Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siła. Pokaż wszystkie posty

Nie musisz wiedzieć. Jak przestać szukać kolejnych map?

 

Nauki Tolle (ale też innych podobnych mu mistrzów) pozwoliły mi odnaleźć to, co poszukiwałam przez całe życie. Ich nauki wydają się być dla mnie czymś w rodzaju wewnętrznego punktu odniesienia: obecność, obserwowanie umysłu, poddanie, mniej walki z rzeczywistością, mniej potrzeby naprawiania (również siebie). 

Jeśli i Ty też już nie masz ochoty na kolejną mapę życia, a bardziej interesuje Cię zobaczenie, kto tę mapę narysował, zacznij kwestionować świat, który pod wpływem innych ludzi uznałeś za oczywisty.

Ten sposób pozwala osiągać stan spokoju wewnętrznego, którego istnienie nie zależy od zewnętrznych czynników. Okazało się, że paradoksalnie, nie potrzeba doskonalenia ani analizy, specjalnych narzędzi, iluś etapów czy poziomów, rozdrapywania przeszłości czy skomplikowanej metodyki.

To, co najskuteczniejsze, jest dostępne, proste i wyciągnięcie ręki.



Zacznij od zobaczenia, że to, co bierzesz za rzeczywistość, jest filtrowane przez umysł.
A kto powiedział Ci, że ten filtr jest prawdą? Kto nauczył Cię, że świat właśnie tak wygląda?
Pytaj skąd w ogóle wzięło się przekonanie, że powinnam się zmieniać?
Kto powiedział, że tak wygląda dobre rodzicielstwo?
Kto powiedział, że problem depresji zawsze znajduje się w jednostce?
Kto powiedział, że człowiek powinien nieustannie nad sobą pracować?
Kto ustala, co jest „normalnym” funkcjonowaniem?
Kto powiedział, że obecny sposób życia jest naturalnym porządkiem rzeczy?

To rozbraja identyfikację z własnym umysłem i identyfikację z rzeczywistością, którą umysł uznał za oczywistą.
A najlepsze jest to, że nie musisz nawet znaleźć odpowiedzi 🙃😋


Dziś bliskie jest mi kilka kierunków, że:

1. przeszłość nie jest mi potrzebna, żeby być tu, gdzie jestem, nie muszę do niej wracać, żeby być tu i teraz. Przeszłość nie jest mi potrzebna, aby dziś się nią martwić. 
Nie oznacza to, że przeszłość nie miała znaczenia, ale to, że nie muszę jej stale używać do wyjaśniania tego, kim jestem teraz. Nie muszę grzebać w historii, żeby uzasadnić swoje obecne doświadczenie.

2. umysł jest jak audycja którą można wyciszyć. Nie chodzi o to, żeby wygrać z myślami, przeanalizować je, przekształcić albo zastąpić pozytywnymi. Można po prostu zauważyć: aha, radio znowu nadaje.
I nie trzeba już dalej słuchać 🤭

3. świadomość nie jest kolejnym obiektem do psychologicznej obróbki (możesz analizować swoje myśli, emocje, schematy, relacje, mechanizmy obronne, historię. Ale kto obserwuje tę analizę?
Jeśli świadomość potraktujesz jako to, w czym pojawia się doświadczenie, to próba „przepracowania świadomości” robi się trochę paradoksalna. Narzędzie próbuje zbadać samo siebie? 🙈

4. nie wszystko, co dzieje się w człowieku, wymaga psychologicznego rozwiązania. Można mieć myśl i jej nie analizować. Można mieć emocję i jej nie interpretować. Można mieć przeszłość i nie budować z niej swojej tożsamości. Można też zauważyć, że umysł coś opowiada i nie wchodzić do środka tej opowieści.


Sądzę, że Tolle dotyka czegoś, co jest aktualnie bardziej potrzebne egzystencjalnie niż kiedykolwiek.


Czytaj więcej >

Tolle i koniec poszukiwań. Kontra dla samorozwoju

 

Wizualizacja, mapa świadomości, terapia "xyz", epigenetyka, neurobiologia, medytacja, praca z przyszłym „ja”, kwantowe pole. Posługiwanie się językiem nauki lub rozbudowany system interpretowania ludzkiego doświadczenia.
To dobrze działa w środowisku, które chce połączyć duchowość z psychologią i nauką, jest łatwe do opakowania w prestiż i pokazania jako kolejna rzecz, której możesz spróbować.
Tam często dostajesz mapę i instrukcję obsługi siebie.

A Tolle mówi: przestań szukać.



To jest niewygodna nauka dla człowieka, który całe życie lubił rozumieć, analizować, szukać i coś ze sobą robić (a czasem rozwój osobisty zamienił w życiowy projekt).
Dispenza, Maté, Lipton, Porges czy Hawkins dają coś, czego Tolle właściwie nie daje.
Oni dodają, Tolle zabiera. U niego jest dużo:
zauważ
przestań identyfikować się z myślą
bądź obecny
zaakceptuj to, co jest
I właściwie koniec  😊

A współczesny rynek rozwoju uwielbia narzędzia i systemy. U Tolle nie dostajesz rozbudowanego systemu, poziomów, procedur, mapy rozwoju ani obietnicy, że jeśli wykonasz określone działania, osiągniesz określony stan.
Nie można powiedzieć: „Mam metodę Tolle "Y", którą możesz zastosować, żeby osiągnąć X”, bo jego podstawowy komunikat jest znacznie mniej spektakularny: zauważ, że jesteś obecny.
Trudno z tego zrobić pięciostopniowy program transformacji  🙃

Mechanizm, na którym opiera się rynek rozwoju osobistego ma schemat, w którym rozwój jest kolejnym projektem do wykonania.
Masz problem → poznaj jego przyczynę → zastosuj metodę → wykonuj praktyki → zmień siebie → osiągnij określony stan.

Tolle robi coś odwrotnego:

Masz problem → zauważ, co się właśnie dzieje → przestań z tym walczyć → bądź obecny.

Nie ma: „7 kroków do wyjścia z ego”
Nie ma: „30 dni do podniesienia poziomu świadomości”
Nie ma: „Medytuj codziennie i uwalniaj przez 20 minut, a za 6 tygodni osiągniesz przemianę”

Wtedy znowu EGO dostałoby projekt: mam stać się bardziej świadomy, a tu nie bardzo wiadomo, co dalej zrobić :)

I to jest paradoks Tolle - trudno zbudować na nim klasyczny biznes rozwojowy.
Jest mniej atrakcyjny jako „produkt”, bo jego nauka odbiera potrzebę ciągłego poszukiwania kolejnych produktów.


Idee Tolle są dziś mocno „wchłonięte” przez język rozwoju osobistego, że wiele rzeczy, które brzmią jak współczesna psychologia czy duchowość, ma bardzo podobny rdzeń: obserwowanie myśli, dystans wobec ego, obecność, nieutożsamianie się z narracją umysłu, akceptacja tego, co jest.
Jednocześnie idee obecności, obserwowania umysłu czy nieutożsamiania się z myślami są dużo starsze niż Tolle i mają korzenie m.in. w tradycjach buddyjskich i innych nurtach kontemplacyjnych (do czego on sam nawiązuje).

Czy więc dzisiejszy rozwój duchowy nie jest czasem próbą ubrania prostych, starych doświadczeń w coraz bardziej atrakcyjne systemy, język nauki i nowe metody?

Tolle właściwie rozbraja cały ten mechanizm, na którym opiera się rynek rozwoju osobistego.
Dlatego tak mocno mi siadł. Nie dlatego, że dał mi więcej.
Tylko dlatego, że jako jeden z niewielu mówi:

może już wystarczy.


Czytaj więcej >

#4 Ego nie jest wrogiem


(Cykl DROGA DO DOMU jest inspirowany naukami Eckharta Tolle'a i moją próbą przełożenia ich na język współczesnego człowieka, biologii i codziennego życia)**

Droga do domu #4
RACJA I CISZA
EGO nie jest wrogiem.


Przez wiele lat myślałam, że EGO jest fundamentem. Przez kolejne lata, że jest czymś, czego trzeba się pozbyć - pokonać, uciszyć.

Im więcej słuchałam Eckharta Tolle'a, tym bardziej rozumiałam, że obie drogi to walka. A walka z EGO bardzo szybko staje się kolejnym przejawem ego.

Dziś myślę, że ego nie jest naszym wrogiem. Ono próbowało nas chronić. Budowało obraz nas samych. Pomagało przynależeć, unikać odrzucenia. Zdobywać uznanie. I przetrwać.

Ego bywa utożsamiane z odpowiedzialnością, pracowitością, profesjonalizmem czy ambicją. Ale to nie są cechy EGO, one mogą wynikać z ego, ale mogą też wynikać z wartości, pasji czy poczucia sensu.
EGO chce zbudować swoją tożsamość na odpowiedzialności, która sama w sobie nie jest problemem.

Problem zaczyna się wtedy, gdy bez niej nie wiemy już, kim jesteśmy.



Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zapominamy, że to tylko jedna z części naszego doświadczenia. I zaczynamy wierzyć, że to właśnie jesteśmy my.

Tolle pisze, że EGO bardzo rzadko potrafi po prostu być. Dla niego chwila obecna jest najczęściej:
środkiem do celu, przeszkodą, albo wrogiem. Nigdy miejscem, w którym można odpocząć.

Zauważ, jak często EGO mówi:

Powinni mnie bardziej docenić
Muszę udowodnić, że mam rację
Dlaczego mnie nie zauważyli?
Ona ma więcej
Jestem lepsza / gorsza

To wszystko brzmi bardzo różnie, ale wszystkie te zdania mają wspólny mianownik. Nieustannie budują historię o człowieku.

Im dłużej obserwuję ludzi tym bardziej widzę, że EGO nie zawsze objawia się pychą. Czasami objawia się perfekcjonizmem, nadmierną odpowiedzialnością, potrzebą bycia niezastąpionym, nieustannym pomaganiem. Czasami byciem "tym silnym".
Bo EGO nie chce tylko być wyjątkowe. Ono chce być kimś. Kimkolwiek.
Nawet jeśli miałoby być najbardziej zmęczonym człowiekiem w pokoju.

Jest jeszcze coś - EGO bardzo boi się ciszy.
Bo w ciszy nie ma z kim się porównywać. Nie ma czego udowadniać. Nie ma kolejnej historii do opowiedzenia.

W ciszy zostaje tylko obecność.
I właśnie dlatego wielu ludzi robi wszystko, żeby jej nie doświadczać.
Telefon, podcast, serial, tik-tok, praca, rozmowa. Cokolwiek. Byle nie cisza.

Paradoks polega na tym, że ciało mówi zupełnie innym językiem. Nie interesuje go status. Nie interesuje go uznanie. Nie interesuje go racja.
Kiedy jest zmęczone... po prostu chce odpocząć.
Kiedy jest przeciążone... prosi o zwolnienie.
Nie dlatego, że jest leniwe - dlatego, że jest żywe.

Nie chodzi o to, żeby pozbyć się EGO. Nie da się. Chodzi o to, żeby je rozpoznać.
Zauważyć moment, w którym zaczyna prowadzić nasze życie. Bo wszystko, czego nie jesteśmy świadomi, bardzo łatwo zaczyna nami rządzić.


Na dziś zostawiam Ci kilka pytań.
Niech będą zaproszeniem do obserwacji, aby móc siebie trochę lepiej zobaczyć.

W jakich sytuacjach najbardziej potrzebujesz mieć rację?
Co najbardziej zabolałoby Twoje ego: krytyka, brak uznania czy bycie niezauważonym?
Jak często robisz coś dlatego, że to naprawdę ma dla Ciebie sens, a jak często dlatego, że buduje obraz Ciebie?
Kiedy ostatnio pobyłaś w ciszy bez potrzeby wypełniania jej czymkolwiek?

----------------------------------------------------


** DROGA DO DOMU to cykl OffMatki, inspirowany naukami E.Tolle. 

Moim celem nie jest tłumaczenie i interpretacja filozofii Tolle'a.
Tolle głosi - „obserwuj umysł”, „bądź obecny”.

Sama często, nawet przez kilkanaście minut, prowadzę w głowie kłótnię, która nigdy się nie wydarzyła.
Moja obecność jest wyraźna, gdy czekam na wynik badań dziecka, jadę na rowerze albo piję kawę w ciszy.

Dlatego próbuję przetłumaczyć jego nauki na język współczesnego człowieka, tworząc pomost między jego filozofią, biologią, psychiką i codziennym życiem. Cykl siedmiu wpisów łączy dwa nurty, które rozwijam w sobie od lat: fascynację biologią, układem nerwowym i kryzysem, oraz duchowość bez religii, opartą na obecności i obserwacji. 

Bo obecność ma swoje odbicie w układzie nerwowym, dialog wewnętrzny ma konsekwencje biologiczne, a ego można rozumieć również przez pryzmat mechanizmów przetrwania.

"Dom nie jest miejscem, do którego trzeba dojść.
To miejsce, z którego człowiek nigdy naprawdę nie odszedł.
Po prostu na chwilę uwierzył własnym myślom"


Seria powstała po wysłuchaniu wykładów na oficjalnym profilu autora, oraz przeczytaniu jego książek (Potęga teraźniejszości, Praktykowanie potęgi teraźniejszości, Nowa ziemia, Mowa ciszy)



Czytaj więcej >

#3 Obserwator

 

(Cykl DROGA DO DOMU jest inspirowany naukami Eckharta Tolle'a i moją próbą przełożenia ich na język współczesnego człowieka, biologii i codziennego życia)**

 Droga do domu #3 
DOŚWIADCZENIE LUSTRA.
Obserwator.

Obserwacja zamiast walki. Czy to w ogóle jest możliwe?
Przez większość życia uczono mnie jednego - jeśli coś jest nie tak... trzeba to zmienić.

Jeśli pojawia się lęk... trzeba go pokonać.
Jeśli pojawia się złość... trzeba ją opanować.
Jeśli pojawiają się trudne myśli... trzeba je zastąpić lepszymi. Walczyć, kontrolować, naprawiać.




Dopiero Eckhart Tolle pokazał mi zupełnie inną możliwość.
A co, jeśli nie trzeba walczyć?

Najbardziej poruszyła mnie myśl, że walka z własnym umysłem bardzo szybko staje się... kolejną aktywnością umysłu. "Nie powinnam tak myśleć", "muszę się uspokoić", "dlaczego znowu to robię?"
To nadal są myśli, tylko przebrane za próbę ich zatrzymania.

Tolle używa pięknej metafory lustra. Lustro niczego nie poprawia. Nie wybiera, nie ocenia. Po prostu odbija to, co się przed nim pojawia.
Czyż nie właśnie na tym polega uważność?
Nie na zatrzymaniu myśli, ale na przestaniu utożsamiania się z każdą z nich. 

Ale obserwacja nie dotyczy tylko umysłu, dotyczy również ciała. To właśnie ono często zauważa wszystko wcześniej niż myśli.
Zanim pojawią się w głowie słowa: "boję się" możesz poczuć zaciśnięty żołądek.
Zanim pomyślisz: "jestem wściekła" już zaciska się szczęka.
Zanim nazwiesz smutek... cięższy staje się oddech. Ciało nie komentuje, ono informuje.

Mam wrażenie, że prawdziwa obserwacja zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba natychmiastowego wyjaśniania wszystkiego.

Nie dlaczego tak się czuję ale co właśnie czuję?
Nie jak się tego pozbyć ale jak to jest teraz odczuwane w moim ciele?
Czy dostrzegasz jak ogromna jest tu różnica?

Kiedy patrzysz na zachód słońca, przez krótką chwilę po prostu go widzisz. Dopiero po sekundzie pojawia się myśl: "ale piękny zachód słońca". Pierwsze było doświadczeniem, drugie jest już komentarzem do doświadczenia.
Całe nasze życie wygląda bardzo podobnie. Najpierw jest chwila. Potem umysł zaczyna o niej opowiadać. A my bardziej wierzymy opowieści niż temu, czego naprawdę doświadczamy.


Na dziś zostawiam Ci kilka pytań.
Niech będą zaproszeniem do obserwacji, aby móc siebie trochę lepiej zobaczyć.

Przez jeden dzień niczego w sobie nie zmieniaj. Nie próbuj być spokojniejszy. Nie próbuj myśleć pozytywnie, nie próbuj się naprawiać.
Po prostu obserwuj. Z ciekawością. Zobacz:

Jak często pojawia się słowo "muszę"?
Jak często mówisz do siebie "Ty"?
Jak często oceniasz siebie, zanim wydarzy się cokolwiek złego?
Gdzie w ciele najczęściej pojawia się napięcie?
Jak zmienia się Twój oddech, kiedy ktoś Cię skrytykuje?
Co dzieje się z Twoimi barkami, kiedy się spieszysz?

Co częściej obserwujesz: rzeczywistość czy swoje komentarze na jej temat?
Kiedy ostatnio naprawdę poczułaś swoje ciało, zanim próbowałeś zrozumieć swoje emocje?
Czy potrafisz przez minutę niczego w sobie nie poprawiać?
Jak wyglądałoby Twoje życie, gdybyś na chwilę zamienił analizę na obserwację?

Nie poprawiaj. Nie analizuj. Nie oceniaj. Po prostu patrz.
Pierwszym krokiem do wolności nie jest zmiana.
Pierwszym krokiem jest zauważenie.

Chciałabym dodać jeszcze coś, czego mi brakuje w wielu rozmowach o uważności.
Obserwacja nie jest biernością. To nie jest udawanie, że nic się nie dzieje. To stworzenie przestrzeni między bodźcem a reakcją. Między myślą a uwierzeniem jej. Między napięciem w ciele a automatycznym działaniem.
I właśnie w tej przestrzeni zaczyna się Twoja osobista wolność. Bo, co potrafisz obserwować, przestaje Tobą rządzić.
Nie znika, ale przestajesz być z nim całkowicie utożsamiony. To bardzo spójnie łączy nauki Tolle'a z moim sposobem myślenia o układzie nerwowym i świadomym życiu.


----------------------------------------------------

**DROGA DO DOMU to cykl OffMatki, inspirowany naukami E.Tolle. 

Moim celem nie jest tłumaczenie i interpretacja filozofii Tolle'a.
Tolle głosi - „obserwuj umysł”, „bądź obecny”.

Sama często, nawet przez kilkanaście minut, prowadzę w głowie kłótnię, która nigdy się nie wydarzyła.
Moja obecność jest wyraźna, gdy czekam na wynik badań dziecka, jadę na rowerze albo piję kawę w ciszy.

Dlatego próbuję przetłumaczyć jego nauki na język współczesnego człowieka, tworząc pomost między jego filozofią, biologią, psychiką i codziennym życiem. Cykl siedmiu wpisów łączy dwa nurty, które rozwijam w sobie od lat: fascynację biologią, układem nerwowym i kryzysem, oraz duchowość bez religii, opartą na obecności i obserwacji. 

Bo obecność ma swoje odbicie w układzie nerwowym, dialog wewnętrzny ma konsekwencje biologiczne, a ego można rozumieć również przez pryzmat mechanizmów przetrwania.

"Dom nie jest miejscem, do którego trzeba dojść.
To miejsce, z którego człowiek nigdy naprawdę nie odszedł.
Po prostu na chwilę uwierzył własnym myślom"


Seria powstała po wysłuchaniu wykładów na oficjalnym profilu autora, oraz przeczytaniu jego książek (Potęga teraźniejszości, Praktykowanie potęgi teraźniejszości, Nowa ziemia, Mowa ciszy)



Czytaj więcej >

#2 Głos, który nie jest Tobą

 (Cykl DROGA DO DOMU jest inspirowany naukami Eckharta Tolle'a i moją próbą przełożenia ich na język współczesnego człowieka, biologii i codziennego życia)**

 Droga do domu #2 
ZAPRASZANIE MYŚLI.
Głos, który nie jest Tobą.


Przez prawie trzydzieści lat próbowałam pracować nad swoimi myślami.
Zmieniać je. Kontrolować, analizować, rozumieć. Zastępować lepszymi.
Czytałam książki. Kończyłam szkoły, chodziłam na szkolenia. Poznawałam kolejne teorie i metody.
Szukając sposobu na uspokojenie umysłu... karmiłam go kolejnymi myślami.



Dzisiaj wydaje mi się to trochę zabawne.
Próbowałam ugasić pożar... dodając drewna. Większość z nas robi dokładnie to samo.
Mamy trudną myśl. Więc szukamy następnej, która ją naprawi.
Potem kolejnej.
I jeszcze jednej. Jakby odpowiedzią na hałas miało być więcej hałasu.

Przez lata wydawało mi się, że jeśli nauczę się właściwie myśleć, będę spokojna.
Dzisiaj już tak nie myślę. Zrozumiałam coś bardzo prostego.
Myśl pojawia się sama. Nie prosisz jej o przyjście, nie planujesz jej. Nie wybierasz.

Po prostu nagle jest - tak jak pojawia się dźwięk za oknem albo chmura na niebie.

Kiedy to sobie uświadomiłam, pojawiło się pytanie, które zmieniło moje patrzenie na umysł.
Jeśli nie wybieram większości swoich myśli... to dlaczego wierzę, że każda z nich mówi prawdę?

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam od Eckharta Tolle'a: "Twoje myśli to nie Ty" poczułam jednocześnie ulgę i opór. Ulgę, bo nagle nie musiałam już wygrywać każdej dyskusji z własnym umysłem. Opór, bo jeśli nie jestem swoimi myślami... to kim właściwie jestem?

To był moment, w którym przestałam próbować kontrolować każdą myśl. Zaczęłam je obserwować.
Nie dlatego, że wszystkie są bez znaczenia i nie dlatego, że nie warto myśleć.
Dlatego, że nie każda myśl zasługuje na moją uwagę.

Dzisiaj, kiedy pojawia się w mojej głowie: "nie dałaś rady", "powinnaś bardziej się postarać" czy wypominanie "braków" nie pytam już jak to zmienić.
Pytam: "czy naprawdę chcę zaprosić tę myśl na dłużej?" Bo nie każda myśl, która puka do drzwi, musi zostać.

To jest różnica między klasyczną psychologią poznawczą a tym, o czym mówi Tolle.
Psychologia pyta: Jak zmienić treść myśli?
Tolle pyta: Kto jest świadomy, że ta myśl właśnie się pojawiła?

Być może przez lata zadawaliśmy niewłaściwe pytanie. Nie "jak zmienić swoje myśli?", ale "dlaczego tak bardzo wierzę, że każda z nich mówi prawdę?"


Na dziś zostawiam Ci kilka pytań.
Niech będą zaproszeniem do obserwacji, aby móc siebie trochę lepiej zobaczyć.

Jakie zdanie najczęściej powtarza Twój umysł?
Czy pamiętasz moment, kiedy uwierzyłaś myśli tylko dlatego, że była głośna?
Ile energii poświęcasz na zmianę swoich myśli, a ile na ich spokojne zauważenie?
Co by się zmieniło, gdybyś potraktowała swoje myśli jak gości, a nie jak domowników?

----------------------------------------------------


** DROGA DO DOMU to cykl OffMatki, inspirowany naukami E.Tolle. 

Moim celem nie jest tłumaczenie i interpretacja filozofii Tolle'a.
Tolle głosi - „obserwuj umysł”, „bądź obecny”.

Sama często, nawet przez kilkanaście minut, prowadzę w głowie kłótnię, która nigdy się nie wydarzyła.
Moja obecność jest wyraźna, gdy czekam na wynik badań dziecka, jadę na rowerze albo piję kawę w ciszy.

Dlatego próbuję przetłumaczyć jego nauki na język współczesnego człowieka, tworząc pomost między jego filozofią, biologią, psychiką i codziennym życiem. Cykl siedmiu wpisów łączy dwa nurty, które rozwijam w sobie od lat: fascynację biologią, układem nerwowym i kryzysem, oraz duchowość bez religii, opartą na obecności i obserwacji. 

Bo obecność ma swoje odbicie w układzie nerwowym, dialog wewnętrzny ma konsekwencje biologiczne, a ego można rozumieć również przez pryzmat mechanizmów przetrwania.

"Dom nie jest miejscem, do którego trzeba dojść.
To miejsce, z którego człowiek nigdy naprawdę nie odszedł.
Po prostu na chwilę uwierzył własnym myślom"


Seria powstała po wysłuchaniu wykładów na oficjalnym profilu autora, oraz przeczytaniu jego książek (Potęga teraźniejszości, Praktykowanie potęgi teraźniejszości, Nowa ziemia, Mowa ciszy)



Czytaj więcej >

#1 Dom z którego ciągle uciekamy

 

(Cykl DROGA DO DOMU jest inspirowany naukami Eckharta Tolle'a i moją próbą przełożenia ich na język współczesnego człowieka, biologii i codziennego życia)**

Droga do domu #1.
ĆWICZĄC ŻYCIE
Dom z którego ciągle uciekamy.

Całe życie jesteśmy w drodze.
Rzadko pytamy… Dokąd właściwie idziemy?
Eckhart Tolle używa pięknej metafory, mówi, że człowiek przez większość życia szuka domu.
Tylko że my bardzo często mylimy dom z miejscem.  
Szukamy go w przeszłości, w przyszłości, osiągnięciach, relacjach, rozwoju.
Tak trudno nam po prostu w nim być.




Od dziecka uczymy się, że szczęście znajduje się gdzieś przed nami. Kiedy: skończę szkołę, znajdę miłość, kupię mieszkanie, dzieci podrosną, zmienię pracę, wreszcie odpocznę, schudnę, bardziej się rozwinę. Kiedy stanę się lepszą wersją siebie.

Myślimy, że domem będzie związek, nowa praca, większe mieszkanie, dom na wsi, idealne ciało, brak zmarszczek, kolejny kurs, więcej pieniędzy, spokojniejsze dzieci.
A kiedy już to osiągamy… na chwilę robi się cicho.
I zaraz pojawia się następne "jeszcze". Jeszcze coś trzeba poprawić. Jeszcze coś osiągnąć. Jeszcze trochę.

Jeszcze tylko skończę ten projekt.
Jeszcze tylko dzieci dorosną.
Jeszcze tylko chwila i wakacje, albo tylko wakacje i poszukam pracy.
Jeszcze tylko schudnę…. jeszcze tylko tydzień i rozpocznę dietę.
Jeszcze tylko uporządkuję swoje życie.
A potem… zacznę żyć. Czy naprawdę? Czy może za tym "jeszcze tylko" czeka następne "jeszcze tylko"?

Współczesny człowiek nie cierpi dlatego, że ma za mało, tylko dlatego, że nigdy nie pozwala sobie poczuć, że już jest w domu.
Bo umysł żyje przeszłością i przyszłością. To jego naturalna właściwość. Porównywanie, zamartwianie się i rozgrzebywanie, analiza i plan.

Ciągle szuka kolejnego celu, kolejnego problemu, kolejnego powodu, żeby nie zatrzymać się tutaj.

Z perspektywy biologii ma to sens. Organizm, który przestał wypatrywać zagrożeń, miał mniejsze szanse przetrwać. Ale z perspektywy życia… to wyczerpująca rola i ogromny koszt.


Najbardziej poruszyła mnie jedna myśl Tolle'a - dom nie jest miejscem, do którego trzeba dojść. Dom jest stanem, w którym przestajesz na chwilę uciekać od tego, co właśnie jest.
Nie oznacza to rezygnacji z marzeń. Nie oznacza bierności, ani, że niczego nie zmieniasz.
Oznacza tylko tyle... że przestajesz odkładać życie na moment, w którym wszystko będzie idealne.

Kiedyś myślałam, że obecność polega na tym, żeby nauczyć się zatrzymywać.
Dziś wiem, że obecność zaczyna się wtedy, kiedy przestajesz ciągle wychodzić z własnego życia.

Kiedy pijesz kawę... i naprawdę pijesz kawę.
Kiedy rozmawiasz z dzieckiem... i naprawdę go słyszysz.
Kiedy siedzisz na trawie... i przez chwilę niczego od tej chwili nie oczekujesz.

Może właśnie dlatego tak wielu z nas czuje spokój w lesie, nad morzem czy w górach.
Nie dlatego, że natura rozwiązuje nasze problemy. Tylko dlatego, że na moment przestajemy z niej uciekać. "Ćwiczysz po prostu życie" - jak mówi Tolle.

Jest jedna rzecz, którą chcę od siebie dopowiedzieć. Czasem nie potrafimy "być", nie dlatego, że jesteśmy zbyt przywiązani do EGO czy przyszłości.
Czasem nie potrafimy być obecni, bo nasz układ nerwowy od miesięcy (albo lat) żyje w stanie alarmowym. I wtedy nie potrzeba więcej duchowości.
Nie potrzeba bardziej się starać. Czasem potrzeba najpierw odzyskać poczucie bezpieczeństwa w ciele. Złapać balans i zatrzymać ciszę.
dom to nie tylko miejsce świadomości.
To także organizm, który przestaje czuć, że musi bez przerwy uciekać.
A świadomość i ciało potrzebują wracać do domu razem.


Na dziś zostawiam Ci kilka pytań.
Niech będą zaproszeniem do obserwacji, aby móc siebie trochę lepiej zobaczyć.

Gdzie najczęściej szukasz swojego "domu"?
Co od lat odkładasz na moment "kiedy już..."?
Czy pamiętasz ostatnią chwilę, w której niczego nie próbowałaś poprawić?
Jak często Twoje życie zaczyna się... dopiero w przyszłości?
A może domem, którego szukasz od lat, nie jest żadne miejsce?
Może jest nim chwila, w której po raz pierwszy naprawdę jesteś tam, gdzie właśnie jesteś?


----------------------------------------------------



** DROGA DO DOMU to cykl OffMatki, inspirowany naukami E.Tolle. 

Moim celem nie jest tłumaczenie i interpretacja filozofii Tolle'a.
Tolle głosi - „obserwuj umysł”, „bądź obecny”.

Sama często, nawet przez kilkanaście minut, prowadzę w głowie kłótnię, która nigdy się nie wydarzyła.
Moja obecność jest wyraźna, gdy czekam na wynik badań dziecka, jadę na rowerze albo piję kawę w ciszy.

Dlatego próbuję przetłumaczyć jego nauki na język współczesnego człowieka, tworząc pomost między jego filozofią, biologią, psychiką i codziennym życiem. Cykl siedmiu wpisów łączy dwa nurty, które rozwijam w sobie od lat: fascynację biologią, układem nerwowym i kryzysem, oraz duchowość bez religii, opartą na obecności i obserwacji. 

Bo obecność ma swoje odbicie w układzie nerwowym, dialog wewnętrzny ma konsekwencje biologiczne, a ego można rozumieć również przez pryzmat mechanizmów przetrwania.

"Dom nie jest miejscem, do którego trzeba dojść.
To miejsce, z którego człowiek nigdy naprawdę nie odszedł.
Po prostu na chwilę uwierzył własnym myślom"


Seria powstała po wysłuchaniu wykładów na oficjalnym profilu autora, oraz przeczytaniu jego książek (Potęga teraźniejszości, Praktykowanie potęgi teraźniejszości, Nowa ziemia, Mowa ciszy)



Czytaj więcej >

#0 Nie wierz we wszystko, co mówi Twój umysł


(Cykl DROGA DO DOMU jest inspirowany naukami Eckharta Tolle'a i moją próbą przełożenia ich na język współczesnego człowieka, biologii i codziennego życia)**

Droga do domu #0  
TO TYLKO MYŚL
Nie wierz we wszystko, co mówi Twój umysł.

Kim jest ten głos?
Dlaczego nie jest Tobą?

Ilu z nas jest dręczonych przez niekończące się monologi w głowie?
Nie przez szefa, partnera czy rodziców. Przez siebie.




Wyobraź sobie, że ktoś przez cały dzień chodzi za Tobą i mówi:
jesteś do niczego, znowu popełniłeś błąd, inni potrafią a Ty nie, weź się w garść. 
Krytykuje, popędza, naciska, ocenia, ma pretensje.

Gdyby ktoś bliski robił Ci to cały czas, jaką miałbyś z nim na co dzień relację?
Czy chciałabyś przebywać z takim człowiekiem? Jak długo byś z nim wytrzymał?

A jednak większość z nas właśnie w taki sposób rozmawia sama ze sobą. I uznaje to za coś całkowicie normalnego.


Eckhart Tolle zadaje pytanie - kto właściwie do Ciebie mówi?
Kiedy w głowie pojawia się głos:  "jesteś beznadziejna" - kto to wypowiada? I do kogo?

Jak to możliwe, że jedna część umysłu ocenia drugą?
To tak, jakbyśmy rozszczepiali się na prokuratora, sędziego i oskarżonego.
A my przez lata wierzymy, że ten głos mówi prawdę i że nie możemy tego zmienić.
Że skoro pojawiła się myśl, musi być prawdziwa.
A przecież… to tylko myśl. Nie fakt. Nie rzeczywistość.

Umysł nie jest narratorem obiektywnym, jest narratorem bezwzględnym, którego karmi i rozwija nasza uwaga.


Z perspektywy biologii ma to ogromny sens. Umysł nie powstał po to, żeby nas uszczęśliwiać. Powstał po to, żeby przewidywać zagrożenia, dlatego łatwiej zauważa błędy niż sukcesy.

Łatwiej porównuje niż docenia i zachwyca się chwilą. Łatwiej tworzy katastrofy niż spokój.
Właśnie tak działa - nieidealny ludzki umysł, którego przez wieki próbujemy okiełznać i zmienić, a może wystarczy przestać traktować go tak poważnie?

Bo najtrudniej jest nam wtedy, gdy wierzymy, że każde jego słowo jest prawdą.

To, co najbardziej zabrałam z nauk Tolle, jest zaskakująco proste. Nie trzeba walczyć z własnym umysłem. |Nie trzeba go uciszać. Nie trzeba udowadniać mu, że się myli. Można zacząć od czegoś znacznie prostszego.
Zauważyć. 

"O... właśnie pojawiła się kolejna myśl" - i nie robić z nią nic więcej. Bo może największą wolnością nie jest pozbycie się myśli ale przestać wierzyć we wszystkie.

I nauczyć się być dla siebie takim człowiekiem, z którym warto iść przez życie. Wtedy każda droga staje się drogą do domu, nawet wtedy, kiedy jest trudno. 


Na dziś zostawiam Ci kilka pytań.
Niech będą zaproszeniem do obserwacji, aby móc siebie trochę lepiej zobaczyć.

Gdyby głos, który słyszysz w swojej głowie, należał do kogoś obcego… czy chciałabyś spędzić z nim choć jeden dzień?
A jeśli odpowiedź brzmi "nie"… to może warto zacząć słuchać go trochę mniej?
Jak najczęściej zwracasz się do siebie? Mówisz "ja", a może częściej "ty"?
Jakie zdanie Twój umysł powtarza najczęściej?
Czy potrafisz zauważyć moment, w którym pojawia się myśl... zanim uwierzysz, że jest prawdą?


---------------------------------------------

** DROGA DO DOMU to cykl OffMatki, inspirowany naukami E.Tolle. 

Moim celem nie jest tłumaczenie i interpretacja filozofii Tolle'a.
Tolle głosi - „obserwuj umysł”, „bądź obecny”.

Sama często, nawet przez kilkanaście minut, prowadzę w głowie kłótnię, która nigdy się nie wydarzyła.
Moja obecność jest wyraźna, gdy czekam na wynik badań dziecka, jadę na rowerze albo piję kawę w ciszy.

Dlatego próbuję przetłumaczyć jego nauki na język współczesnego człowieka, tworząc pomost między jego filozofią, biologią, psychiką i codziennym życiem. Cykl siedmiu wpisów łączy dwa nurty, które rozwijam w sobie od lat: fascynację biologią, układem nerwowym i kryzysem, oraz duchowość bez religii, opartą na obecności i obserwacji. 

Bo obecność ma swoje odbicie w układzie nerwowym, dialog wewnętrzny ma konsekwencje biologiczne, a ego można rozumieć również przez pryzmat mechanizmów przetrwania.

"Dom nie jest miejscem, do którego trzeba dojść.
To miejsce, z którego człowiek nigdy naprawdę nie odszedł.
Po prostu na chwilę uwierzył własnym myślom"


Seria powstała po wysłuchaniu wykładów na oficjalnym profilu autora, oraz przeczytaniu jego książek (Potęga teraźniejszości, Praktykowanie potęgi teraźniejszości, Nowa ziemia, Mowa ciszy)



Czytaj więcej >

Presja. Najcichszy wróg

 

Myślałam, że moim problemem jest hiperemocjonalność, nadwrażliwość, brak odporności.
Przez długie lata czułam, że za bardzo się przejmuję.
Twarda skóra, wielozadaniowość, świetna organizacja, a wewnątrz buzujący pod ciśnieniem wulkan, nad którym próbowałam mieć kontrolę. Presja przez lata była dla mnie czymś „normalnym”, czymś, co trzeba znosić. 

Dziś widzę to inaczej. Presja była moim najcichszym wrogiem.
Nie ta oczywista - z zewnątrz. Tylko ta, która działa po cichu.
Ta w środku.

Bo presja nie krzyczy. Presja szepcze.





Czym jest wewnętrzna presja?

Najczęściej wygląda jak myśl: powinnam, muszę, jeszcze trochę, inni dają radę, zrobię to i tamto, załatwię, ogarnę, wykonam, dokonam. Presja to nie zawsze nacisk z zewnątrz, całkiem często to Twój własny głos, który nie pozwala się zatrzymać. To jest napięcie, które nie pozwala się zatrzymać. To wewnętrzny przymus, żeby działać mimo zmęczenia. 

Z czasem zaczęłam dostrzegać, że presja ma różne twarze.

1. Presja produktywności, że trzeba robić więcej, lepiej, szybciej, być "pożytecznym"

2. Presja bycia „ogarniętą”, że powinnam radzić sobie ze wszystkim i dam radę to zrobić

3. Presja emocjonalna, że powinnam być spokojna, cierpliwa, świadoma, w gotowości 

4. Presja rozwoju, że zawsze można coś jeszcze poprawić, zrobić więcej 

5. Presja bycia dobrą matką / partnerką / człowiekiem, czyli taka, której nigdy nie da się spełnić do końca, bo okoliczności, potrzeby i zasoby nieustannie się zmieniają.


Dlaczego presja jest tak podstępna? Bo bywa mylona z motywacją. Bo wygląda jak odpowiedzialność.
Jak ambicja i jak „ogarnianie życia”.

A w rzeczywistości jest przeciążeniem. Bo odcina od sygnałów z ciała, sprawia, że ignorujemy zmęczenie.
Że przekraczamy granice, których nawet nie zauważamy.
I robimy to… z poczuciem, że „tak trzeba”.


Presja od strony biologii

Dziś wiem, że presja to nie tylko kwestia myślenia. To stan organizmu. Ciało w presji jest napięte, oddycha płycej, działa szybciej niż powinno, nie regeneruje się. Układ nerwowy działa w trybie mobilizacji. Ciągłe „działaj”, „rób”, „nie zatrzymuj się”. Problem w tym, że ten tryb nie jest stworzony do życia. Jest stworzony do przetrwania.
I jeśli trwa za długo - zaczynamy się rozsypywać!


Kiedy presja pojawia się najmocniej?

Z moich doświadczeń, kiedy:

- jestem zmęczona
- tracę poczucie kontroli
- czuję się niewystarczająca
- porównuję się do innych
- próbuję „ogarnąć wszystko”

Czyli dokładnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebuję odpuszczenia.


Jak ją rozpoznaję dziś?

Odbieram sygnały. Nie że powinnam zrobić więcej. Tylko że już zrobiłam za dużo.
Nie po myślach - po ciele. Czyli: napięcie w barkach, przyspieszony oddech, brak cierpliwości, wewnętrzny pośpiech, trudność z zatrzymaniem się, nie „pozwalaniem sobie”.

To są dla mnie sygnały, że weszłam w presję. I ja nauczyłam się ją odpuszczać, ale pod jednym warunkiem... że sobie na to pozwolę 🙃 
Proste i trudne jednocześnie, prawda? 


Sprawdź czy jesteś w presji? 🧠 ZROB TEST 🧠

Nie analizuj. Odpowiedz intuicyjnie: tak / nie

1. Masz poczucie, że ciągle jest coś do zrobienia (nawet kiedy teoretycznie możesz odpocząć)

2. Trudno Ci się zatrzymać bez poczucia winy

3. Robisz rzeczy „bo trzeba”, nawet kiedy jesteś zmęczona/y

4. Czujesz wewnętrzny pośpiech, nawet gdy nikt Cię nie pogania

5. Twoje ciało jest napięte, a oddech płytki

6. Masz wrażenie, że ciągle jesteś „w tyle”

7. Odpoczynek traktujesz jak przerwę między zadaniami, a nie coś równie ważnego jak działanie

8. Porównujesz się do innych i czujesz, że robisz za mało

9. Masz trudność z powiedzeniem „to nie jest teraz konieczne”

10. Często ignorujesz sygnały zmęczenia z ciała

🔹 Wynik:

0-2 „tak”
raczej jesteś w kontakcie ze sobą

3-6 „tak”
-jesteś w lekkiej presji (organizm jeszcze kompensuje)

7-10 „tak”
 jesteś w trybie presji / przeciążenia, to nie jest moment na „więcej”, tylko na mniej...



Co mi pomaga?

Kiedy pozwalam sobie odpuścić. To bywa cholernie trudne, ale jest tak uwalniające… 
Nie walczę z presją, nie tłumaczę sobie, jak trzeba żyć.
To nic nie daje. Bo presja nie znika dlatego, że ją zrozumiemy.
Znajomość mechanizmu nie wyłącza reakcji.  To, co ją zmienia, to warunki: mniej obciążenia, więcej bezpieczeństwa, więcej odpoczynku.

Zaczynam od prostych rzeczy:
zwalniam, ograniczam bodźce, odpuszczam rzeczy 'niekonieczne', wracam do ciała (ruch, oddech, cisza), kieruje uwagę na zewnątrz (co widzę, co słyszę), pozwalam sobie na wyjście z głowy.
Przy rzeczach ważnych i pilnych zadaję sobie jedno pytanie: czy to naprawdę jest teraz konieczne?
Bardzo często nie jest.

Presja nie mówi: „zwolnij”.
Dlatego trzeba nauczyć się słyszeć ją wcześniej.


No dobra, a co zamiast presji?
Bo łatwo powiedzieć „odpuść”, trudniej wiedzieć, co w to puste miejsce. Nie zamieniaj presji na motywację. To dalej byłoby pchanie siebie. Ja zamieniłam ją na coś prostszego.
Na warunki.
Zamiast pytać:
- co jeszcze powinnam zrobić?
pytam:
- czego potrzebuje mój organizm, żeby w ogóle móc działać?

Odpowiedzi są mało spektakularne:

sen
cisza
mniej bodźców
mniej decyzji
mniej „ważnych tematów”
więcej powtarzalności
więcej prostoty
więcej przewidywalności

To nie wygląda jak rozwój. Ale to jest regulacja. Bo kiedy organizm wychodzi z trybu presji, nie potrzebuje inspiracji. Potrzebuje bezpieczeństwa. 
Dopiero z tego miejsca wraca energia, klarowność, chęć działania.

Nie z presji, tylko z zasobów.
Presja pcha.
Regulacja przywraca.


Co dziś możesz zrobić, żeby mieć mniej - a nie więcej?

Może wybierzesz CIĄGLE MNIEJ 🥰






Czytaj więcej >

Powrót do siebie. Bez lekcji, metafizyki i poradnika

 

To nie jest historia o szukaniu w życiu „przeznaczenia”. 
To też nie lekcja na szybką przemianę z Instagrama 🤷🏻
To historia o przejściu przez realny, długotrwały kryzys egzystencjalny i wyciśnięciu z tego doświadczenia jak najwięcej.

To, co się wydarzyło, nie było „konieczne”, żebym coś zrozumiała. 
Choroba  nie jest „ceną” za rozwój ani sens.
I mam prawo nie chcieć nadawać temu duchowego znaczenia. To jest po prostu zdrowe.

Ale od początku.
W  którymś momencie życia miałam duży dyskomfort związany z moim życiem zawodowym. Czułam narastające poczucie bezsensu i potrzebę wzięcia oddechu, żeby iść dalej.  

Głęboko zastanawiałam się, co musi się wydarzyć, żebym odkryła swoje przeznaczenie, swoje miejsce zawodowe, takie, że poczuje, że wchodzę w to bez mrugnięcia okiem.
Zadane sobie pytanie brzmiało mądrze, ale miało w sobie ukrytą pułapkę. 
Ono zakłada, że sens jest gdzieś dalej, przyjdzie po jakimś wstrząsie i że musisz coś jeszcze przejść, żeby „zasłużyć” na jasność.

A ja… już przeszłam więcej niż wystarczająco. Bo wydarzyło się wiele. 
I to, co uderza najbardziej, to wcale nie same wydarzenia, tylko to, co się we mnie realnie zmieniło, ale to pomijałam, bo nie jest „efektowne”.

Najważniejsza ogromna zmiana, to przejście z perspektywy psychologicznej na biologiczną.
To jest fundamentalna zmiana paradygmatu, a nie drobna korekta.

Przez kilkadziesiąt lat moją bazą było analizowanie, rozumienie, trzymanie się w pionie, bycie „tą, która daje radę”.  A teraz - układ nerwowy jest moim punktem odniesienia, uznaję przeciążenie, a nie „kryzys do przepracowania”; prawo do „nie” i rozumiem czym jest regeneracja zamiast mobilizacji.


To jest zejście z poziomu narracji na poziom regulacji.



I bardzo możliwe, że to jest pierwsza rzecz w moim życiu, która nie wymaga sensu, nie wymaga interpretacji, nie wymaga, żeby coś „z tego wyszło”.

I szczerze, dopiero wtedy zauważyłam, że nie mam teraz zasobów, żeby wejść w nowe wyzwania z zaangażowaniem i pasją. Ale to nie jest porażka ani stagnacja.

To jest faza regeneracyjna, która w naszej kulturze nie ma nazwy, nie ma prestiżu, nie ma narracji sukcesu.

Ale biologicznie jest niezbędna, jeśli układ nerwowy był długo w trybie przetrwania.
Pytanie o „przeznaczenie” było pytaniem z etapu mobilizacji, a ja jesteś w etapie odbudowy. 
To trochę tak, jakby pytać:  „Dokąd mam biec?”, kiedy organizm jeszcze mówi „najpierw muszę przestać drżeć.”

Czy myślenie o przeznaczeniu ma w tej sytuacji sens? Nie. Ale to nie znaczy, że sensu nie ma w ogóle.
Tylko, że przeznaczenie być może nie jest czymś, co się „odkrywa”, tylko czymś, co powoli wyłania się z tego, jak dbam o siebie teraz.
Być może na ten moment moim przeznaczeniem, nie jest misja czy powołanie, tylko powrót do regulacji, odzyskanie wpływu przez troskę, a nie przez kontrolę, życie bez przymusu bycia silną.

I to jest strasznie nieinstagramowe…. Ale za to bardzo prawdziwe.

Teraz pytam siebie - czego mój układ nerwowy potrzebuje, żebym mogła w ogóle poczuć, że żyję swoim życiem?
Bez presji, że z tego ma wyniknąć coś wielkiego. Czasem największą zmianą jest to, że przestajemy siebie pchać. Jesteśmy w trzeźwym postrzeganiu sytuacji i właśnie takiego języka potrzebujemy: bez metafizyki, bez „lekcji”, bez narracji o wzroście, ale też bez zapadania się w pustkę.

Pytamy o sens. Ale bez duchowości, wtedy sens nie jest czymś, co się odkrywa, tylko czymś, co zmniejsza wewnętrzne tarcie, zwiększa poczucie wpływu, sprawia, że codzienność staje się znośna (to bardzo niedoceniane kryterium).

W tym ujęciu sens to nie powołanie czy misja „dlaczego to mnie spotkało”. 
Tylko pytanie: co sprawia, że moje życie jest trochę mniej ciężkie do niesienia?

Mam prawo dziś nic nie rozwiązywać. Moje ciało jest punktem odniesienia, nie ambicje.
Nie pogarszam sobie życia wymaganiami. CHCĘ MNIEJ.


A jak wygląda regeneracja w praktyce (czyli jak to wygląda naprawdę, a nie w poradniku)?

Regeneracja NIE wygląda tak: wraca motywacja, rośnie energia, pojawia się jasność „co dalej”.
To są objawy powrotu do działania, a nie regeneracji.
Regeneracja wygląda tak:

1. Spadek tolerancji na przeciążenie.
Rzeczy, które kiedyś „były normalne”, teraz są nie do zniesienia.
To nie cofanie się. To znak, że układ nerwowy przestaje kompensować.

2. Potrzeba prostoty.
Mniej rozmów, mniej planów, mniej bodźców, mniej „ważnych tematów”.
Ciało chce przewidywalności, nie inspiracji.

3. Ambiwalencja wobec pracy.
To nie brak ambicji, tylko brak zasobów na presję, tempo i odpowiedzialność emocjonalną.

W czasie regeneracji nie jesteś „niegotowy”. Jesteś w trakcie odbudowy zdolności do obciążenia.


Co faktycznie wspiera regenerację:

- rytm zamiast celów (stałe pory snu, posiłków, spacerów)
- małe decyzje, które wzmacniają wpływ („dziś nie”, „teraz tak”)
- kontakt z ciałem bez analizy (ruch, ciepło, oddech - bez interpretowania)
ograniczenie narracji („nie muszę wiedzieć, co to znaczy”)

Regeneracja to nie „robienie czegoś dla siebie”. To nierobienie rzeczy, które dalej drenowałyby system.

Jak nie robić z cierpienia „lekcji”, ale też nie zostać w pustce?

To jest chyba najtrudniejsze.  
Myślimy „To było po coś” - jest to przemoc wobec doświadczenia.
Myślimy „To było bez sensu” - czujemy egzystencjalną pustkę.
Jest trzecia opcja. Bardzo ludzka - to się wydarzyło, było za dużo, teraz zajmuję się skutkami.
Bez dorabiania znaczeń. Bez potrzeby, żeby coś z tego wynikało, bez ideologizowania.
I co wtedy zostaje zamiast pustki?  Zostaje troska zamiast interpretacji, realność zamiast narracji, teraźniejszość zamiast przyszłego sensu.

Nie musisz mówić „Jestem wdzięczny za to doświadczenie”.
Wystarczy, że powiesz „Nie chcę już żyć w trybie przetrwania.” I zapytasz siebie - jakiego życia mój organizm już nie jest w stanie dłużej prowadzić?

To pytanie nie wymaga wiary, nie wymaga nadziei, nie wymaga sensu. 
Wystarczy uczciwość wobec siebie.

Dopiero kiedy przestałam pytać „co to ma znaczyć?”, a zaczęłam pytać „co mi jest?”, coś się we mnie przesunęło. Z perspektywy psychologicznej - tej, która przez lata była moim domyślnym językiem - zwróciłam się ku perspektywie biologicznej. Ku układowi nerwowemu, zmęczeniu, reaktywności, granicom. Ku ciału, które nie potrzebowało już interpretacji, tylko ulgi.

Regeneracja okazała się czymś zupełnie innym niż obiecywały poradniki. Nie przyszła z przypływem energii ani z jasnością co dalej. Przyszła z potrzebą prostoty, spadkiem tolerancji na przeciążenie i z odwagą mówienia „nie” - nawet wtedy, gdy nie potrafiłam jeszcze powiedzieć „tak” czemukolwiek innemu.

Nie chciałam robić z cierpienia historii o rozwoju. Nie chciałam mówić, że było „po coś”, ani że „musiałam przez to przejść”. A jednocześnie nie chciałam zostać w pustce, w poczuciu, że wszystko było tylko stratą. Z czasem zrozumiałam, że istnieje trzecia droga.
Bez nadawania sensu temu, co bolało, ale z głębokim zwrotem ku sobie.
Bez duchowych interpretacji, ale z bardzo realną mądrością, która płynie z doświadczenia granic.

Są doświadczenia, które nie przynoszą olśnienia, nie porządkują świata i nie czynią nas „lepszymi”. Przynoszą za to przeciążenie, lęk, rozpad znanych struktur i długotrwałe zmęczenie, którego nie da się odpocząć jednym weekendem ani jedną dobrą decyzją.

Ta historia nie jest opowieścią o odnalezionym przeznaczeniu.

Jest zapisem drogi powrotu do siebie - nie przez ambicję, siłę czy analizę, ale przez troskę, regulację i zgodę na to, że nie każdy etap życia służy budowaniu czegokolwiek poza bezpieczeństwem.

Jeśli jesteś w miejscu, w którym nie szukasz już odpowiedzi, tylko oddechu, być może znajdziesz tu coś dla siebie.

🫶🏻

-----------------------------------


Czytaj więcej >

Nerwica jako język ciała. Co nasila objawy a co daje ulgę?


Nie będzie o tym, czym jest nerwica.
Nie będzie suchych faktów, terapeutycznego dziennika ani studiowania tematu.
Nie będzie instrukcji, obietnicy „jak wyjść” z nerwicy, nie neguje też psychologii.
Tekst pokazuje perspektywę biologiczną i osobistą. Obiecuję, że przyniesie Ci ulgę.

Więc jak to się czuje, kiedy ciało przejmuje stery?




Samo słowo nerwica jest w perspektywie psychologicznej z marszu kliniczne i kojarzone z „czymś do przepracowania”. Ale nerwica nie jest wadą psychiki, jest językiem ciała. Dlatego tym razem nie będzie o nerwicy. Będzie o odzyskaniu zaufania do ciała. Ciała, które nie wytrzymało.


Kiedyś analizowałam, brałam odpowiedzialność za objawy, miałam poczucie, że „coś ze mną nie tak”. Nerwica była problemem do rozwiązania. I kiedy objawy nerwicy wracały znów szukałam w sobie winy.
Szukałam przyczyny.  Analiza, odpowiedzialność, kontrola.
Przez lata myślałam, że to lęk. Szukanie znaczeń: stres, żałoba, alkohol, terapia.
Kiedyś było napięcie i był wstyd.
Paradoksalnie im więcej wiedziałam, tym bardziej próbowałam to kontrolować.
Ale nerwica nie wraca dlatego, że czegoś nie przepracowałaś.

Wraca wtedy, gdy ciało mówi: to było za dużo.


To nie ja się rozsypałam. To mój układ nerwowy nie wytrzymał. Nerwica to nie słaba psychika. To przeciążony układ nerwowy. Pierwsze objawy nerwicy pojawiły się, kiedy miałam 19 lat, po bardzo trudnych doświadczeniach. Jakie są objawy, które wyglądają jak „coś ze mną nie tak”? 

  • z ciała - ataki paniki jako reakcje somatyczne, przebodźcowanie, wyczerpanie, bezradność, mdłości i wymioty, kołatania serca, ucisk w klatce piersiowej i duszności, zawroty głowy, uczucie omdlenia "nogi z waty", drżenie, mrowienie, drętwienie kończyn, napięcie mięśni, bóle karku, szczękościsk, biegunki, „ściśnięty” żołądek, uczucie gorąca lub zimna, poty; derealizacja, depersonalizacja („jakbym nie była sobą”)
  • emocjonalne - nagłe napady lęku bez „powodu”, poczucie zagrożenia mimo obiektywnego bezpieczeństwa, bezradność, panika, przerażenie, wrażenie, że „zaraz się rozsypię”, uczucie przytłoczenia drobiazgami nterpretowane jako „nie radzę sobie”.
  • poznawcze - gonitwa myśli, trudność w skupieniu uwagi, wrażenie „pustki w głowie”, katastroficzne scenariusze, natrętne myśli o śmierci lub „ucieczce” (często mylone z zaburzeniem psychicznym)
  • funkcjonalne - nadwrażliwość na bodźce, drażliwość, wybuchy płaczu lub złości, wycofanie z relacji, unikanie miejsc i sytuacji, trudność w podejmowaniu decyzji, etykietowane jako „jestem trudny, problemowy, aspołeczny”.
  • egzystencjalne - utrata sensu, poczucie odklejenia od życia, myśli: „tak się nie da żyć”, fantazje o zniknięciu, nieistnieniu (często błędnie interpretowane jako depresja, pisałam o tym tutaj).


Znam je wszystkie. Moja historia na początku zahaczyła o szpital, ośrodek leczenia nerwic i kilkuletnią psychoterapię, aż zaczęłam „normalnie” żyć. Ale momentów powrotu objawów było wiele. 

Pamiętam silne nawroty i słabsze. Pamiętam momenty, kiedy ataki paniki doprowadzały mnie do myśli samobójczych. Nie dlatego, że chciałam umrzeć, ale dlatego, że nie widziałam już sposobu, żeby to zatrzymać. Wtedy odkryłam prowadzone medytacje. Słuchałam ich w kółko. W tamtym czasie wierzyłam, że te pozytywne, budujące afrmacje mnie zmieniają, naprawiają, wyciągają z lęku.
Dziś wiem coś innego.
Medytacje pomogły nie dlatego, że zmieniły moje myślenie. Pomogły dlatego, że przeniosły uwagę z wnętrza na zewnątrz, uspokoiły ciało i zaczęły regulować układ nerwowy, w tym nerw błędny.
To nie było magiczne pozytywne myślenie. To nie była siła afirmacji. To była biologia.

Co pomogło mi teraz - po traumatycznym roku chorób, pobytów w szpitalach, panicznego strachu? Wszystkie objawy wróciły, chciałam zniknąć. W stanie paniki umysł nie jest w stanie „myśleć lepiej”.
Działa tylko to, co realnie wpływa na biochemię i fizjologię - na oddech, rytm, napięcie, pobudzenie. Dziś ta wiedza zdejmuje ze mnie winę. Bo wiem, że nie brakuje mi motywacji ani siły. Mój organizm jest po prostu w stanie, w którym nie da się siebie naprawić myśleniem.

Atak paniki nie wygląda jak lęk. Wygląda jak choroba. Bo biologicznie to gwałtowna reakcja autonomicznego układu nerwowego, nie myśl. I kiedy to rozumiesz, przestajesz się ze sobą kłócić.

Jeśli pierwszym odruchem u ciebie jest automatyczne szukanie przyczyny, to wiedz, że to nie jest pytanie o sens. To jest pytanie o stan twojego układu nerwowego. Nerwica nie wraca dlatego, że coś przeoczyłeś. Wraca wtedy, gdy było po prostu za dużo, wraca w trudnych momentach.

Umysł nie reguluje ciała - to moja zmiana perspektywy po latach doświadczeń. Dziś widzę stan. Dziś wiem, że to biologia. Układ nerwowy to nie system bezpieczeństwa, nie „wróg”. Nerwica jest reakcją biologiczną.
Dziś rozumiem reakcję biologiczną, oddaję kontrolę, nie czuję wstydu. Czuję ulgę.
Bo to nie jest do kontroli. To układ nerwowy siadł.
Co ta myśl zmienia? Mniej odpowiedzialności, mniej walki, więcej zgody.

Myśl, że to układ nerwowy siadł, zdejmie z ciebie odpowiedzialność i kontrolę. Przyniesie ulgę. Branie odpowiedzialności w nerwicy pogarsza stan. Kontrola nasila objawy. Ulga pojawia się, gdy przestajesz „coś robić”. To nie jest ucieczka. To biologiczna mądrość.

Dziś wiem, że najlepsza droga rozumienia, to droga, gdzie najpierw jest doświadczenie, potem biologia, a na końcu ulga.



Czytaj więcej >

Jak życie nas testuje. O modzie na terapię i walce z dyskomfortem

 

Pójście do psychologa / terapeuty ma się równać z naprawianiem swojego życia, ze zmianą sytuacji życiowej, ma świadczyć o naszej dbałości o jego jakość, o naszym statucie samozaopiekowania. Już nie jest czymś krępującym. Jest czymś dobrze widzianym, związanym ze stylem życia.

Już nie wystarczy się pokazać z dorobkiem zawodowym czy materialnym, aktualnie należy mieć "świadome życie wewnętrzne", najlepiej prowadzone przez kogoś z dyplomem. Celebryci nadają trend, aby mówić o terapii z dumą. Terapie poleca się dla wszystkich, wszędzie, od najmłodszych lat i pokazuje się ją jako remedium na wszelkie problemy.
Jeśli masz problem, z czymś sobie nie radzisz, życie układa się inaczej, jakbyś chciał - idź na terapię.
Walcz z dyskomfortem!
Ale czy o to chodzi?

Moda to trend, za którym podąża człowiek (często bezmyślnie). Narzuca sobie styl bez refleksji i wzglądu, względnie bez wysiłku. Jeśli idziesz do psychologa po wskazówki i narzędzia do budowania umiejętności - świetnie. Ale jeśli idziesz bo wierzysz, że to remedium na problemy i szybka "naprawa siebie", podniesienie samopoczucia bez sięgania do korzeni, bez zmiany codzienności w jakiej żyjemy - szkoda twojego czasu. Terapia dotyka historii i pracy mentalnej z twoim EGO, ale nie leczy z codzienności, w jakiej żyjesz. Środowisko, dbałość o przestrzeń wewnętrzną  i regulację emocji, higiena życia, kondycja ciała, odżywianie - to powinniśmy traktować priorytetowo, żeby nie wychowywać kolejnych pokoleń odciętych od siebie ludzi. Tymczasem zgadzamy się na destrukcyjne nawyki, trującą żywność, życie w biegu. 

(To jest też dla rodziców najtrudniejsze do zrozumienia, bo oni chcą szybkiej "naprawy dziecka", a tak naprawdę nie sięgają do szerszej perspektywy i korzeni.  Pozostaje mieć nadzieję, że edukując rodziców, co do ważności środowiska jakie tworzą dzieciom i bezpieczeństwa emocjonalnego - nie tylko materialnego, nasze dzieci przestaną być "bezdomnymi dziećmi" w wielkich domach. To nie w rękach obcych osób jest zapobieganie nieszczęściom tych dzieci, to jest w rękach rodziców i w ich świadomym życiu, w towarzyszeniu sobie i swoim dzieciom.)



Skąd wzięła się niechęć do dyskomfortu i przymus naprawiania?
Dlaczego myślisz, że zdarzy się "pewien dzień", kiedy wreszcie osiągniesz dobrostan?
Wyobrażasz sobie, że odnajdziesz szczęście i spokój, gdy już zdarzy się to czy tamto?
Wierzysz, że zawsze będzie dobrze, jeśli tylko coś/ktoś? 
I że zawsze będziesz dobrze się czuć, pod warunkiem, że ktoś/coś? I co wtedy?
Masz motywację, wolę, czas, przestrzeń i pieniądze, idziesz z tym do terapeuty. Wierzysz, że 4 godziny w miesiącu pozbawią cię złego samopoczucia.
Dlaczego w to uwierzyłeś?

Pewnie, że fajnie byłoby osiągnąć taki dobrostan i flow, ale życie jest dużo bardziej prozaiczne. Nakładanie na siebie presji i kontroli, w przekonaniu, że dobrostan zależy od jakiegoś czynnika zewnętrznego,  a nawet wewnętrznego, to droga wyboista jak wykres EKG. Nie ma złotych środków, uniwersalnych metod, magicznych narzędzi na szczęście. Życie jest, jakie jest.
Przyjęcie trudności boli, a one będą przychodzić. Jeśli skoncentrujesz się na dążeniu do stałego szczęścia, a przyjdzie gorszy moment i trudniejszy czas, wtedy to będziesz sam siebie mobbingował, bo musisz coś przerobić, naprawić, dążyć do lepszej wersji siebie. Ale, halo. Ta lepsza wersja nigdy nie nastąpi!
Ona jest cały czas.
Samopoznanie, doświadczenie i rozwój w życiu człowieka nigdy się nie kończą.

Dyskomfort i flustracja przychodzą zazwyczaj, kiedy:

• porównujemy się z innymi
• rozważamy niepowodzenia i rozgrzebujemy rany z przeszłości
• martwimy się o przyszłość
• wierzymy że trzeba dążyć żeby bo naszego życia zapukało spełnienie, a jak już będzie to na zawsze
• wierzymy, że zawsze będziemy dobrze się czuć
• nie ufamy sobie na tyle, by z troską i opieką zaglądać do własnego środka
• wyrzekamy się emocji które są odzwierciedleniem umysłu w ciele (im bardziej umysł chce pozbyć się bólu tym bardziej boli)
• osądzamy siebie i krytykujemy, w trudnych emocjach mówimy "zawiodłem, nie dałam rady, zachowuje się głupio". 

Walka z dyskomfortem to walka z wiatrakami. W tej walce ty będziesz tym przegranym. Bo dyskomfort to nieodłączna część życia. Życie testuje cały czas. Wprowadza w dyskomfort.
 Psycholog ma nam pomóc zrozumieć własne emocje. Ale my już je rozpoznajemy i rozumiemy. Jesteśmy bardzo świadomym społeczeństwem. Czytamy książki, słuchamy podcastów, oglądamy mądre wywiady. Jesteśmy wręcz przeintelektualizowani.
Brak nam jednego - zaufania do samych siebie. Działania z troski, a nie ze strachu. Odklejenia się od rządzącego nami EGO, od rozdrapywania przeszłości i planowania przyszłości (w kontekście - kiedyś będzie lepiej). Od rosnących potrzeb i oczekiwań. Marzeń, aby być lepszym i posiadać więcej.
Największą pracę ze sobą zrobimy własnym zaangażowaniem i troską o siebie. Kiedy ufasz, przestajesz uciekać, przestajesz się bać. Już wiesz, że te pragnienia wcale nie są twoje. Że te emocje i myśli nie muszą tobą rządzić.

Zdajesz test.
Nie pozbywasz się dyskomfortu i nikt Cię nie naprawia. 

Po prostu uczysz się samemu z nim radzić. 




Czytaj więcej >

Przekroczyć EGO. Klucz do dobrego życia.


Jest maj 2024.



9 lat temu, w maju 2015, zdawałam egzamin zawodowy w szkole psychoterapii, będąc w 6 miesiącu ciąży. Chwile wcześniej brałam udział w intensywnym kilkudniowym treningu intarpsychicznym. Łatwo nie było, był to czas mojej dużej przemiany, zawodowej i mentalnej, nowych wyzwań i sytuacji. 

Na szkołę zdecydowałam się bo ciągnęło mnie do rozwoju osobistego, byłam już po kilkuletniej terapii własnej, po pracy z doświadczeniem traumy i zmaganiach z nerwicą lękową.
Byłam też wtedy na etapie poszukiwania własnej tożsamości, drogi życiowej, zawodowej.
Po doświadczeniu macierzyństwa przekształciło się moje poczucie wartości, potrzeb, oczekiwań, priorytetów. 
Chciałam zmian.

Kilka lat szkoły wniosło w moje życie bardzo dużo, uruchomiło potencjał. Jakiś czas wcześniej zakończyłam etap 10-letniej pracy z korporacji - pracę, którą dobrze wspominam i która była bardzo rozwojowa, ale przestała być moim celem i dawać mi satysfakcję. A ja szukałam zawodowej pasji, pracy i działań nadających życiu sens. Ostatecznie okazało się, że psychoterapia też nie jest celem moich poszukiwań ani spełnienia, bo jestem dobra w czymś innym, co mnie spełnia, co też jest związane bezpośrednio lub pośrednio z misją społeczną. Ale 9 lat temu o tym nie widziałam i mocno weszłam w rozwój umiejętności psychologicznych, coraz głębiej wchodząc w pracę mentalną, robiąc kolejne kursy, poznając kolejne narzędzia i pracując przede wszystkim ze sobą. Podjęłam się pracy z przekonaniami i emocjami, wykorzystując do tego skuteczne metody autoterapeutyczne. Efekt był, ale nie na poziomie, którego oczekiwałam, nie pełny, nietrwały, 

4 lata temu, kiedy wybuchła pandemia, miałam już trójkę dzieci, w tym najmłodsze w wieku 2 lat. Wtedy wzięłam się za siebie fizycznie, zaczęłam systematyczne treningi żeby zawalczyć o swój kręgosłup, a przede wszystkim zamknąć rozstęp kresy białej i pozbyć się po ciążowej przepukliny. To był kolejny etap dbałości o siebie, z dobrym rezultatem. 

Więc, mentalnie byłam poukładana, fizycznie wyćwiczona. Niby ideał, ale... nie opuszczało mnie poczucie, że moje źródło jest jeszcze nieodkryte.

Rok temu w maju zdarzyła się trudna sytuacja w naszej rodzinie, która postawiła wszystkich do pionu. Brakowało mi zasobów, żeby temu sprostać. Byłam fizycznie silna, mentalnie wyedukowana i psychicznie gotowa. Ale czegoś mi brakowało, żeby złapać balans. Wtedy wydarzyła się kraksa, która skłoniła mnie, żebym zajrzała do wewnątrz, odrzucając wszystkie znane dotąd metody. Żebym sięgnęła do czucia, o którym zapomniałam przy wieloletniej pracy z EGO. Wiedziałam tak wiele, rozumiałam tak wiele i tak ogromnie mi to przeszkadzało! Byłam przeintelektualizowana. W świecie mojej samodyscypliny nie potrafiłam odpuścić.
Zrozumiałam, że aby odnaleźć to, co przywróci równowagę, spokój, radość i twórczość, potrzebuję sięgnąć do źródła, odcinając się od całej przysposobionej psychologii, która mnie zawiodła dając doświadczenie, że terapeutyczna praca mentalna z EGO nie przyniesie skutecznej, trwałej zmiany.

Pojechałam na kurs metody ECPR z psychiatrą dr Danielem Fisherem. Jakże trudno było zignorować swój analityczny racjonalny umysł i wejść na inny poziom komunikacji z drugą osobą. To wydawało się niewykonalne. Mój umysł cały czas podważał proces, cały czas pytał i wątpił, potrzebował narzędzi, konkretów i odpowiedzi. Nie był otwarty, nie mogłam czuć! To było moje pierwsze mocne spotkanie z czymś, co nie było moim EGO. To był szok. Weszłam w czucie, którego nie analizowałam. Emocje przychodziły i odchodziły, a ja nie robiłam z tym nic. I to był przełom. W wieku 45 lat znalazłam klucz, otworzyłam wrota i zobaczyłam długą piękną nową drogę przede mną.

Po kursie ECPR wróciłam do rzeczywistości i miałam mnóstwo nowych pomysłów na siebie. Rozpoczęłam nowe studia. Zapisałam się na teakwondo. Weszłam intensywnie w nowe projekty zawodowe. I... zaczęłam źle się czuć. Najpierw ciągłe zmęczenie, które potem przeszło w wyczerpanie. Spadki nastroju. Bóle mięśni i stawów, zawroty głowy. Zaburzenia rytmu serca, pogorszenie wzroku. Brak snu nocnego, w dzień ciągła senność. Rano nie mogłam stanąć do pionu, nie miałam siły żyć... czułam, że muszę umrzeć, żeby się odrodzić. Że to wymaga dużej zmiany i kolejnego cofnięcia się, zanurkowania w siebie po coś jeszcze. 

Pojechałam nad ukochane morze, do ośrodka buddyjskiego, zaczęłam intensywną pracę z odosobnieniem, oddechem, medytacją. 
Nie chodziło mi ani o buddyzm, ani o konkretną medytację czy drogę rozwoju ale o cel: stworzenie warunków na ciszę i regenerację. Nie chciałam wyjazdu jogi, warsztatów rozwojowych, kursów nowych umiejętności - niczego co wymaga interakcji i co narzuca mi sposób spędzenia czasu.
Chodzi o to, aby wyciszyć EGO, dotrzeć do źródła siebie, do przyczyny w swojej świadomości i jaźni. 

Przełomowe było zobaczenie, że moje wybory i decyzje wynikały głównie z potrzeb EGO. Emocje i potrzeby z nich płynące były uwięzione, nie potrafiłam się przestawić na tryb czucia. Byłam przyczajonym tygrysem, który jest w gotowości na kolejne podboje, aktywności i ambicje. Chciałam rozwoju, chciałam więcej. To znaczy EGO chciało, a EGO nie bierze jeńców, tylko zajeżdża człowieka. Jest bezkompromisowe, samokrytyczne, wymagające i karcące. Jest tak głęboko samodyscyplinujące, że potrafi doprowadzić do głuchoty na potrzeby płynące z ciała i serca. Jego mechanizmy zagłuszają, a popędy pchają w niekoniecznie pożądane kierunki. EGO nie odpuszcza.

Nasze opinie, przekonania, urazy, krzywdy, motywacje płyną z EGO.
Ilu z nas podejmuje decyzje z EGO? Decyzje dotyczące pracy, rodzicielstwa, miejsca zamieszkania, stylu życia, wyglądu. Bo trzeba, bo wypada, bo się należy, bo mnie docenią, bo mnie zobaczą, bo zasłużę, bo zyskam, bo ja im pokażę, bo nakarmię się czyimś uznaniem.

Kiedy wycofujesz uwagę z zewnątrz i kierujesz ją do wewnątrz, słyszysz to, co było zagłuszane. Odkrywać co jest pod złością. Co jest pod lękiem. Wszystko płynie w Tobie i to jest w porządku, bo już nie pozwalasz EGO tego oceniać. Widzisz siebie, takim jakim jesteś i nie potrzebujesz w tej podróży przyzwolenia nikogo innego, poza samym sobą. 

Świadomie nie piszę o akceptacji, z którą nie jest mi po drodze. Nie akceptuje porażek, złości, smutków kiedy są powody aby się cieszyć, różnych swoich cech, zachowań, chorób, wydarzeń, ludzi, spraw, niesprawiedliwości.
Nie akceptuje bo nie czuje, że w naturalny sposób mi to przychodzi. I nie mam z tym problemu!
Bo daje sobie zgodę i przyzwolenie, że to się wydarza, że to czuję, widzę, że tego nie jestem w stanie zaakceptować. 
Różnica może dla kogoś mało wyraźna, dla mnie kluczowa. 

Wracając do stanu zdrowia - zrobiłam wiele badań, podejrzewano różne poważne choroby. Ostatecznie mój stan okazał się przewlekłym stanem zapalnym, który zredukowałam przez pożywienie, pracę duchową i pracę z ciałem. Za każdym razem, kiedy siada mi zdrowie, wiem, że zaniedbałam siebie psychicznie i fizycznie. Chorowałam na astmę, alergię, hashimoto, RZS i boreliozę z Lyme.
Te choroby nie przyszły znikąd ale odeszły donikąd. Nasze ciało daje nam wyraźne informacje.
W procesie zaopiekowania ciała i emocji, choroba już nie jest do niczego potrzebna. 

Co z tym EGO? Trzeba je rozpoznać. Ono oczekuje, wchodzi w konflikty, sabotuje, dąży do perfekcji i rywalizacji, rozprasza, chwali się, porównuje, oczekuje, rości, wątpi, cierpi i przeszkadza, jest sztywne ("kij w dupie"), martwi się, blokuje zaufanie i wzmacnia mechanizmy obronne. Nawet jeśli EGO jest "zdrowe" czy "wysokie" to nadal jest to EGO - płynące z myśli, przekonań, spostrzeżeń i wspomnień. Stwarza fałszywe filtry naszego postrzegania świata przez wyuczone programy warunkujące umysł. 

Niech Twoje EGO Cię nie warunkuje. Przekrocz je.








Czytaj więcej >

Myśl, planuj, osiągaj, nabywaj. Ale rzeczy tylko niezbędne!


Walka o codzienne sprawy, pracę, dzieci, związek, własne potrzeby itp zabiera tyle energii, że z czasem przechodzi w wyczerpanie. Czujesz brak sił i ból w ciele. Obniża się nastrój, myśli błądzą, a sen nie przynosi regeneracji.
I ta wewnętrzna pustka, nic nie przynosi ukojenia...
Pytasz siebie - czy moje życie ma sens?

Czujesz, że tracisz nad swoim życiem kontrolę, ale to właśnie o... utratę kontroli w życiu chodzi.
Nie o utratę kontroli samoregulacji i popadanie w zależności. Ale o poddanie się i odpuszczenie kontrolowania spraw i ludzi, na których nie mamy żadnego wpływu.






Moje myślenie o życiu i świecie odzwierciedliło się w prawdach o świadomości jako jaźni absolutnej (różne drogi duchowe prowadzą do podobnego procesu dedukcji, ścieżki i narzędzia są różne, a clue jest takie samo), co przyszło naturalnie, kiedy puściłam oczekiwania i odrzuciłam wszystko, co dotąd mnie określało. Byłam doskonale zorganizowaną wielozadaniową ogarniaczką, która potrafi świetnie planować i realizować swoje cele. Mnogość działań i decyzji wynikało z mojego ego. To ego spełniało ambicje, wchodziło w konflikt, dążyło ślepo do perfekcji. Ego zagłusza głos wnętrza i odczucia z ciała. A przecież dziś nie ma jutra i dziś nie ma wczoraj. Świat jest zwierciadłem wszystkiego co dzieje się wewnątrz. Świat jest odbiciem naszego własnego umysłu. Kiedy wewnątrz Ciebie dzieje się walka, Twoje życie też będzie walką. I wyczerpaniem.

To są uniwersalne prawdy, które ramuje praktyka buddyzmu. Trafiłam na nie na swojej drodze poznania i zatrzymały mnie na dłużej. To proste, piękne, twórcze prawdy, które wzmacniają u mnie to, co zawsze było priorytetowe - wiara w ludzki potencjał i zdolność do przemiany, której napęd płynie ze świadomości.

Opisy i inspiracje oparłam na poziomie Diamentowej Drogi.
Mam nadzieję, że zainspirują też Ciebie, niezależnie od tego, w co wierzysz i też z Tobą zostaną.

Żeby móc zostać buddystą, musimy wziąć odpowiedzialność za własne życie z zaufaniem, że prawo przyczyny i skutku naprawdę działa. Poprzez nasze myśli i decyzje, tworzymy nowe nawyki, które nas albo ograniczają, albo wyzwalają. Wraz z doświadczeniem widzimy, że dzisiejsze działania kreują naszą sytuację jutro.

Na początku koncentrujemy się na włączeniu nauk Buddy w codzienne doświadczenia. Na wszystko próbujemy znaleźć natychmiastowe wyjaśnienie.
Na zewnętrznym poziomie myślimy: „To się wydarza dlatego, że wcześniej stało się to czy tamto”; na poziomie wewnętrznym: „Postrzegam tę sytuację tak a nie inaczej, ponieważ w tej chwili jestem w takim czy innym nastroju”. W ten sposób mądrość nigdy nas nie opuszcza; działa jak lustro odbijające wszystko od wewnątrz i na zewnątrz. Z czasem rozpoznanie się pogłębia i staje się coraz bardziej autentyczne.

Puszczając myśli o rzeczach które nie są niezbędne, daje sobie lekkość. Bezpośrednie działanie w danej chwili jest psychicznie zdrowe – przypomina rysunek na wodzie: przedtem niczego nie było; potem też nic nie ma; a w danym momencie wszystko do siebie pasuje! W takim postępowaniu nie ma niczego lepkiego – jest wolne od oczekiwań, obaw, od „wczoraj” i od „jutro”.
Gdy potrafimy inspirować innych nie wywołując przywiązania, to znaczy, że rzeczywiście pokazujemy im lustro i mówimy: „Tak naprawdę widzisz tylko własną twarz. Dostrzegasz we mnie coś pięknego tylko dlatego, że masz to w sobie!”. Jeżeli nauczyciel jedynie pokazuje innym ich własne zdolności, w sposób nieosobisty, to może pracować z inspiracją.

W końcu wszystko spotyka się w jednym punkcie. Każdy moment zamienia się w doświadczenie „Aha!” i „Tak, oczywiście!”. Pojawia się coś, co nazywamy „mądrością współpowstającą”. To wgląd, który przychodzi wraz z nabywanym doświadczeniem. Spontanicznie poznajemy jego znaczenie, nie będąc od niego oddzielonymi. Gdy nieustannie doświadczasz rzeczy w taki sposób, jesteś tam, gdzie powinieneś być. Musimy jedynie uważać, by nie przywiązywać się do szczęścia, ale przekazywać dobre uczucia innym. Trzeba rozumieć, że uwarunkowane radości są nietrwałe.

Doświadczajmy radości bez zewnętrznej przyczyny. Bądźmy świadomi tego, że radość przynależy do naszego umysłu. Zrozummy, że radość to chwila, która nie została stworzona – bez myśli, koncepcji, bez żadnych przeszkód. Pojawia się w momencie, kiedy jesteśmy otwarci. Staraj się osiągnąć ten stan bez żadnego zewnętrznego wpływu. Przychodzi to dzięki medytacji; to wtedy uczymy się, że umysł może sam z siebie w samym sobie odnaleźć absolutnie wszystko.

Starajcie się robić zawsze to, co pojawia się przed waszym nosem, bez rozproszenia.
 Myśl, planuj, osiągaj, nabywaj. Ale rzeczy tylko niezbędne!
To jest prawdziwa wolność.


Dla zainteresowanych medytacja Karmapy XVI



Czytaj więcej >

Gifted czy Asperger?


Mamy czasy diagnozowania, kwalifikowania pod tezę, oceniania, orzeczeń, opinii i badań naszych dzieci. Normy są wyśrubowane i mało który dorosły się na nie łapie, ale to przecież normy dla dobra naszych dzieci, żeby im pomagać, żeby mogły się prawidłowo rozwijać. Jeśli nie łapią się na normy, już czeka terapia i ekspert, w ramach odskoczni od opresyjnego środowiska systemu edukacji.






Nie generalizuję, diagnozy też są potrzebne. Ale jako samodzielnie myśląca matka, która stykała się
z powierzchownym, nieobiektywnym, krytycznym osądem otoczenia, w tym tzw.specjalistów od dzieci, oraz widząc, jak łatwo przylepia się łatki innym dzieciom, zdążyłam wyrobić sobie własne zdanie. 

Mamy czasy, kiedy skupiamy się na dzieciach tak bardzo, jak nawet w połowie nie skupiamy się na sobie samych. Chcąc zaspokoić wszystkie potrzeby dzieci, te rzeczywiste i te, które nam się wydaje, że ich potrzebami są, przestajemy zajmować się sobą - źródłem realnych wzorców. Chcemy dzieci naprawiać, ze sobą nie robiąc nic.
I tak oto wpędziliśmy dzieci w kozi róg - dzieci muszą spełniać oczekiwania otoczenia i nasze, są bombardowane sprzecznymi wzorcami (pomagaj/bądź dobry/dziel się vs bądź najlepszy/wygrywaj/tylko ty się liczysz), są wystawiane na nieustanną ocenę, mają się dostosować ale być wybitne, mają być posłuszne i asertywne jednocześnie, mają być podręcznikowo sprawne, rozwinięte według akademickich norm. 

Rodzic, który widzi, że z dzieckiem "coś jest nie tak" (albo słyszy to od innych) szuka informacji w internetach a następnie leci do ekspertów, których lista rośnie i wcale nie mam na myśli nazwisk tylko tzw.tytuły. Tytułowani eksperci, o których istnieniu kilka lat temu nikt nie słyszał, okazują się niezbędni na drodze naszego rodzicielstwa (niezbędni nam ale i czasem dzieciom).
Zdarza się, że ich teorie się wykluczają. Albo, że szukają potwierdzenia pod tezę skrupulatnie opisanego przez rodzica i podanego im pod nos problemu (którego nie zobaczą u dziecka przez 30 minut będąc z nim sam na sam). Wypisane w elaboracie diagnozy można z łatwością dopasować do większości, nikt z nas nie jest homogeniczny. Jesteśmy zagubieni w oceanie wskazówek, zaleceń, niezrozumiałych sformułowań, dziwnie brzmiących terminów. Stajemy się zagubieni i labilni emocjonalnie, jak to dziecko w gabinecie.

No bez wujka googla i fejsbukowych grup wsparcia się nie obejdzie.

Wiem, że jest druga strona medalu. Wiem, że są dobrzy specjaliści i skuteczne terapie.  Ale dziecko to nie jest zbiór ustandaryzowanych, stereotypowych cech, a jeśli rodzic ma potrzebę dookreślenia dziecka to niech idzie do specjalisty po diagnozę, wtedy, kiedy uzdolnień nie widać a trudności przerastają ich w codziennym życiu. Dlaczego wtedy? Żeby nie zderzyć się ze ścianą polskich standardów kategoryzacji dzieci (uczniów). Polski system nie ma pomysłu na zdolne dzieci.
Publikacje naukowe pokazują nam o wiele szerszą perspektywę problemu.
Np. na stronie amerykańskiej Davidson Institute znajdziemy wyjaśnienie różnic między uzdolnieniami
a zespołem Aspergera
(tekst z 2009!), dlaczego w Polsce jesteśmy tak daleko w tyle z tą fachową wiedzą?

Zdolne dziecko z trudnościami, dziecko gifted, dziecko podwójnie wyjątkowe 2E, dziecko z asynchronią rozwojową, ponad przeciętnie zdolne z rozpoznaniem ASD, IS, SPD, ADHD, ADD, Hyperfocus... 

GADC to klinicznie opracowane narzędzie - lista kontrolna dziecięcych uzdolnień vs. zaburzeń Aspergera, która ma pomóc nauczycielom, ekspertom i rodzicom określić, czy:
nieodpowiednie, nieelastyczne lub nierealne środowisko edukacyjne przyczynia się do niezwykłego lub niewłaściwego zachowania dziecka, ma wskazać, które działania, te dla zdolnych czy te z zespołem Aspergera będą najbardziej odpowiednie i pomogą, a nie zaszkodzą. 





Publikacja i bibligrafia: https://www.davidsongifted.org/search-database/entry/a10900

Czytaj więcej >

Kierunek na siebie


W szkole podstawowej wcale się nie uczyłam, a w średniej ciągle wagarowałam. Można powiedzieć, że szkoła nigdy nie była dla mnie specjalnie ciekawa. Jako nastolatka wsiadałam w pociąg albo autobus i jeździłam szwendać się po okolicy. Jeździłam do lasu albo nad jezioro, gdzie siadałam na brzegu, oglądałam chmury i snułam refleksje o świecie. Uwielbiałam czas spędzony ze sobą, twórczy, wyrażony w swobodny, nieograniczony sposób.
Nigdy nie poczułam samotności w tej relacji.

Tak mi zostało do dziś.



Przyjrzałam się temu, co w samotności lubię robić:
- jeść
- pić kawę
- tańczyć
- spać
- płakać
- czytać
- słuchać muzyki
- spacerować
- podróżować
- gotować
- odpoczywać
itp.

W lutym 2023 spędziłam samotny weekend nad morzem. Przymiotnik "samotny" nabiera innego znaczenia, kiedy jest się pracującą matką trójki dzieci, wiadomo. 

Pojechałam nad ukochane morze, pojechałam pierwszy raz od... nie pamiętam kiedy, kiedy to celem nie był trening, warsztaty, szkolenie, ani obóz jogi. Pojechałam spędzić wolny czas ze sobą, co uważam to za ogromny przywilej i wartość. W tym czasie, nad morzem, nie miałam w planie absolutnie żadnych zajęć.

Nie miałam planu.

Samotny pobyt nad morzem był odpowiedzią na moją silną potrzebę separacji, spakowałam plecak i ruszyłam, zostawiając za sobą codzienność. Samotnie spacerowałam, czytałam, jadłam, spałam, słuchałam muzyki. Spędzałam czas wolny tak, aby odpocząć, wyjść z każdej z ról, jakie pełnimy na co dzień w życiu zawodowym i osobistym. Z roli matki, partnerki, pracownicy czy szefowej, ale też ogarniaczki...

Być w kierunku na siebie.

Być może nie uda się mi się nigdy całkiem "uzdrowić" z znaczeniu przeżytych stresów, traum i cierpień. Być może nigdy nie uda mi się pozbyć nerwicy. Albo wszystkiego przepracować.
Ale najważniejsza jest relacja ze sobą, która nie ma końca, o którą warto dbać. Bycie w uważnym kontakcie ze sobą rozwija, a rozwój uszczęśliwia, przynajmniej mnie ;)


Dbacie? 


*****

Co o czasie wolnym i rozwoju osobistym polskich kobiet mówią dane?


W badaniu segmentacyjnym czasu wolnego i rozwoju osobistego "Kobiety w Polsce", wyodrębniono
 5 segmentów współczesnych Polek:
Ogarniaczki Rzeczywistości, 21 proc - ich domeną jest ogarnianie wszystkiego wokół, w życiu osobistym i zawodowym (przy czym 49% Polek nie pracuje zawodowo).
Bokserki Losu, 20 proc.- sensem ich życia są dzieci, poświęcają się dla rodziny.; prywatnie i zawodowo - czują się niedoceniane.
Dziarskie Dziewuchy, 18 proc. - jedyny segment kobiet, które walkę feministek uważa za niezakończoną;
Domowe Królowe, 18 proc. - tradycyjny model rodziny jest dla nich naturalny, mężczyzna ma zarabiać na dom, kobieta dbać o ciepło domowego ogniska.
E-Księżniczki, 17 proc. - najmłodszy segment, kobiety zadowolone z życia, aktywne w social mediach, zawodowo i towarzysko.

W badaniu „Zrównoważony rozwój albo nic. Wymarzona przyszłość Europejczyków z pokoleń Y i Z” 65 proc. młodych polskich kobiet ceni zdrowie fizyczne i emocjonalne, a 59 proc. wzajemną bliskość; i to głównie dla kobiet, a nie dla mężczyzn, ważne są relacje społeczne.

Z kolei to badanie o kobiecości, mówi, że blisko połowa (47%) z nas często porównuje się z innymi kobietami. Boimy się, że jesteśmy niewystarczająco dobrymi matkami, pracowniczkami, a nawet partnerkami. 

Badanie „Bebilon 2. Przyszłość zaczyna się dziś” pokazuje, że 68% kobiet – kiedy mają czas dla siebie – sprząta, robi zakupy i gotuje. Zaledwie 26% kobiet realizuje swoje pasje, a na pytanie czy w wolnym czasie uczęszczają na regularne zajęcia poza domem, aż 79% kobiet zaprzeczyło.


Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia