeszcze inny), wtedy ja staję i koncertując się tylko na dwulatce, bo na dwóch dzieciach naraz się nie da: "widzę, że naruszyłam twoje granice, widzę, że to jest przykre. Powiesz co czujesz?" Albo chce zrobić siku na środku sklepu, a drugie chce natychmiast wyjść, bo oboje chcą zaznaczyć swój wybór. Tu i teraz! Stoję i proponuję, "żeby dokonały takiego wyboru w inny sposób", w rezultacie wracamy na chatę z pustymi siatkami i bólem głowy...


I jeszcze jedno. Może nawet najważniejsze. Jeśli rodzic nieustannie koncentruje się na słuchaniu i odczytywaniu potrzeb dziecka, "zatrzymuje się i zastanawia, co można zmienić", na każdym kroku daje mu czuć, że jest zauważane i ważne, pozwala dokonywać wybory i spokojnie, długo tłumaczy każdą kwestię, a ma dzieci dwójkę, trójkę lub więcej, to raz, że nie wiem kiedy zdoła zrobić coś poza tym (pomiędzy pracą, zakupami, sprzątaniem, praniem, gotowaniem i odrabianiem lekcji), a dwa przypomina to altruizm, ofiarność, poświęcenie i symbolizuje schematyczną "matkę polkę". Gdzie czas i energia na swoje potrzeby, na potrzeby związku, na partnera? Czy propagowanie takiej postawy jest konstruktywne i zdrowe? 
Dla mnie Rodzicielstwo to skupienie na potrzebach, jako informatorach stanu rzeczy - ale nie tylko albo nie przede wszystkim potrzebach dzieci i nieustającej autorefleksji.
Nie potrzebuje metod ani narzędzi. Być może pomagają nie generować złości, zrozumieć poprzez empatię, ale nie pomagają rozwiązywać sytuacji. 



*******************

Jeśli szukasz rozsądnego głosu w kwestii RB, polecam ten blog: http://bycblizej.pl/

a szczególnie ten tekst: "jedną z rzeczy, za które najbardziej lubię rodzicielstwo oparte na bliskości i szacunku jest to, że nie ma w nim gotowców. Nie ma regułek, które trzeba wyklepać przed dzieckiem, nie ma zaklęć, nie ma technik i nie ma narzędzi." 
No i wiadomo RONJA  💙




Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia