Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stereotyp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stereotyp. Pokaż wszystkie posty

Przekroczyć EGO. Klucz do dobrego życia.


Jest maj 2024.



9 lat temu, w maju 2015, zdawałam egzamin zawodowy w szkole psychoterapii, będąc w 6 miesiącu ciąży. Chwile wcześniej brałam udział w intensywnym kilkudniowym treningu intarpsychicznym. Łatwo nie było, był to czas mojej dużej przemiany, zawodowej i mentalnej, nowych wyzwań i sytuacji. 

Na szkołę zdecydowałam się bo ciągnęło mnie do rozwoju osobistego, byłam już po kilkuletniej terapii własnej, po pracy z doświadczeniem traumy i zmaganiach z nerwicą lękową.
Byłam też wtedy na etapie poszukiwania własnej tożsamości, drogi życiowej, zawodowej.
Po doświadczeniu macierzyństwa przekształciło się moje poczucie wartości, potrzeb, oczekiwań, priorytetów. 
Chciałam zmian.

Kilka lat szkoły wniosło w moje życie bardzo dużo, uruchomiło potencjał. Jakiś czas wcześniej zakończyłam etap 10-letniej pracy z korporacji - pracę, którą dobrze wspominam i która była bardzo rozwojowa, ale przestała być moim celem i dawać mi satysfakcję. A ja szukałam zawodowej pasji, pracy i działań nadających życiu sens. Ostatecznie okazało się, że psychoterapia też nie jest celem moich poszukiwań ani spełnienia, bo jestem dobra w czymś innym, co mnie spełnia, co też jest związane bezpośrednio lub pośrednio z misją społeczną. Ale 9 lat temu o tym nie widziałam i mocno weszłam w rozwój umiejętności psychologicznych, coraz głębiej wchodząc w pracę mentalną, robiąc kolejne kursy, poznając kolejne narzędzia i pracując przede wszystkim ze sobą. Podjęłam się pracy z przekonaniami i emocjami, wykorzystując do tego skuteczne metody autoterapeutyczne. Efekt był, ale nie na poziomie, którego oczekiwałam, nie pełny, nietrwały, 

4 lata temu, kiedy wybuchła pandemia, miałam już trójkę dzieci, w tym najmłodsze w wieku 2 lat. Wtedy wzięłam się za siebie fizycznie, zaczęłam systematyczne treningi żeby zawalczyć o swój kręgosłup, a przede wszystkim zamknąć rozstęp kresy białej i pozbyć się po ciążowej przepukliny. To był kolejny etap dbałości o siebie, z dobrym rezultatem. 

Więc, mentalnie byłam poukładana, fizycznie wyćwiczona. Niby ideał, ale... nie opuszczało mnie poczucie, że moje źródło jest jeszcze nieodkryte.

Rok temu w maju zdarzyła się trudna sytuacja w naszej rodzinie, która postawiła wszystkich do pionu. Brakowało mi zasobów, żeby temu sprostać. Byłam fizycznie silna, mentalnie wyedukowana i psychicznie gotowa. Ale czegoś mi brakowało, żeby złapać balans. Wtedy wydarzyła się kraksa, która skłoniła mnie, żebym zajrzała do wewnątrz, odrzucając wszystkie znane dotąd metody. Żebym sięgnęła do czucia, o którym zapomniałam przy wieloletniej pracy z EGO. Wiedziałam tak wiele, rozumiałam tak wiele i tak ogromnie mi to przeszkadzało! Byłam przeintelektualizowana. W świecie mojej samodyscypliny nie potrafiłam odpuścić.
Zrozumiałam, że aby odnaleźć to, co przywróci równowagę, spokój, radość i twórczość, potrzebuję sięgnąć do źródła, odcinając się od całej przysposobionej psychologii, która mnie zawiodła dając doświadczenie, że terapeutyczna praca mentalna z EGO nie przyniesie skutecznej, trwałej zmiany.

Pojechałam na kurs metody ECPR z psychiatrą dr Danielem Fisherem. Jakże trudno było zignorować swój analityczny racjonalny umysł i wejść na inny poziom komunikacji z drugą osobą. To wydawało się niewykonalne. Mój umysł cały czas podważał proces, cały czas pytał i wątpił, potrzebował narzędzi, konkretów i odpowiedzi. Nie był otwarty, nie mogłam czuć! To było moje pierwsze mocne spotkanie z czymś, co nie było moim EGO. To był szok. Weszłam w czucie, którego nie analizowałam. Emocje przychodziły i odchodziły, a ja nie robiłam z tym nic. I to był przełom. W wieku 45 lat znalazłam klucz, otworzyłam wrota i zobaczyłam długą piękną nową drogę przede mną.

Po kursie ECPR wróciłam do rzeczywistości i miałam mnóstwo nowych pomysłów na siebie. Rozpoczęłam nowe studia. Zapisałam się na teakwondo. Weszłam intensywnie w nowe projekty zawodowe. I... zaczęłam źle się czuć. Najpierw ciągłe zmęczenie, które potem przeszło w wyczerpanie. Spadki nastroju. Bóle mięśni i stawów, zawroty głowy. Zaburzenia rytmu serca, pogorszenie wzroku. Brak snu nocnego, w dzień ciągła senność. Rano nie mogłam stanąć do pionu, nie miałam siły żyć... czułam, że muszę umrzeć, żeby się odrodzić. Że to wymaga dużej zmiany i kolejnego cofnięcia się, zanurkowania w siebie po coś jeszcze. 

Pojechałam nad ukochane morze, do ośrodka buddyjskiego, zaczęłam intensywną pracę z odosobnieniem, oddechem, medytacją. 
Nie chodziło mi ani o buddyzm, ani o konkretną medytację czy drogę rozwoju ale o cel: stworzenie warunków na ciszę i regenerację. Nie chciałam wyjazdu jogi, warsztatów rozwojowych, kursów nowych umiejętności - niczego co wymaga interakcji i co narzuca mi sposób spędzenia czasu.
Chodzi o to, aby wyciszyć EGO, dotrzeć do źródła siebie, do przyczyny w swojej świadomości i jaźni. 

Przełomowe było zobaczenie, że moje wybory i decyzje wynikały głównie z potrzeb EGO. Emocje i potrzeby z nich płynące były uwięzione, nie potrafiłam się przestawić na tryb czucia. Byłam przyczajonym tygrysem, który jest w gotowości na kolejne podboje, aktywności i ambicje. Chciałam rozwoju, chciałam więcej. To znaczy EGO chciało, a EGO nie bierze jeńców, tylko zajeżdża człowieka. Jest bezkompromisowe, samokrytyczne, wymagające i karcące. Jest tak głęboko samodyscyplinujące, że potrafi doprowadzić do głuchoty na potrzeby płynące z ciała i serca. Jego mechanizmy zagłuszają, a popędy pchają w niekoniecznie pożądane kierunki. EGO nie odpuszcza.

Nasze opinie, przekonania, urazy, krzywdy, motywacje płyną z EGO.
Ilu z nas podejmuje decyzje z EGO? Decyzje dotyczące pracy, rodzicielstwa, miejsca zamieszkania, stylu życia, wyglądu. Bo trzeba, bo wypada, bo się należy, bo mnie docenią, bo mnie zobaczą, bo zasłużę, bo zyskam, bo ja im pokażę, bo nakarmię się czyimś uznaniem.

Kiedy wycofujesz uwagę z zewnątrz i kierujesz ją do wewnątrz, słyszysz to, co było zagłuszane. Odkrywać co jest pod złością. Co jest pod lękiem. Wszystko płynie w Tobie i to jest w porządku, bo już nie pozwalasz EGO tego oceniać. Widzisz siebie, takim jakim jesteś i nie potrzebujesz w tej podróży przyzwolenia nikogo innego, poza samym sobą. 

Świadomie nie piszę o akceptacji, z którą nie jest mi po drodze. Nie akceptuje porażek, złości, smutków kiedy są powody aby się cieszyć, różnych swoich cech, zachowań, chorób, wydarzeń, ludzi, spraw, niesprawiedliwości.
Nie akceptuje bo nie czuje, że w naturalny sposób mi to przychodzi. I nie mam z tym problemu!
Bo daje sobie zgodę i przyzwolenie, że to się wydarza, że to czuję, widzę, że tego nie jestem w stanie zaakceptować. 
Różnica może dla kogoś mało wyraźna, dla mnie kluczowa. 

Wracając do stanu zdrowia - zrobiłam wiele badań, podejrzewano różne poważne choroby. Ostatecznie mój stan okazał się przewlekłym stanem zapalnym, który zredukowałam przez pożywienie, pracę duchową i pracę z ciałem. Za każdym razem, kiedy siada mi zdrowie, wiem, że zaniedbałam siebie psychicznie i fizycznie. Chorowałam na astmę, alergię, hashimoto, RZS i boreliozę z Lyme.
Te choroby nie przyszły znikąd ale odeszły donikąd. Nasze ciało daje nam wyraźne informacje.
W procesie zaopiekowania ciała i emocji, choroba już nie jest do niczego potrzebna. 

Co z tym EGO? Trzeba je rozpoznać. Ono oczekuje, wchodzi w konflikty, sabotuje, dąży do perfekcji i rywalizacji, rozprasza, chwali się, porównuje, oczekuje, rości, wątpi, cierpi i przeszkadza, jest sztywne ("kij w dupie"), martwi się, blokuje zaufanie i wzmacnia mechanizmy obronne. Nawet jeśli EGO jest "zdrowe" czy "wysokie" to nadal jest to EGO - płynące z myśli, przekonań, spostrzeżeń i wspomnień. Stwarza fałszywe filtry naszego postrzegania świata przez wyuczone programy warunkujące umysł. 

Niech Twoje EGO Cię nie warunkuje. Przekrocz je.








Czytaj więcej >

Gifted czy Asperger?


Mamy czasy diagnozowania, kwalifikowania pod tezę, oceniania, orzeczeń, opinii i badań naszych dzieci. Normy są wyśrubowane i mało który dorosły się na nie łapie, ale to przecież normy dla dobra naszych dzieci, żeby im pomagać, żeby mogły się prawidłowo rozwijać. Jeśli nie łapią się na normy, już czeka terapia i ekspert, w ramach odskoczni od opresyjnego środowiska systemu edukacji.






Nie generalizuję, diagnozy też są potrzebne. Ale jako samodzielnie myśląca matka, która stykała się
z powierzchownym, nieobiektywnym, krytycznym osądem otoczenia, w tym tzw.specjalistów od dzieci, oraz widząc, jak łatwo przylepia się łatki innym dzieciom, zdążyłam wyrobić sobie własne zdanie. 

Mamy czasy, kiedy skupiamy się na dzieciach tak bardzo, jak nawet w połowie nie skupiamy się na sobie samych. Chcąc zaspokoić wszystkie potrzeby dzieci, te rzeczywiste i te, które nam się wydaje, że ich potrzebami są, przestajemy zajmować się sobą - źródłem realnych wzorców. Chcemy dzieci naprawiać, ze sobą nie robiąc nic.
I tak oto wpędziliśmy dzieci w kozi róg - dzieci muszą spełniać oczekiwania otoczenia i nasze, są bombardowane sprzecznymi wzorcami (pomagaj/bądź dobry/dziel się vs bądź najlepszy/wygrywaj/tylko ty się liczysz), są wystawiane na nieustanną ocenę, mają się dostosować ale być wybitne, mają być posłuszne i asertywne jednocześnie, mają być podręcznikowo sprawne, rozwinięte według akademickich norm. 

Rodzic, który widzi, że z dzieckiem "coś jest nie tak" (albo słyszy to od innych) szuka informacji w internetach a następnie leci do ekspertów, których lista rośnie i wcale nie mam na myśli nazwisk tylko tzw.tytuły. Tytułowani eksperci, o których istnieniu kilka lat temu nikt nie słyszał, okazują się niezbędni na drodze naszego rodzicielstwa (niezbędni nam ale i czasem dzieciom).
Zdarza się, że ich teorie się wykluczają. Albo, że szukają potwierdzenia pod tezę skrupulatnie opisanego przez rodzica i podanego im pod nos problemu (którego nie zobaczą u dziecka przez 30 minut będąc z nim sam na sam). Wypisane w elaboracie diagnozy można z łatwością dopasować do większości, nikt z nas nie jest homogeniczny. Jesteśmy zagubieni w oceanie wskazówek, zaleceń, niezrozumiałych sformułowań, dziwnie brzmiących terminów. Stajemy się zagubieni i labilni emocjonalnie, jak to dziecko w gabinecie.

No bez wujka googla i fejsbukowych grup wsparcia się nie obejdzie.

Wiem, że jest druga strona medalu. Wiem, że są dobrzy specjaliści i skuteczne terapie.  Ale dziecko to nie jest zbiór ustandaryzowanych, stereotypowych cech, a jeśli rodzic ma potrzebę dookreślenia dziecka to niech idzie do specjalisty po diagnozę, wtedy, kiedy uzdolnień nie widać a trudności przerastają ich w codziennym życiu. Dlaczego wtedy? Żeby nie zderzyć się ze ścianą polskich standardów kategoryzacji dzieci (uczniów). Polski system nie ma pomysłu na zdolne dzieci.
Publikacje naukowe pokazują nam o wiele szerszą perspektywę problemu.
Np. na stronie amerykańskiej Davidson Institute znajdziemy wyjaśnienie różnic między uzdolnieniami
a zespołem Aspergera
(tekst z 2009!), dlaczego w Polsce jesteśmy tak daleko w tyle z tą fachową wiedzą?

Zdolne dziecko z trudnościami, dziecko gifted, dziecko podwójnie wyjątkowe 2E, dziecko z asynchronią rozwojową, ponad przeciętnie zdolne z rozpoznaniem ASD, IS, SPD, ADHD, ADD, Hyperfocus... 

GADC to klinicznie opracowane narzędzie - lista kontrolna dziecięcych uzdolnień vs. zaburzeń Aspergera, która ma pomóc nauczycielom, ekspertom i rodzicom określić, czy:
nieodpowiednie, nieelastyczne lub nierealne środowisko edukacyjne przyczynia się do niezwykłego lub niewłaściwego zachowania dziecka, ma wskazać, które działania, te dla zdolnych czy te z zespołem Aspergera będą najbardziej odpowiednie i pomogą, a nie zaszkodzą. 





Publikacja i bibligrafia: https://www.davidsongifted.org/search-database/entry/a10900

Czytaj więcej >

Dzieciocentryzm to zuo


         Afrykańska matka jest ze swoim niemowlakiem non stop. Nosi ze sobą małe dziecie w chuście i wykonuje prace fizyczne. Jest z nim nierozłącznie, tego się od niej oczekuje, taka kultura, takie warunki. Opiekuje się bo to należy do jej rodowych obowiązków. Kiedy dziecię dorasta, odkleja się od matki i bawi się z innymi dziećmi, nikt już nie oczekuje od niej, żeby robiła z nim budowle z patyków, bawiła się w berka i wymyślała na całe dnie kreatywne i edukacyjne zabawy, a także dbała o jego wszechstronny rozwój osobisty. Europejska matka idąc wzorem matki rdzennej i idei bliskiego rodzicielstwa zaopatrzyła się w chustę, tudzież nosidło, i też praktykuje noszenie.
Różnica jest taka, że nie kopie w polu i poza podstawową opieką pełni wiele innych skomplikowanych ról wobec swego potomka, które czasem wpadają w masochistyczny dzieciocentryzm.




Kiedy moje dzieci były niemowlętami, lubiłam kiedy w mieszkaniu było czysto i systematycznie np. myłam podłogi. Ile to się nasłuchałam, że po co, że nie warto, że lepiej żyć z syfie ale pobyć z dzieciątkiem, że są ważniejsze rzeczy, a podłoga poczeka. Nie mogłam zrozumieć, skąd inni wiedzą, co jest dla mnie najlepsze (i dla moich dzieci). Mnie te czyste podłogi podnosiły samopoczucie. Psychologicznie patrząc, teoria głosi, że podobnie jest z pracą w ogródku - daje poczucie kontroli, jaką tracimy w naszym życiu. Posiadanie dzieci, szczególnie małych, przewala życie do góry nogami i kontroli nie ma żadnej. Umycie podłogi, naczyń czy włosów, może pomóc postawić do pionu nasze ego. 

Te i inne codzienne zachowania, mogą się z różnych przyczyn nie podobać innym, bo są kwestią potrzeb matki i nie koncentrują się wyłącznie na dzieciach. Życie matki, według wielu, ma być zdeterminowane przez bycie matką. Macierzyństwo powinno być celem i treścią jej życia. Rola europejskiej matki jest jednak dużo bardziej wielowymiarowa, niż matki afrykańskiej. Skomplikowała to kultura masowa, a dokładają do pieca.... inne matki.

Matka bywa w kryzysie. Szuka zrozumienia i oparcia. Dostaje obstrzałem mądralińskich ocen i złotych porad, bo cokolwiek się dzieje, to matka coś źle robi i konieczne powinna to naprawić wg uniwersalnych instrukcji.
Gdzie w matce jest człowiek? Poza byciem matką niewiele zostaje. Jest organizatorem życia rodzinnego, logistykiem, zaopatrzeniowcem, a na spotkaniach towarzyskich specjalistką od wizerunku. I oczywiście jest terapeutą rodziny. Dla swych dzieci musi być zawsze rozumiejącą i wspierającą. Kiedy przedszkolaki dają popalić, to wyrażają swoje głębokie potrzeby, na które musi pojawić się odpowiednia reakcja.
Kiedy dorastające trzaskają drzwiami i nie wykazują chęci współpracy, to pewnie zaznaczają granice i budują swoje terytorium - należy to bezwzględnie uszanować. Kiedy marudzą, wchodzą na głowę i nie współpracują, trzeba je bezwzględnie kochać, wspierać, doceniać, poświęcać się w całości i pracować nad swoimi złymi emocjami, kiedy się tylko pojawią.
A jeśli nie radzimy sobie z wychowaniem, to mamy problem i zróbmy coś z sobą, mamy ogromny rynek poradników, które możemy czytać po nocach.
Bo matka musi się kierować empatią a nie egoizmem! 

Moja mama opowiada, że kiedy ona wychowywała nas, nikt się tak nie skupiał na dzieciach jak dziś. Przede wszystkim mamy nie krytykowały się wzajemnie, nie pouczały i nie robiły wykładów o tym co czują i myślą ich dzieci. Tworzyły społeczność bez wyścigów o style wychowawcze.
Organizacja życia była dużo trudniejsza ale nikt na siłę nie udowadniał, że jest mu lekko - zapewne nie miał gdzie (nie było instagrama). 

Współczesne matki muszą się zmagać z oceną swojego zachowania i wyglądu na każdym kroku. Są rozliczane z tego, co mówią, jak mówią, co robią, a nawet co myślą. Nie jestem pewna, czy społeczeństwo dało matce prawo do wyrażenia rozczarowania, na tyle, na ile to deklaruje. Wychowywanie dzieci stało się środkiem do celu, jakim jest sukces życiowy; wyścigiem idealnych matek idealnych dzieci; domeną najbardziej zakompleksionej i pogubionej grupy społecznej.

Czy jest dla nas matek jeszcze jakaś szansa? ;) 


Czytaj więcej >

Życie wielodzietne


W szkole średniej pisałam krótkie opowiadania i wiersze. Na studiach bawiłam się w dziennikarstwo społeczne, byłam nawet redaktorką naczelną na pewnym popularnym serwisie. Produkowałam wpisy na bloga taśmowo, pisanie dawało mi dużo ulgi, szczególnie jeśli drążyłam jakiś temat, albo jeśli coś mi ciążyło i mogłam to z siebie wyrzucić. 

OffMatka jest moim trzecim moim blogiem w offnurcie. Uwielbiałam pisanie do momentu kiedy poczułam, że nie mam już w sobie tej silnej potrzeby, skierowała się gdzieś indziej. Choć chętnie napisałabym o znikających przeciwciałach i badaniach przedklinicznych na makakach ale kto o tym zechce czytać, skoro odwaga narodowa tak potaniała, że wystarczy się zaszczepić, żeby być bohaterem?

Więc na razie mało piszę, moje dzieci rosną, buduje mi się coraz wyraźniej i konkretniej szczery do bólu obraz życia rodziny wielodzietnej. Jesteśmy pod względem życia codziennego minimalistami, co oznacza, że wystarczy nam to, co posiadamy. Ale marzy mi się pójście z mężem na rytuał do sauny, tylko we dwoje, nie mieliśmy okazji zrobić tego od ponad 6 lat, bo nie mamy z kim zostawić dzieci. A one są epicentrum naszego świata, codziennym przewodnikiem, nauczycielem, coachem i terapeutą. Mój rozwój osobisty to właśnie ta codzienność, zmaganie się ze słabszymi chwilami i umiejętność czerpania z nich.
Mam momenty okropnego zmęczenia nieustanną dyspozycją, szczególnie kiedy jest nerwowo. Nie da się skupić na każdym dziecku naraz. Zawsze któreś jest w tle i dopomina się o uwagę w różny sposób.  

Jednego jestem pewna - jako matka wielodzietna i osoba zawodowo obcująca z młodzieżą - w dzieciach jest więcej różnic niż podobieństw. Wygląd, temperament, upodobania, mocne i słabe strony, charakter. Są dzieci, które lubią i potrafią bawić się abstrakcyjnie, i takie które tego nie łapią. Są takie, co skupią się na określonej czynności i robią ja długo, i takie, co nudzą się szybko i szukają nowych wrażeń. Są takie, co wrzeszczą o wszystko i takie, co rzadko się drą. Takie, co ucieszy każda zabawka i takie, co nie bawią się niczym. Takie, co zajmą się sobą przez kilka godzin i takie co nie zajmą się sobą przez 5 minut. Są dzieci współpracujące i dzieci wymagające, dzieci ciche i głośne, dzieci odważne i wycofane, samodzielne i nie, takie co budują i takie co psują. Patrzenie na dzieci poprzez pryzmat tego, w czym się różnią, może poszerzać horyzonty, zmniejszać szufladki, dawać więcej świadomości, a mniej niezrozumienia - jeśli tylko jesteśmy zdolni do głębokiej tolerancji. Jeśli masz więcej niż jedno dziecko, wiesz, jak bardzo się różnią i że nie ma uniwersalnych metod wychowawczych. Że trudno jest robić coś w grupie dopasowując formę, tempo zajęcia do wszystkich, różniących się wiekiem dzieci, i przy tym nie zatracić własnych potrzeb. Że praca z dziećmi jest nieustająca i nieprzewidywalna. 

Że ciężko jest pogodzić potrzeby różnych osób. 
Np. ruchu moich dzieci z moim odpoczynkiem i bywa też na odwrót 👀











Czytaj więcej >

Jak nie dać własnego życia spieprzyć dziecku?




Natknęłam się na książkę Marceli Mikołaj o tytule "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku". Nie zgłębiając jej środka i skupiając się na tytule, z automatu pomyślałam, że tematem sprawy powinno być jak nie dać własnego życia spieprzyć dziecku? Nie będą nam gówniarze psuć krwi! Na to pozwolić nie wolno!





Jak nie pozwolić, aby własne dziecko spieprzyło nam życie? Czy nie pozwolić, oznacza zabronić? Jeśli zabronić, to czego - no chyba wszystkiego, co może nas doprowadzić do ruiny. Zabronić wkurzania nas, umęczenia, wpędzania w poczucie winy, odejmowania wartości.
Na pewno zabronić nas złościć, a nawet doprowadzać do szału, co robią na każdym kroku. Karać, bezwzględnie karać, kiedy przez nich nie dbamy o własne potrzeby, albo kiedy znów na coś nas naciągnęli, mali manipulanci. Karać za to, że ulegliśmy gdy bezczelnie wymuszali i szantażowali nas emocjonalnie. Tępić kiedy pyskują, są niewdzięczni i robią nam tyle przykrości.
Robić to wszystko tak długo, aż się odczepią , my odetchniemy z ulgą i zapanuje święty spokój...

Oczywiście to wszystko to droga do kapitulacji rodzicielskiej. Droga najgorsza z możliwych. Bo to nie dzieci nas dręczą, męczą, manipulują nami, złoszczą nas i robią nam źle, bo takie są i robią to celowo.
O dzieciach trzeba myśleć jak o dorosłych. To nie ludzie nas denerwują, smucą, dręczą i złoszczą. To my się na nich denerwujemy i złościmy, to my czujemy się dręczeni przez innych i przez nich ranieni, zasmucani. Kiedy dajemy się ponieść albo nie dbamy o własne potrzeby, to nie dzieje się przez innych ludzi.

Nasze życie emocjonalne jest w naszych umysłach i zawiera się w naszych myślach. Z naszych przekonań powstają nasze stany emocjonalne. Inni ludzie, dorośli czy dzieci, nie mogą zmieniać naszego myślenia w naszych głowach, to niemożliwe.
Emocje nie biorą się z serca. Biorą się z głowy, są konsekwencją tego, jak myślimy. I tylko my możemy to zmienić.
Myślisz, że inni decydują o tym, jak się czujemy?
To wygodne, bo łatwiej jest powiedzieć, że inni mają się zmienić, niż zmienić coś w sobie samym.

Nie daj swojemu dziecku spieprzyć sobie życia. Nie wmów mu, że Twoje uczucia to jego wina, że Twoje decyzje to jego odpowiedzialność. Nie pozwól by ono dźwigało ciężar Twojej niedojrzałości, nieudolności i słabości.
Swoje życie możesz spieprzyć tylko sobie sam.



********************************
Styl wyjaśniania rzeczywistości -  optymizm i pesymizm
Więcej o kryzysie
O kryzysie i roli coachingu
Jak zmieniać swoje życie?

Czytaj więcej >

Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru vol.2





Wracam do swego tekstu o RB sprzed lat, który znajdziecie pod linkiem: 
"Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru" kontynuując tutaj temat w nieco zmienionej perspektywie.
Wtedy patrząc przez pryzmat całkiem małych dzieci, skrupulatnie skomentowałam wywiad z A.Stein, znaną ekspertką w temacie. Cóż, dziś napisałabym to samo, albo i więcej, właśnie dlatego, że teraz myślę też o nastolatkach, nieco poszerzył mi się rodzicielski punkt widzenia ;)







0-4 latkowi chcesz uchylić nieba, reagujesz na każdą jego potrzebę, na każde oczekiwanie, stęk i jęk, chcesz żeby zawsze i wszędzie mogło wyrazić siebie i tylko siebie, wybierać i decydować, w sposób jaki potrzebuje i chce, ma przecież do tego prawo, a Ty jesteś rodzicem bliskościowcem i stosujesz się do reguł Rodzicielstwa Bliskości. To są oczywiście założenia skrajne i wychodzące się z medialnego oblicza RB jakie opisałam krytycznie w I części i jest to zjawisko aktualne powszechne – wyznawane fanatycznie, krzywdząco rozumiane rodzicielstwo. 

Nawet dojrzałe umysły mają problem z takim wyrażaniem swoich emocji, żeby nie ranić innych.
Wymaga to samoświadomości, samokontroli, samoregulacji a także empatii. Im bardziej osoba ekstrawertyczna, ekspresyjna i wrażliwsza tym trudniej wypracowuje mechanizmy zachowania, tym trudniej jej mieć na wodzy emocje. 
W przypadku nastolatka gdzie te emocje buzują jak w wulkanie przed erupcją, wyuczone nawyki zachowań, jakie wpoił mu błędnie pojmujący idee wychowawcze i ślepo zapatrzony w uniwersalne trendy rodzic, przejdą w postawę, która obije się bolesną czkawką u rodzica, a przede wszystkim dziecka, które pójdzie z takim bagażem w świat. 

Na przykład, twoje małe dziecko uwielbia hałasować, krzyczeć i nieustannie ci przerywa, a RB mówi, że potrzeby dziecka i jego swobodna zabawa są w jego prawidłowym rozwoju najważniejsze, więc dajesz na to przyzwolenie (również w formie proszenia i tłumaczenia bez rezultatu). 

Albo w przesadnej trosce (czyli nadopiekuńczości) mówisz dziecku, co i jak ono czuje ("rozumiem, co czujesz" lub "jesteś wściekły"), lub co ma mówić innym ("powiedz Kasi, żeby ..."; "powiedz, że czujesz .../chciałeś /nie chciałeś ...") tak naprawdę mówiąc to do siebie i dla swojego poczucia kontroli nad dzieckiem i sytuacją.

Inny przykład. Dziecko jest uczone, że nie bierze odpowiedzialności za emocje innych, czyli postawy wysoce terapeutycznej :) To prawda, nikt nie bierze odpowiedzialności za odczucia emocjonalne innych osób. A kiedy dziecko zrobi coś przykrego rodzicowi, kopnie, opluje, powie że nienawidzi lub jako xx-latek nażłopie się alkoholu lub naćpa, gdy powiemy mu, że jest nam przykro i nasze serce rodzica wyje, a ono odpali - to Twój problem, ja nie jestem odpowiedzialny za to jak się czujesz. 
No racja, nie jest i ono nie ma problemu, wychodzi na to, że TY go masz.
Jeśli dziecko przez lata było uczone, że jego potrzeby i emocje są najważniejsze, że zawsze jest w centrum, że spełniane są wszystkie jego kompensaty i zachciewajki, że ma nieograniczoną swobodę w wyrażaniu siebie i jeśli innym się to nie podoba to mają problem, to wyobraźmy siebie teraz taką wyuczoną postawę u dorosłego. To narcyzm, niezdrowy egoizm, egocentryzm, arogancja.

A co tam internetowe matki piszą?

Matka Skaut pisze o rodzicielskich interpretacjach zasad rodzicielstwa bliskości, które dla niej, jako psychologa, są co najmniej niepokojące, np. 
- kiedy matka przedkłada przyzwyczajenia swojego dziecka nad swój podstawowy komfort psychiczny,
- kiedy nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby postawić swoje potrzeby przed potrzebami dziecka nawet raz na jakiś czas,
- kiedy pojawia się założenie, że dziecko w ogóle nie ma możliwości (i obowiązku) kontrolowania swoich emocji i że ma prawo wyrażać je zawsze i wszędzie tak, jak chce,
- kiedy zdanie dziecka jest tak samo ważne, jak zdanie rodzica
I trafnie opisuje Internetowy terroryzm, czyli jak ortodoksy RB wieszają psy na każdym kto zdecyduje się myśleć inaczej. 
Znam takie przypadki kiedy bliskościowe, zafiksowane na swoich jedynakach mamuśki (w sumie sama jak miałam jedno dziecko to napaliłam się na temat jak szczerbaty na suchary, a to były czasy Tracy Hogg) klasyfikują-opiniują-krytykują-oceniają bo one o wychowywaniu wiedzą wszystko, a Ty nic...
I w tym miejscu muszę napisać, że odnoszę wrażenie, że tym mamuśkom przede wszystkim brak luzu i dystansu, te wszelkie mądre poradniki stanęły im w kręgosłupach jak kije od szczotek!


Matka tylko jedna opisuje, że jej 4-latek wściekł się, bo wdepnął w zamek, który budował, i z tej wściekłości zaczął tłuc i kopać matkę. Matka nic nie zawiniła, ale oberwała kopniaki! Zgoda na odczuwanie silnych emocji przez dziecko zostało pomylone ze zgodą na dowolne ich wyrażanie.  

Matka pod prąd zachwyca się rodzicami Peppy czyli bajkowymi świnkami, którzy są wg niej godnym naśladowania wzorem RB, bo szanują uczucia dzieci swoim kosztem, nigdy nie krytykują, traktują ich na równi z dorosłymi oraz reagują natychmiast! na ich potrzeby.


Pytanie na koniec – skąd się bierze ten  brak refleksji? 
W wychowywaniu dzieci sięgamy po mądre teorie, które nas przerastają, bo mamy w sobie bałagan. Jesteśmy świetnie wyedukowani. Aż przeintelektualizowani. Ale emocjonalnie, a nawet mentalnie nie jesteśmy gotowi na NVC.
Mamy w sobie własne krzywdy, rany, niepoukładane sprawy. I zapominamy (albo wypieramy), że wszystko zaczyna się w nas, że Żadne sztuczne postawy szacunku nie nauczą go innych, jeśli nie szanujemy siebie samych.
Myślę sobie o tym za każdym razem, kiedy spotykam taką postawę u kogoś - "ja wiem na czym polega dobre wychowanie, powiem ci co masz robić, bo robisz źle", umniejszającego innym, zbzikowanego rodzica.
Dla mnie Rodzicielstwo Bliskości to skupienie na potrzebach, jako informatorach stanu rzeczy - ale nie tylko albo nie przede wszystkim potrzebach dzieci. To nie jest metoda ani narzędzie. To pomaga nie generować złości, pomaga zrozumieć poprzez empatię, ale nie pomaga rozwiązywać sytuacji. 

Czytaj więcej >

Wychowuj człowieka, nie płeć

Pierwsze lub drugie pytanie, jakie pada, kiedy dowiadujemy się, że znajoma jest w ciąży, to: „chłopiec czy dziewczynka”? Nie jak samopoczucie, czy czegoś potrzebuje, czy wszystko w porządku, gratuluję i koniec kropka.
Bo to pytanie, po prostu MUSI paść.
A zaraz za nim komentarz.



Automatycznie identyfikujemy ciążę z płcią. Ciąża staje się płcią i staje się publiczna, zaczynamy dopasowywać cały majestat kolorystyczny i ubraniowy do płci, mamy wizję różowości / niebieskości, dopasowujemy rodzeństwo („znów chłopiec? ojej szkoda”; „kolejna dziewczynka, ale będzie babiniec!”, lub „będzie parka? Idealnie!”), komentujemy wygląd „widać, że chłopak, bo pięknie wyglądasz, a dziewczynka zabiera urodę” albo „widać, że dziewczynka, bo brzuch taki mały, dziewczynki się kulą do mamusi”. „Kolejna dziewczynka – mąż pewnie chłopca chciał?”, „oj, drugi chłopak, pewnie wolałabyś dziewczynkę?”




W naszej rodzinie wychowuje się dzieci. Ludzi. Nie narzucamy im czym i jak mają się bawić, tylko dlatego, że ktoś wymyślił, że dane zabawki są odpowiednie dla danej płci. Nie kupujemy im dedykowanym płciom gadżetów, książeczek, nie wymuszamy zachowań „właściwych dla płci”, nie uczymy nawyków „prawidłowych” dla płci.
Ubieranie, czesanie to kwestia indywidualna ale nie powinna bezpośrednio wynikać z myślenia, że coś wypada albo nie, że coś będzie miało wpływ na psychikę dziecka (np. długie włosy u chłopaka to będzie „spedalony” albo krótkie włosy u dziewczyny to będzie „brak wdzięku i powabu” bo przecież wdzięk można pokazać tylko przez kokardy i falbany…). A największa bzdura, jaką wymyślono, to: „z chłopcem ciężko dać sobie radę, chłopcy to łobuzy, dziewczynki są łatwiejsze w wychowaniu”.

Ostatnio obserwowałam dyskusję w necie na temat koloru wózka. Ponoć rodzice (no ok, głównie matki…) „podkreślają płeć dziecka” kolorem wózka. Wózki dziecięce już nie są dla dzieci. Są dla płci. Dotąd wydawało mi się, że istotna jest funkcjonalność wózka. Wygoda dziecka. Myliłam się. Najważniejszy jest design i kolor!
Nie do końca wiadomo jak płeć podkreślać np. wózkiem niebieskim czy zielonym, pasuje bardziej do dziewczynki czy do chłopca? Ale już różowy, fiolet, pomarańcz to tylko dla dziewczynki! Argument? Bo tak. Bo chłopiec z różowym śmieszy. Ale kogo śmieszy? Kolor śmieszy, czy dziecko? I dlaczego właśnie różowy ma być jakiś uwłaczaniem, powodem do nabijania się z dziecka?
Czy ktoś mi wyjaśni, dlaczego kolor różowy jest nieprawidłowy dla chłopaka?


Ludzie, wychowujmy ludzi. Niech nasze dzieciaki nie czują, że ze względu na płeć muszą być jakieś, niech mają poczucie człowieczeństwa i prawo do bycia kim są. Nie doszukujcie się w tym podtekstów ideologicznych, feminizmu, unisexu, „lewactwa”. Bo to się nazywa rozsądek.





Schabowy chłopaka i kluseczki dziewczyny. O stereotypach PŁCI
Wychowanie bez różnicowania płci. Konstruktywne rodzicielstwo czy wymysł gendera?
GENDER srender. Czyli facet potrzebny jak rybie rower



Czytaj więcej >

Dlaczego nie jestem PRO-LIFE


Stephanie Lobo, amerykańska blogerka, zadeklarowana katoliczka, bywająca na marszach antyaborcyjnych, modląca się przed klinikami aborcyjnymi i broniąca publicznie swoich przekonań „100% przeciwko aborcji” napisała tekst:
 „5 powodów, dla których nie jestem pro-life”.
Tekst miał udowodnić, że bycie przeciw aborcji czy eutanazji, wcale nie oznacza bycia pro-life.
Przyznaję, że udowodnił. 

„Nasz Kościół podkreśla obronę życia nienarodzonych czy zapobieganie eutanazji, ale zapomniał o najważniejszej części zasady: chroń życie od poczęcia do naturalnej śmierci" - pisze Stephanie.

Jak argumentuje swoje 5 powodów, przez które NIE jest pro-life? 





1. Nie wspiera matek po tym, gdy urodzą swoje dziecko.
Też tego nie robię. Może te najbliższe, te wokół mnie – tak, ale obce? Kilka razy przekazałam rzeczy dla domu samotnej matki, czy to jest wspieranie? Tak serio, to nie bardzo przejmuję się ich losem. Tak samo, jak nie wnikam w ich plany reprodukcyjne, w to, czy mają inne dzieci, czy nie i dlaczego. Ile mają lat, czy mają pracę, czy mają finanse, partnerów, rodzinę. Czy zrobiły kiedyś aborcję, czy nie, czy następnym razem zrobią i dlaczego. Czy chciały dziecko, czy nie chciały i dlaczego. Co im potrzeba, czego nie potrzeba, jak im pomagać. Nie, w ogóle się tym nie zajmuję. Powiem więcej – obce wrzeszczące dzieci mnie czasem irytują. Szczególnie wtedy, kiedy pragnę odpocząć od swoich.


2. Nie robi zbyt wiele, by walczyć z samobójstwami.
Ja nie robię nic. W ogóle nie interesuję się tematem. A ponoć w Polsce zabija się coraz więcej dzieci. Nie pomagam tym, którzy zmagają się z kryzysem, ani rodzinom, które straciły kogoś bliskiego przez samobójstwo lub mają pod opieką kogoś kto jest temu bliski. To dla mnie jest powód do wstydu, ale dla krzyczących za życiem misyjnych pro-lajferów powinien być.
"Czemu nie ma marszów przeciw samobójstwom, tak jak przeciw aborcji? - pisze Lobo - Trudno o tym mówić, trudno zrozumieć, jeśli ktoś ma poważne problemy neurologiczne czy psychologiczne. Ale dlaczego nic z tym nie robimy? Na świecie rocznie dokonuje się 1,2 miliona aborcji, a tymczasem aż 20 milionów osób próbuje odebrać sobie życie."


3. Nie zwraca uwagi na specjalne potrzeby innych osób.
Ja zwracam. Szanuję inność i odmienność. Wszystkich bez względu na ich niepełnosprawność, kolor skóry, narodowość, orientację seksualną (ta ostatnia w zasadzie średnio mnie interesuje). Jestem wrażliwa na potrzeby innych ludzi i zwierząt, jestem empatyczna. Nie znoszę przymusu, moralizowania, manipulacji. Moje potrzeby, emocje i mój komfort są dla mnie istotnym punktem odniesienia. Skupiam się na tym, żeby nie szkodzić sobie, spełniając oczekiwania innych. Ale to nie znaczy, że nie potrafię przenieść punktu widzenia na potrzeby kogoś innego, szczególnie jeśli są specjalne i wymagają ode mnie większego wysiłku.


4. Nie modli się za więźniów.
Też się nie modlę. Z dwóch przyczyn – nie wierzę, że to cokolwiek może dać (tak jak cokolwiek może mądrego wnieść publiczny różaniec za nienarodzone dzieci) i nie modlę się w ogóle. Mogę dobrze o nich myśleć, albo źle, albo wcale. Najczęściej więzień jest społecznie pogrzebany za życia, to recydywista, patologia. Oni nas nie obchodzą ani za kratami, ani kiedy wyjdą na wolność. Byle od nas dalej.  Podobnie z alkoholikami, narkomanami, bezdomnymi, ludźmi na skraju nędzy. Obrońcy życia - jak te życia bronicie, jak o nie dbacie?


5. Nie odwiedzam swoich dziadków wystarczająco często.
Ja też nie, bo nie żyją, ale samotnych dziadków jest od groma. Ich jednak też nie odwiedzam. Nie pytam samotnych dziadków czy coś im potrzeba, czy zanieść siatkę, czy dorzucić się do leków. Jest mnóstwo domów opieki, ośrodków opieki dziennej, wszędzie szukają wolontariuszy. Te dziadki też kiedyś były nienarodzonym bytem, o jaki walczą pro-lafferzy. Dlaczego nie walczą o ich godne życie? Ja nie walczę o nic, ale mogę z nimi rozmawiać, organizować animacje i wyciągać ich do środowiska żeby nie siedzieli zamknięci w czterech ścianach (to robię, często za darmo).


No a Ty?
Co możesz powiedzieć o sobie w kontekście tych pięciu punktów? Może jesteś wierzącym katolikiem? Może jesteś pro-lajferem? Może jesteś za całkowitym zakazem aborcji, bo tak ci nakazuje twoje sumienie? Może posiadasz nieodpartą potrzebę obejmowania swoim sumieniem wszystkich ludzi?
Warto pamiętać o prostym uniwersalnym przekazie zapisanym w piśmie Świętym - widzicie źdźbło w oku bliźniego, a nie widzicie belki tkwiącej w waszym. I kolejne - kto bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Mówiąc językiem prostym i jasnym jak stuwatowa żarówka, oznacza to: zajmij się sobą. Sumienia i czyny innych zostaw im samym. Każdy sam bowiem odpowiada za siebie i swoje postępki. Nikt inny nie jest od tego, by się wtrącać.
No chyba, że jest gotowy realnie i faktycznie poświęcić się za tym konkretnym życiem, od poczęcia aż do śmierci.





W temacie:
Zaufanie dobrze, kontrola lepiej, czyli o co chodzi w aborcji?
#CzarnyProtest OffMatki







Czytaj więcej >

Nosi ciążę, rodzi, karmi. A partner? Podział obowiązków rodzicielskich (case study Offmatki)


Pierwszy zarzut będzie taki, że wymienionych w tytule czynności, nie da się podzielić. Są biologicznie przypisane do jednej płci. Całą odpowiedzialność bierze na siebie kobieta. Chwila przyjemności (czyli seks) jest zgoła inna w skutkach. Cały wysiłek ciążowy (o tym jaki wysiłek pisałam TU oraz TU), porodowy i opieki noworodkowej spoczywa na kobiecie (ten ostatni już można dzielić, ale nie po połowie, bo choć ojciec nie może robić tylko jednej rzeczy – karmić piersią, to po 2 tygodniach tacierzyńskiego, o ile go wykorzysta, wraca do pracy). Zgoda, tego nie da się matematycznie i równo podzielić. Partner może pomagać, wspierać, odciążać. Przynajmniej powinien, ale przecież zdarza się też, że znika.






Jak to jest z tym podziałem obowiązków rodzicielskich?  Kto się angażuje w opiekę nad dzieckiem?
Jak funkcjonuje polski model rodziny? Czy podział ról wynika z wyboru czy został narzucony?
GFK Polonia podjęło się badań budżetu czasu Polaków „Time Budget Survey 2013
„Nieodpłatne prace domowe, czyli podstawowe czynności domowe, takie jak pranie, sprzątanie, gotowanie, wykonuje obecnie aż 85 proc. kobiet i tylko 44 proc. mężczyzn. W skali jednego dnia Polki poświęcają na prace domowe średnio 3 godziny i 41 minut, natomiast Polacy 2 godziny i 19 minut.” W latach 80’ było to 5 godzin i 9 minut (kobiety) oraz 2 godzin i 10 minut (mężczyźni).
Czy to jest progres jak na prawie 40 lat postępu?

Podział obowiązków domowych i rodzicielskich był, jest i będzie nierówny. Kwestia tego, czy partnerom to pasuje, czy nie. Kwestia układu, organizacji, oczekiwań, potrzeb i możliwości.







Zdarza się, że dziecko, które miało łączyć ludzi, zaczyna ich dzielić.
Wychowanie dziecka staje się  przyczyną kłótni i nieporozumień. Bo każde z rodziców, poza wypełnianiem obowiązków, ma prawo do własnego rozwoju, wolnego czasu i odpoczynku od domu.
Ponoć układ partnerski jest potwornie trudny do zrealizowania. Z powodu? „Bo większość mężczyzn nie potrafi TAK gotować i TAK zajmować się dzieckiem, jak kobiety (przystosowywane do tego od dziecka, a nawet „mające to w genach”), a większość kobiet nie potrafi naprawić zepsutego okna czy dziurawej rynny” - brzmi opinia publiczna. No cóż, mój mąż też nie potrafi naprawić rynny – tak jak ja nie potrafię TAK gotować.
To jak my sobie radzimy?

Mamy dwójkę dzieci. Teraz czekamy na trzecie. To ja je noszę i ja je urodzę. Ja planuję je naturalnie karmić i to na mnie spada opieka na urlopie macierzyńskim (przysługuje tylko kobiecie w wymiarze 6 mcy, potem może go przejąć ojciec dziecka na kolejne 6 mcy). Te godziny kiedy mąż jest na etacie, spędzam sama z dziećmi. Nie mamy nikogo do pomocy. Do niedawna Starsza miała wakacje (teraz chodzi do szkoły, ale nie korzysta ze świetlicy), Młodsza nie chodzi do żłoba. Sprawa się komplikuje, kiedy mam sporo pracy projektowej. A kiedy nie mam, to sobie wynajduję nowe aktywności, rozwijam działalność. Dokształcam się, robię kursy, szkoły. Nie chcę koncertować swojego życia tylko wokół dzieci i utknąć z rozwojem zawodowym czy osobistym. Bycie z dziećmi daje dużo radości, ale opieka w trybie ciągłym wypala. Kiedy pojawi się trzecie, zrobię sobie dłuższą przerwę, bo nie da się być na 100% w dwóch rzeczywistościach.
A może się da? Komuś się udało? 



Znaczną część pracy wykonuję w domu, część popołudniami i w weekendy. W ciągu dnia sprawy zawodowe dzieję na czas z dziećmi i domowe obowiązki. Pilne sprawy robię w ciągu dnia, ważne zostawiam na popołudnie, kiedy opiekę możemy podzielić. Z reguły na mnie spadają zakupy (przy okazji odprowadzania Starszej do szkoły czy spacerowania Młodszej), pranie i gotowanie, choć tego nie robię codziennie, a czasem korzystam w gotowców. Ponieważ czynności biologiczne spoczywają tylko na mnie, inne czynności przejął mąż. Np. nocne wstawanie do dzieci (robiłam to tylko wtedy kiedy był chory), część zakupów, zmywanie garów, sprawy administracyjne, rachunki, kąpanie i usypianie dzieci. Śniadanie, odrabianie lekcji, basen - działamy na przemian albo razem. Pamiętam o przeglądzie auta, zawożę je do warsztatu, myjni i serwisu klimy. Ostatnio wymyśliłam pomalowanie mebli (genialna opcja - alternatywa dla wymiany), ja malowałam kiedy on zajmował się dwójką na basenie.

Wracając do rozkładu dnia, kiedy małżon wraca, zostaje ta mniejsza część czasu. Krótkie popołudnie i wieczór. Przejmuje opiekę nad dziećmi, albo spędzamy czas razem, resztą tzw. obowiązków się dzielimy. Czasem gdzieś wychodzę, albo mąż zabiera dzieci, dla mojej higieny psychicznej. Porządki robimy najczęściej w weekend. Uważam, że jesteśmy świetnie zorganizowani. Że mam odpowiedzialnego partnera, dzięki któremu nie muszę zgrywać matki polki 24 na dobę. Że nie chodzę wściekła ze zmęczenia, bo wszystko jest na mojej głowie. Wreszcie, że daję mu prawo wziąć odpowiedzialność za dom i rodzinę, na równi ze mną, bez moralizowania, że ja zrobię coś lepiej.

Nigdy nie uważałam, że tylko dlatego, że jestem kobietą i matką mam robić więcej, czy mniej, albo że mam robić określone rzeczy. Widzę wokół mnóstwo przeładowanych obowiązkami kobiet, którym brak refleksji, że coś jest nie tak. Głęboko mają w głowach, że tak ma być. Z jakiego powodu? Jednego. Bo są kobietami.
Czy to, że tak mają to wina tych leniwych chłopów? Kto jest odpowiedzialny za taki układ? On i jego mamusia, która tak go wychowała? A może kobieta, która wierzy, że nic się nie da z tym zrobić, woli wrzeszczeć, narzekać, kontrolować i wymagać?
Bo jest przekonana, że kobieta powinna i musi, matka ma zachowywać się jak matka.
Choroby i niedomagania, żale i narzekania są passe.
A niewidzialny etat w polskiej rzeczywistości nie ma żadnych ustawowych praw.

Mężczyzna, ojciec – co musi, co powinien? 





(obrazki przedstawiają stereotypowy genderowy podział ról, pochodzą z podręcznika do nauki j.rosyjskiego z 1986r.)

Czytaj więcej >

Ciąża jest chorobą. 7 dowodów (pół żartem a jednak serio)

Zacznijmy od tego, czym w ogóle jest choroba?
Choroba to, według definicji Światowej Organizacji Zdrowia (WHO):
stan organizmu, kiedy to czujemy się źle, a owego złego samopoczucia nie można jednak powiązać z krótkotrwałym, przejściowym uwarunkowaniem psychologicznym lub bytowym, lecz z dolegliwościami wywołanymi przez zmiany strukturalne lub zmienioną czynność organizmu. Przez dolegliwości rozumiemy przy tym doznania, które są przejawem nieprawidłowych zmian struktury organizmu lub zaburzeń regulacji funkcji narządów.
No i co? Niech mi kto mądry powie, że ciąża do takiego stanu nie należy. Niezależnie od przekonań, doświadczeń, stanu wiedzy i poglądów, a nawet płci, fakty mówią za siebie: ciąża jest CHOROBĄ.
Co charakteryzuje ten stan ekstremalny ekhm błogosławiony?
Co wtedy dzieje się z ciałem i psychiką? Jakie są widoczne zmiany, na które nie mamy wpływu.




1. ZMIANY W FIZJOLOGII
Tu mamy, niestety, sporo balastów. Mdłości, a nawet rzyganie. Cofanie treści żołądkowej. Zmiany w regulacji spania – na początku śpimy ile wlezie, a przynajmniej marzymy o spaniu non stop. Stan permanentnej śpiączki. Natomiast na końcówce nie śpimy w ogóle, choć też marzymy o śnie, bo o aktywność ciężko. Ale się spać nie da, bo ciało boli i drętwieje wykręcone w jakiejś jednej dopuszczalnej pozycji, a próby przerzucenia wielkiego obciążenia na brzuchu, mogą przekraczać możliwości.
Jeśli wybierzemy się na (powolny) spacer, nie możemy oddalać się za daleko od WC. Sikamy bowiem non stop. Z wydalaniem też możemy się borykać, bo metabolizm gwałtownie spada i nic już nie jest takie samo, nawet coś tak oczywistego, jak kupa.
Układ krążenia dostaje w kość do granic, zdarza się, że ledwo ciągnie. Nogi puchną, mamy obrzęki, nawet żyły potrafią boleć.
A seks? Kiedy chce się non stop spać, a ciało przeobraża się w stanie błyskawicznym, to średnio o zmysłowość. Z drugiej strony, libido szaleje i można w przypływie szalonej żądzy upominać się o swoje (i flitować z kim się da!), ale bez pożądanego skutku, bo w tym okresie „szczególnej troski i uwagi” nie ma opcji zezwięrzęcenia się. Więc lipa z seksualnych wybryków.
Co tam jeszcze? Mamy obrzęki i przekrwienie górnych dróg oddechowych, przysadka mózgowa zwiększa swą objętość o ponad 100%, nasila się lordoza lędźwiowo-krzyżowa oraz przygięcie głowy, zwiększa się napięcie mięśni kręgosłupa. 
Dochodzi do fizjologicznego zatrzymywania wody w organizmie (do 6,5 l wody). Współpraca z ciałem wymusza korzystanie z windy, omijanie sklepowych kolejek, eliminację różnych produktów z diety, wymianę garderoby, itp.
2. ZMIANY W OBRAZIE KRWI
Morfologia odbiega od normy tak bardzo, że trzeba sprawdzać ją non stop, żeby zapobiec ciężkim powikłaniom! Kto sprawdza morfologię co miesiąc? Jak wiadomo, wszystkie choroby powodują zmiany w składzie i obrazie krwi, ciąża również. Warto dodać, że choroba ciążowa wymaga pełnej diagnostyki, wykonuje się szereg badań, chodzi się cyklicznie do lekarza, czyli podobnie jak u wszystkich innych na cośkolwiek chorych. Większość leukocytów czyli krwinek białych odpowiedzialnych za system odpornościowy organizmu, idzie lulać. Dosłownie! Gdyby nadal były w takiej samej formie aktywne, zwalczałyby ciało obce, czyli płód, który rozwija się w organizmie. Odporność zatem drastycznie spada. Ciężarna jest narażona na infekcje 300% bardziej, niż przed ciążą. Jej organizm skupia uwagę na czymś innym. Wydzielają się hormony, które zmieniają ciało i umysł. 
3. ZMIANY W ZMYSŁACH
Wzrok – pogarsza się. Węch – odmienia na tyle, że to, co przedtem pachniało, teraz śmierdzi i na odwrót. Dotyk jest wyśrubowany w swej wrażliwości, choć na końcówce ciało jest tak odrętwiałe, że mało co je rusza. Smak zmienia się totalnie. Apetyt rośnie. Lecz dogadzanie sobie bez umiaru w myśl „w ciąży jedz za dwojga” to cholerny mit. Uleganie zachciankom w miarę postępu ciąży ulegają ograniczeniom i restrykcji, wcale nie z wyboru Ale z musu, bo albo jest ryzyko zrobienia z siebie poczwary (odpadają węglowodany i cukier, czyli nawet nie można sobie humoru poprawiać kulinarnym dogadzaniem), albo pokarm zwyczajnie się nie mieści, a kwasy cofają się spowrotem, co do przyjemności nie należy.
No i słuch. W stanach euforii lub depresji możemy słyszeć różne głosy, niekoniecznie własne.
4. ZMIANY W ZACHOWANIU
Ewolucja człowieka w pełnej krasie. Na początku jest to stan permanentnego PMS. Może tak zostać do końca ciąży, a nawet dłużej.... Nieprzewidywalność. Wybuchowość. Nerwowość. Wrażliwość, a nawet przewrażliwienie. Wybuchy płaczu, nie wiadomo skąd i po co. Szalone pomysły. Przeobrażenia gustu i potrzeb. Zachcianki. Nocne wędrówki po mieszkaniu.
Huśtawki nastrojów, ataki histerii, potrzeby zmian. Brak energii, zmęczenie, senność.



5. ZMIANY W WYGLĄDZIE

Twarz staje się blada. Z czasem też opuchnięta. Paznokcie się łamią, a włosy wypadają. Biust wylewa się z idealnie dobranego dotąd stanika. Rozciąga się skóra i czasem pojawiają się na niej czerwone nieregularne krechy. Całe ciało wraz z biegiem czasu rozpulchnia się i rozrasta. Woda zatrzymuje się wszędzie, w każdym zakamarku, kończyny przypominają serdelki, twarz ostatnie stadium u alkoholika. Chód robi się kaczkowaty. NIC już nie jest takie samo…
6. ZMIANY W SAMOPOCZUCIU
Huśtawki nastrojów w tempie rolercoastera. Wewnętrzny przymus zmian, zmian, zmian! Siebie, zawartości szafy, otoczenia, mieszkania i partnera. Poczucie uwięzienia na przemian z euforią. Depresja i stany lękowe przeplatane stanami wszechogarniającego szczęścia i miłości do świata. Tak więc to, co uważane za "normalne" a nawet oczekiwane u ciężarnych, poza tym stanem stanowi zagrożenie i kwalifikuje do leczenia psychiatrycznego lub co najmniej wezwania egzorcysty.
Następują zmiany psychologiczne, co specjaliści nazwali szumnie kryzysem natury psychologicznej. Pojawiają się nowe nieznane wcześniej reakcje emocjonalne, nieustające napięcie psychiczne, poczucie atrakcyjności seksualnej lub jej zanik, skrajne wybuchy na przemian: płaczu, histerii, złości, miłości i obojętności, co jak wiadomo jest dość wyczerpujące. Komplet wszystkich wymienionych (i pominiętych) dolegliwości oraz zachowań charakteryzuje się opisem chorobowym, stanem zaburzenia czy zestawieniem słabości (wad?).
Do tego stan ten, nadal jest traktowany jako błogosławiony w imię tezy, że ciąża to nie choroba.
7. ZMIANY PO
Jak każda choroba, i ta zostawia po sobie pamiątki. Mówimy tu o wspomnieniach oraz o trwałych śladach na ciele. Mogą być większe lub mniejsze, ale są zawsze. Jakie? Najlepiej zapytać tych, co doświadczyli i może nawet pokażą?

Co do przyczyny tej CHOROBY, to wiadomo, odpowiedź prosta. Choć już jej przebieg bardziej skomplikowany, bo uwarunkowany genami, predyspozycjami, kondycją ciała i psychiki.
Co z ciężarnymi?
Są owładnięte i bez władzy nad samą sobą, skołowane tym, jak naprawdę się czują i zmanipulowane tym, że mają czuć się dobrze, kwitnąć, być piękne, nie zrzędzić i nie próżnować.
Ciąża do nie choroba do cholery!

"Tylko" tyle, że wydajność organizmu w ciąży zwiększa się dwukrotnie. Podobnie jak u wyczynowych olimpijczyków podczas treningów. W III trymestrze następuje stan krańcowej wydolności organizmu. Jest to maksimum możliwości organizmu człowieka i dlatego ciąża trwa 9 miesięcy. Oznacza to, że gdyby trwałaby dłużej, organizm by skapitulował. Poddałby się walkowerem! 
Fizyczno-psychiczny stan ciąży dla organizmu kobiety nie jest chwalebny, ale na pewno godny pochwały. Bo opisany wysiłek ciężarnej oraz zmiany, przez jakie przechodzi, z pewnością położyłyby niejednego nieciężarnego człowieka na któryś ze szpitalnych oddziałów.


Na koniec optymistyczny komunikat – ta CHOROBA mija :)
Czytaj więcej >

Perfekcyjna rodzina z tabloidu

Dziś byłam z mężem i młodszym na rowerach (starsze na kolonii), po drodze parki, place zabaw, restauracja. Jest sierpień, dzień wolny od pracy, wszędzie pełno rodzin i towarzyskich spotkań kobiet z dziećmi (pikniki na kocykach). A raczej bełkot na trawie!
Bo to trajkot nieustający! W kółko wałkowanie tematów okołodziecięcych: kupa, zupa, ząb pierwszy, drugi i dziesiąty, które czyje co robi i jak wspaniale to robi, jak się zachowuje i co czuje wraz z diagnozą potrzeb i możliwości (portret psychologiczny na poczekaniu), że mąż nawet raz upiekł ciasto i w ogóle wspaniale "pomaga" przy dzieciach, że dziś krem z warzyw i dzieci tak chętnie jedzą, że wczoraj małe nie spało, bo kawy się opiła, a nie powinna; że dzieci chodzą na zajęcia umuzykalniające, od pierwszego kroczku, tak słodko się ślinią i mają ciuszki z Zary.

Mam wrażenie, że zajob związany ze standardami życia rodzinnego osiąga wyżyny. Chcemy mieć takie wspaniałe i udane życie rodzinne, że pochłania to wszystkie siły, trzeba być w temacie, wiedzieć jak najwięcej, żyć rodzicielstwem bliskości i niczym więcej.
Mam taki przesyt spraw okołodomowych, że jak wychodzę do znajomych, albo robimy wycieczki rodzinne, robimy wszystko, żeby od codziennej prozy odetchnąć, pogadać o wszystkim innym... Jest tyle ciekawych tematów do poruszenia, opinii wzbogacających i poruszających przytłoczony dniem świstaka umysł. Jest? A może nie ma?

Rozumiem, że życie domowe, dzieciaki - to pochłania, ale żeby w 120% i świat poza nie istniał? Czy nie po to spotykamy się z innymi, aby oderwać się od spraw, od których zazwyczaj oderwać się nie możemy? Nie lubię takich spotkań i męczą mnie, gdzie się mieli w kółko o dzieciach, porównuje je i „filozofuje” co jest bardziej prawidłowe i bardziej im przydatne, które lepsze i które bardziej; gdzie monotematycznie obgaduje się swoich partnerów i narzeka, albo nie narzeka, a wręcz idealizuje. Tak sobie myślę, że w tym względzie jestem socjopatką.

Moja mama opowiadała mi, że 30 parę lat temu, kiedy udało jej wystać całą noc pod sklepem i dostać rano kurczaka, kiedy zrobiła już pranie we Frani z osobnym odwirowaniem i kiedy zrobiła obiad wcale nie z półproduktów, chwila wytchnienia z koleżanką to był raj. Kawka i papierosek, koc przy domu. Pamiętam to. Nie miałyśmy do nich wstępu, bawiliśmy się w pobliżu, ale żadne nie było przyklejone, nie lataliśmy co sekundę z okrzykiem: mama, mama! Dzieciaki były najczęściej w swoim gronie, całymi dniami biegając po podwórkach, odkrywając swoją dziecięcą kreatywność.  Dorośli mieli swój czas. Nie był to czas poświęcony na gadanie o rozwoju dzieci, ich emocjach, potrzebach, możliwościach. Wtedy po prostu nie było takich standardów. Nie było idealnych stylów wychowywania. Nieustannego koncentrowania się na dzieciach i dogadzaniu im. Przede wszystkim nie było ideału szczęścia! Rodziny perfekcyjnej! Wtedy nikt nie myślał o ideałach. Wtedy szczęście było przedmiotem akademickich rozważań filozofów i opasłych rozpraw naukowych, a dziś każdy konował wpycha ci swój poradnik, jak być idealnym rodzicem i osiągnąć absolutne szczęście.

Dziś nie masz wyjścia – musisz być idealny.






Czytaj więcej >

Co naprawdę oznacza być RODZICEM? Jak kształtujemy życie naszym dzieciom

Jakaś część z nas została rodzicami z przypadku, jakaś z wyboru podobnego do każdej innej tradycji (typu ślub kościelny, komunia - bo wypada), a jakaś świadomie i z pełną odpowiedzialnością.
Niektórzy z nas przywiązują do kontaktu z dzieckiem dużą wagę, a inni wolą zrzucić to na barki systemu edukacji i czynników zewnętrznych.
Jedni się przejmują i starają, drudzy nie mają czasu ani chęci.
To co właściwie znaczy być RODZICEM?

RODZIC to ktoś, kto ma przygotować dziecko do samodzielnego życia. To najbardziej trafna i najprawdziwsza definicja rodzica, jaką stworzono. Na jej podstawie można ocenić na ile działania rodzica przekuwają się na samodzielność w życiu dziecka. Samodzielność jest podstawą przetrwania. Nie tylko ta materialna i operacyjna, ale emocjonalna też.
Przyjrzyjmy się naszym zachowaniom, jakie stosujemy metody, jaki preferujemy model, jak kształtujemy, edukujemy i co naprawdę z tego może wynikać w dorosłym samodzielnym życiu naszego dziecka. Z akcentem, że każde, absolutnie każde ukierunkowywanie ma wpływ, a określone zachowania, postawy, poglądy i wybory naszych dzieci nie biorą się z powietrza.





Co najtrafniej odzwierciedla ten właściwy obraz RODZICA?


Role i postawy, jakie przyjmuje dorosły i jakie narzuca swojemu dziecku. Postać rodzica z dzieciństwa ciągnie się za dorosłym dzieckiem przez całe życie, już nie fizycznie, ale w jego głowie.
Weźmy ten pesymistyczny scenariusz.
Samokrytyk, oskarżyciel, surowy oceniacz, cenzor, sędzia, kat, poganiacz, moralista, idealista. Superego. Określenia różne, ale chodzi o tego samego, siedzącego nam w głowie przez całe życie towarzysza. W najmniej oczekiwanych momentach podcina skrzydła, sieje zwątpienie we własne możliwości, nakazuje gnać za niespełnionymi ambicjami. Rzadko nagradza i chwali, jeśli już to tak, aby wpędzić w pustą dumę. Raczej gani. To nikt inny jak nasz własny rodzic.
Potomek nieustannie karcony, kontrolowany, krytykowany, nagradzany w niezrozumiałej kategorii zasługiwania, mający słuchać rozkazów, wykonujący wolę jedyną i słuszną – wolę rodzica, przez całe swe życie będzie uważał, że wola silniejszego jest ważniejsza, że jego racje nikogo nie mogą obchodzić a uczucia się nie liczą. Takie wzorce zostały w nim wykształcone. To m.in. efekt kar i narzucania woli, bez wglądu w potrzeby i autonomiczność dziecka.
Przykładowo, jeśli nieustannie wkuwamy dziecku do głowy: 

- że ma być czyste i schludne (uważaj przy zabawie czy jedzeniu, nie pobrudź się, idealnie zapnij kurteczkę oraz trzymaj wzorcowy porządek w pokoju, inaczej jesteś niechluj i brudas),

- że ma ładnie wyglądać, uśmiechać się, pięknie prezentować, być grzeczne i posłuszne cały czas (inaczej jest bachorem, zasługuje na kary i niech się wstydzi),
- że korzystanie z publicznych toalet i zjedzenie czegoś, co upadło na podłogę jest fuj i będzie na pewno przez to chore, a chodzenie w miejsca gdzie jest dużo ludzi jest niebezpieczne (świat ogólnie jest zagrożeniem czyhających zewsząd patogenów i patologii)
- że nie wolno mówić i pytać o seksualność, dotykanie się po częściach intymnych to wstyd, a o miesiączce się nie rozmawia (tu religia pełni swoją okrutną rolę, ale nie tylko, też komunikaty z reklam)
- że nie może się złościć, płakać, krzyczeć, bawić po swojemu i łamać żadnych zasad (posłuszeństwo to podstawa)
- że musi zachowywać się "jakoś" zgodnie ze swoją płcią - że nie wolno, że trzeba, że się musi, że nie wypada, że się powinno i że należy, bo co ludzie powiedzą?! itd...
…to najczęściej wywołaną reakcją będzie w dorosłości brak komfortu w podobnych sytuacjach. I ból emocjonalny, zakorzeniony głęboko w przekonaniach.

W ten sposób tworzy się podłoże dla rozwoju kompleksów, izolacji, nerwic, natręctw i innych zachowań antyspołecznych. To tylko podłoże, nie ma tragedii?
Może jednak być, jeśli dziecko zorientuje się skąd te negatywne przekonania w jego głowie i rodzic stanie się jego wrogiem nr 1.



Czytaj więcej >

Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru?

Biały cukier, jak wiemy, jest trucizną.
Tak jak przedstawianie ludziom nieprawdziwej rzeczywistości. Lukrowane obrazki idylli, czy to rodzicielskiej, czy małżeńskiej czy zawodowej są nieprawdziwe i szkodliwe.
Obrazki idylli mają zobrazować nam w głowach, że raj i sielanka są dla każdego i w każdej sytuacji absolutnie możliwe i na wyciągnięcie ręki.

Co trzeba zrobić? Trzeba tylko dostosować swoje życie do jakiś określonych zasad, uniwersalnych dla wszystkich, niezależnie od możliwości, warunków i potrzeb. Żeby było idyllicznie, muszą one działać, a jeśli nie działają to znaczy, że coś jest nie tak. Najczęściej "nie tak" jest z matką.




Budowanie idealnego wizerunku, zaburza postrzeganie rzeczywistości i oddala od niej i 
nawet, jeśli jest całkiem poprawna, to wydaje się daleka od poprawności, bo ktoś ustalił jakieś normy bycia w idealnej relacji. Zamiast przedstawiać obraz rzeczywisty, czyli taki, który pokazuje ciemne i jasne strony sytuacji, ze zmiennością i w procesie, to przedstawia się życie w wyobraźni, w której ścigamy się za ideałem, którego nie osiągniemy, bo może nawet nie potrzebujemy.

Ta wyobraźnia może nam zatruwać życie. 
Tak jak biały cukier.
Weźmy pod lupę, szeroko hołubioną i zachwalaną filozofię rodzicielską o nazwie: Rodzicielstwo bliskości, a dokładnie jej medialne oblicze, na jakim opiera się cała lista przekonań i wizerunek idealnej rodziny, który to oczywiście wykreowała kultura masowa.
Rodzicielstwo bliskości (ang. Attachment Parenting) - termin utworzony przez amerykańskiego pediatrę Williama Searsa, określający filozofię rodzicielską opartą na zasadach teorii przywiązania w psychologii rozwojowej, która mówi, że dziecko tworzy z opiekunami silną więź emocjonalną, mającą wpływ na całe jego przyszłe życie.

Filozofia przedstawia „7 narzędzi bliskości”, które są niezbędne, aby rodzicielstwo bliskości zaistniało:
więź uczuciowa podczas narodzin, k
armienie piersią, noszenie dziecka, spanie blisko dziecka, wiara, że płacz dziecka jest jego sposobem komunikacji, wystrzeganie się dziecięcych „treserów”, równowaga.
Wg twórców, jest to styl wychowania "zgodny z naturą człowieka" i intuicyjny, ale..... jaki on intuicyjny skoro opiera się na konkretnych wymaganych zachowaniach i wymaga dostosowania do uniwersalnych zasad, które określają ten model wychowania?
Przy czym inne odrzucasz, a nawet negujesz. Może kreujesz ideał?




1. Więź uczuciowa podczas narodzin – ważna jest bliskość bo „dziecko zaraz po narodzinach odczuwa naturalną potrzebę bliskości, a matka – intuicyjnie pragnie się nim opiekować. Każdy z członków tej biologicznej pary dochodzi do porozumienia na samym początku, czyli wtedy, kiedy niemowlę najbardziej tego potrzebuje, a matka jest gotowa do opieki”.
Różowy bobas i szczęśliwa mama? Nie zawsze tak to wygląda! Co jeśli pragniemy przede wszystkim wyspać się, odpocząć, zaleczyć rany na ciele, zregenerować siły, a dopiero potem zająć się opieką?
A co, jeśli więź uczuciowa zeszła na dalszy plan, bo martwimy się wysypką, kupą, płaczem, kolką i przyczynami tego wszystkiego? A jeśli pragniemy tej bliskości i niemowlak też jej pragnie (czym oznajmia np. żądając noszenia), ale my też chcielibyśmy przygotować sobie posiłek i go zjeść, umyć się, poczytać coś, albo na przykład zająć się drugim (trzecim...) dzieckiem, które też pragnie bliskości? A poleżeć tak o sobie, to już w ogóle można, bo matka ma być 24/24 "gotowa do opieki"?

Hola! Jeszcze w XIX wieku każda średnio zamożna kobieta oddawała dziecko do mamki, która zajmowała się nim przez całą dobę. Czy to oznacza, że nie było bliskości, a z tych dzieci wyrastali gorsi dorośli? No nie wyrastali, choć niektórzy lubią podkolorować rzeczywistość.
2. Karmienie piersią  „Karmienie piersią zapewnia dziecku i matce mądry początek w ich wspólnym życiu. Karmienie piersią ulepsza porozumienie między matką i dzieckiem poprzez stymulację jej ciała do produkcji hormonów zapewniających przepływ matczynych uczuć”.
A co, jeśli ten początek jest trudny? Jeśli dziecko ma nietolerancję laktozy (prawie każde) i przy piersi wije się, pręży, krzyczy, ulewa? Jeśli robi tak jedząc co chwilę przez okrągłą dobę? Gryzie sutki do krwi? Pokarmu nie maty tyle, co miał być, nawet wcale nie ma, a dziecko głodne? To wzbudza w matce poczucie winy, że jest z jej pokarmem coś nie tak, że nie umie "intuicyjnie" nakarmić własnego noworodka, czuje się jak zepsuta dojarka, do tego katuje się restrykcyjną dietą, żeby w końcu sięgnąć po polecane >lek na wszystko< sztuczne mleko modyfikowane.
I co ma myśleć o sobie matka, jeśli nie ma tego przypływu matczynych uczuć, tylko rezygnację? Jak ma się porozumiewać z niemowlakiem, jeśli sama jest pogubiona, bo miało być tak pięknie, gładko, intuicyjnie i idyllicznie, a nie jest?
3. Noszenie dziecka „Noszone dzieci są rzadziej kapryśne i częściej znajdują się w stanie czujnego spokoju, który stymuluje odkrywanie świata. Noszenie dziecka usprawnia jego wrażliwość na rodziców. Ponieważ dziecko jest blisko matki lub ojca, rodzic także ma okazję, by lepiej poznać swoje maleństwo. Bliskość sprzyja ufności.”
Bujanie, lulanie, karmienie, uspokajanie itp. – to wszystko dzieje się na rękach. Ale, czy używam narzędzia bliskości, ponieważ noszę dziecko? Niekoniecznie. Przecież to naturalne, że noszę, dziecko nie przemieści się samo, a często uciszy się i zaśnie huśtane (jak w brzuchu). Jeśli matka kocha nosić, czy to powód, żeby od razu nazywać zachowania usprawniające funkcjonowanie i wynikające z indywidualnych potrzeb tak szumnie "narzędzie bliskości i ufności"? Po co dopinać im łatkę tych prawidłowych i lepszych? A jeśli matka nie chce z jakiś powodów nosić, nie ma sił nosić albo bolą ją plecy (każdą bolą po miesiącu noszenia...), ma jeszcze jedno lub więcej, które też wymagają uwagi, to znaczy, że porzuca "absolutnie niezbędne narzędzie bliskości i ufności" i z marszu wypisuje się z cudownego rodzicielstwa bliskości?
4. Spanie blisko dziecka – „Ponieważ większość maleństw obawia się nocy, spanie w pobliżu dziecka, dotyk i karmienie zmniejszają nocny lęk przed separacją i pomagają mu nauczyć się, iż sen to przyjemny i niegroźny stan”.
W dobrym, zdrowym, szczęśliwym rodzicielstwie liczy się nie tylko dziecko, lecz też rodzic. Nie przypadkiem mówi się – szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci. Zarwana nocka, kilku-dziesiąta z rzędu, kiedy sen ciągły to deficyt, drzemki są czuwaniem a nieustanne zrywanie się normą, mają bardzo negatywny wpływ na samopoczucie, emocje i psychikę człowieka. Mogą powodować depresję, halucynacje, utratę zdrowia, wiele chorób. Każdy poradnik zdrowia woła: śpij co najmniej 8 godzin na dobę! A tu psikus, nie da się. Więc mama marzy, żeby rozłożyć obolałe ciało swobodnie na łóżku i posłuchać ciszy. Poczuć, iż sen to przyjemny i niegroźny stan. Przespać ciągiem choć dwie godziny... I nie jest to złym rodzicielstwem, ani rodzicielstwem dalekim od bliskości. Jest to zdrowym odruchem dbającego o siebie człowieka, który - jeśli potrafi zadbać o siebie, z pewnością potrafi zadbać o ukochane osoby.

5. Wiara, że płacz dziecka jest jego sposobem komunikacji „Troskliwe reagowanie na płacz buduje zaufanie. Maleństwa płaczą, aby coś przekazać, a nie manipulować rodzicem”.
Wiara to jedno, a niekończące się próby zrozumienia tej drogi komunikacji, dodajmy - bez wsparcia ze strony otoczenia - to drugie (partner zmęczony i musi się wyspać, drugie (trzecie) dziecko czuje się odepchnięte i robi karkołomne awantury, no i niech się tylko dziecko rozbeczy w sklepie, to inni zabiją spojrzeniem…) Owszem, możemy testować co chce nam powiedzieć niemowlak, ale po wielu godzinach, dniach czy nawet miesiącach krzyku mechanizm samozachowawczy blokuje nam percepcję. Taka obrona przed zwariowaniem i ogłuchnięciem. Maleństwa są nastawione na 150% brania. Zdarza się, że płaczą nawet gdy ich podstawowe potrzeby są zaspokojone, a udręczony rodzic nie wie dlaczego. Bywa, że wymuszają coś płaczem, chcą być zabawiane, przemieszczane. Zagubiony rodzic, próbuje różnych metod i technik, często niezrozumiale krytykowanych, aby nie paść na pysk.
Czy to nie jest klasyczna manipulacja egoisty? Rodzic to służący, mający spełniać wszelkie żądania Maleństwa. W zamian może dostać wyłącznie piękny uśmiech (który jednak załatwia wszystko NATYCHMIAST).
6. Wystrzeganie się dziecięcych “treserów” „Takie zimne style wychowania kreują dystans między rodzicem i dzieckiem i nie pozwalają matce i ojcu na stanie się ekspertami w odczytywaniu sygnałów dziecka.”
Popatrzmy na fakty. Zimne style wychowania były przez wieki czymś naturalnym. Czy ktoś ma pewność, że tamtejsze dzieci były gorszymi dorosłymi? Co w ogóle znaczy "gorszymi"? Czy istniały defekty długofalowe, które nie pozwoliły na budowanie relacji, zakładanie rodzin? A może tak dzieje się właśnie teraz? Nie ma obiektywnej jedynie słusznej mądrości życiowej. Nie twierdzę, że tzw. zimny chów jest dobry. Stwierdzam jedynie fakt, że istniał przez wieki i naprawdę nie wiemy, jakie z kolei będą konsekwencje wychowywania dzieci według błędnie i szkodliwie pojętego RB.

A co jeśli rodzice nie staną się ekspertami w odczytywaniu sygnałów dziecka? Jeśli wezmą sobie do serca te wszystkie porady, będą stawać na głowie, by wdrożyć te "absolutnie niezbędne narzędzia bliskości" w życie, ale i tak poniosą porażkę w odczytywaniu sygnałów dziecka, bo powodów może być wiele, a dziecko po prostu wyrośnie, zacznie mówić i powie już o co mu chodzi? Czy będą gorszymi rodzicami?


Tu wyżej zacytowane:
7 filarów Rodzicielstwa Bliskości

*******************


EDIT:
Dorzucam mój komentarz do wypowiedzi psychologa Agnieszki Stein z wywiadu: 
"W naszej kulturze jest jakiś sztuczny, wyidealizowany model tego, jak powinno się zachowywać dziecko. Całkowicie fikcyjny, zupełnie niezgodny z rzeczywistością" 
Wywiad dotyczy RB - ekspertka przedstawia sposób w jaki powinniśmy konstruktywnie wychowywać dzieci.
Moim zdaniem takie pojmowanie rodzicielstwa jak przedstawia ekspertka, jest wyidealizowane i oderwane od rzeczywistości. Wywiad ma swoje plusy, ale skupię się na tym, co mi nie pasuje i co nawiązuje do sensu mojego postu - do zbytniego upraszczania tematu przez wszelkiej maści ekspertów.

Zgadzam się z tym, że dzieci NIE zachowują się źle z własnej woli. Że NIE kontrolują swoich zachowań i NIE "terroryzują" nas świadomie. Psycholog tłumaczy, jak interpretować to, że w rodzicielstwie bliskości powinniśmy być otwarci na potrzeby dziecka: psychologiczne poczucie potrzeby to, coś, czego nie da się kupić, potrzeby wynikają ze sfery emocjonalnej, z potrzeby relacji, dokonywania wyborów, autonomii, bycia ważnym dla kogoś. Mądry rodzic otwiera się na potrzeby dziecka. Słucha go, obserwuje, stara się zrozumieć. Jeśli np. dziecko chce wyjść z domu w pidżamie, musimy się zastanowić jaką ono ma potrzebę ("Bo przecież to nie jest potrzeba chodzenia w piżamie!"). To może być potrzeba  zaznaczenia swojego własnego zdania, dokonania samodzielnego wyboru. "Można wtedy zaproponować dziecku, żeby dokonało takiego wyboru w inny sposób.
Tylko, że trochę spieszymy się do pracy i ciężko znaleźć dodatkowe minuty na propozycje, dyskusje i wybory ;)
I dalej:
Jako rodzice negujemy dziecięce emocje (jak dziecko uderzy brata, dużo trudniej jest nam powiedzieć: "Widzę, że jesteś wściekły" zamiast "Nie wolno bić brata, bo to go boli"). 
"W rodzicielstwie bliskości jesteśmy wrażliwi na to, co się dzieje."; "(...) rodzic ciągle patrzy na to, co się dzieje, więc widzi też, czy coś idzie w złym kierunku, a wtedy zatrzymuje się i zastanawia, co można zmienić."; "Mamy wyuczone to, że dziecka nie wolno słuchać. Na przykład w sytuacji, gdy dziecko w trakcie tego, co ja do niego mówię, zaczyna tupać nogami, to przerywam: "Ok., widzę, że naruszyłam twoje granice, nie tędy droga". (...)  ja mówię: "Widzę, że to jest przykre, spróbujmy inaczej".
Dlaczego to jest zbyt uproszczone, wyidealizowane i oderwane od rzeczywistości? 


Co jest niewłaściwego w powiedzeniu "nie bij brata"? Co 2-3 latek zrobi z informacją "widzę, że jesteś wściekły"? Poczuje się zrozumiany i przestanie bić? Czy zrozumie komunikat "przekroczyłem twoje granice"? Czy zrozumie (nawet 5 latek, raczej 2-5 latki tupią i biją rodzeństwo, a takie przykłady zachowań padają w wypowiedziach), tekst: "widzę, że to jest przykre" i cóż tym komunikatem ma to dziecko zrobić? Co ty zrobisz z komunikatem powiedzianym do ciebie po szwedzku? Pewnie zrozumiesz intonację, ale przekazu nie. Dorosły (w tym psycholog A.Stein) chce, żeby dziecko poczuło się rozumiane, dlatego mówi do niego - wiem, jak się czujesz. To ma zaspokoić jego potrzebę bycia zauważonym, zrozumianym. To zrozumiałe. Ale mówi to w sposób w jaki rozmawia z innym dorosłym.
Już widzę taką sytuację: dwulatka wrzeszczy przy kasie, bo ma inny plan na ten moment niż ja (drugie dziecko w tym czasie ma jeszcze inny), wtedy ja staję i koncertując się tylko na dwulatce, bo na dwóch dzieciach naraz się nie da: "widzę, że naruszyłam twoje granice, widzę, że to jest przykre. Powiesz co czujesz?" Albo chce zrobić siku na środku sklepu, a drugie chce natychmiast wyjść, bo oboje chcą zaznaczyć swój wybór. Tu i teraz! Stoję i proponuję, "żeby dokonały takiego wyboru w inny sposób", w rezultacie wracamy na chatę z pustymi siatkami i bólem głowy...


I jeszcze jedno. Może nawet najważniejsze. Jeśli rodzic nieustannie koncentruje się na słuchaniu i odczytywaniu potrzeb dziecka, "zatrzymuje się i zastanawia, co można zmienić", na każdym kroku daje mu czuć, że jest zauważane i ważne, pozwala dokonywać wybory i spokojnie, długo tłumaczy każdą kwestię, a ma dzieci dwójkę, trójkę lub więcej, to raz, że nie wiem kiedy zdoła zrobić coś poza tym (pomiędzy pracą, zakupami, sprzątaniem, praniem, gotowaniem i odrabianiem lekcji), a dwa przypomina to altruizm, ofiarność, poświęcenie i symbolizuje schematyczną "matkę polkę". Gdzie czas i energia na swoje potrzeby, na potrzeby związku, na partnera? Czy propagowanie takiej postawy jest konstruktywne i zdrowe? 
Dla mnie Rodzicielstwo to skupienie na potrzebach, jako informatorach stanu rzeczy - ale nie tylko albo nie przede wszystkim potrzebach dzieci i nieustającej autorefleksji.
Nie potrzebuje metod ani narzędzi. Być może pomagają nie generować złości, zrozumieć poprzez empatię, ale nie pomagają rozwiązywać sytuacji. 



*******************

Jeśli szukasz rozsądnego głosu w kwestii RB, polecam ten blog: http://bycblizej.pl/

a szczególnie ten tekst: "jedną z rzeczy, za które najbardziej lubię rodzicielstwo oparte na bliskości i szacunku jest to, że nie ma w nim gotowców. Nie ma regułek, które trzeba wyklepać przed dzieckiem, nie ma zaklęć, nie ma technik i nie ma narzędzi." 
No i wiadomo RONJA  💙




Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia