Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

Sardynia z dziećmi. 2026


W zeszłym roku musieliśmy zrezygnować z pobytu na wyspie Pag i już nie chciałam tam wracać. Chciałam coś innego. Po Sycylii, Albani, Korfu, Czarnogórze i Chorwacji jako wypraw backpackingowych, wybór nie był oczywisty. Jest wiele miejsc, w które mnie nie ciągnie, ale poczułam, że Sardynia mnie woła.
My i plecaki. I to na dwa tygodnie.

Na Sardynię żadna linia nie lata bezpośrednio z Wrocławia, dlatego najpierw pojechaliśmy pociągiem do Krakowa i tam zatrzymaliśmy się na jedną dobę. Obeszlismy cały rynek, kościoły, Kazimierz i Wawel łącznie z jamą smoka, dzięki czemu dziewczyny miały okazję poznać też i Kraków, gdzie wcześniej nie były.
Lot na Sardynię jest krótki (2h), z lotniska odebraliśmy wcześniej ogarnięte auto, które służyło nam przez cały pobyt. Bez auta generalnie też by się dało (autobusy i pociągi kursują przez całą wyspę) ale nasz plan wymagał elastyczności i swobody.
Zależało nam na górach i plażach. Wybraliśmy północno-wschodnią część wyspy.
Nasza baza noclegowa to La Caletta, mieszkanko wynajęliśmy od przesympatycznego Alessandro, tutaj namiary.

Co odwiedziliśmy:

🌊 Porto Istana 




Piękna piaszczysta plaża z płytką wodą i widokiem na wyspę Tavolarę. Wejście na plażę przy parkingu jest pełne leżaków, plażowiczów, jest też beach bar z muzą. Dlatego warto przejść się kawałek dalej od głównego wejścia, w lewo na pomost i skałki czy w prawo na wydmy i zatoczki.
Na plażę można również dostać się miejskim autobusem.


⚓ Marina La Caletta - port i plaże


Kierując się w prawo od portu wchodzimy na plażę miejską, idąc brzegiem kilka kilometrów w kierunku Santa Lucia można plażować samotnie przy wydmach. 


Idąc w lewo od portu wchodzimy na drugą stronę plaży, skałki, zatoczki, wieża Toro di San Giovanni, sporo zieleni i ogromnych drzew. Można przespacerować brzegiem kilka kilometrów w kierunku San Giovanni, aż do Spiaggia di Su Tiriarzu.
Zejście do wody z obu stron jest łagodne i piaszczyste. Woda krystaliczna, na brzegu nieco morskiej trawy, która "nie wygląda" i nie pachnie, ale jest ważną częścią ekosystemu i oczyszcza wodę.


🏔️ Park narodowy Gennargentu, szczyt góry Monte Ortobene



Auto zostawiliśmy w Nuoro przy kościółku Chiesa della Madonna della Solitudine. Na przystanku przy Via Solitudine wsiedliśmy w autobus linii 8 i stamtąd dojechaliśmy do parco del Monte Ortobene.
Z góry (ok. 900 m npm.) schodziliśmy lasem, nie spotkaliśmy nikogo na odcinku 5km. Zejście niewymagające poza kilkoma fragmentami, gdzie były skałki. Spacer relaksujący, pełen pięknych wrażeń. Droga prowadziła czerwonym szlakiem od szczytu do kościółka Chiesa della Madonna della Solitudine.


🖼️ Miasteczko Orgosolo



Znane z krwawej historii gangsterskich porachunków rodowych i wspaniałych murali, którymi pokryte są ściany domów w historycznym centrum, położone w górzystej części Sardynii.
Urokliwe i klimatyczne, położone wysoko i nierównomiernie, co nadaje mu oryginalności. W centrum znajdują się małe sklepiki z rękodziełem, kościółek, kawiarnia i księgarnia. 


🏖️ Cala Brandinchi





Rajska plaża w otoczeniu zieleni i wzgórz. Plaża ma ograniczoną powierzchnię i dla ochrony jej ekosystemu, wstęp trzeba zarezerwować do 48 godzin i jest odpłatny. Ale warto, woda jest długo płytka, krystalicznie czysta, turkusowa i pełna rybek. Spędziliśmy tam cały dzień, budując fortece i wieżyczki z piasku muszelek i trawy.
Obok Cala Brandinchi jest bezplatna plaża Lu Impostu na którą można wejść z tego samego parkingu. Parking jak często w okolicy uczęszczanych plaż odpłatny.


🪨 Capo Comino




Punkt widokowy, latarnia i skaliste wybrzeże. Podejście, mimo stromego szczytu i ponad 30 stopni w cieniu, nie było zbyt wymagające, prowadziło ścieżką częściowo w cieniu, przez zarośla i kamienne konstrukcje. Z góry widok kapitalny.
Zeszliśmy ścieżką trekkingową schodzącą na wybrzeże, prosto na granity miejscami pokryte solą, wygładzone przez turkusowe morze. Można też podejść do w pobliżu usytuowanej latarni morskiej z muralem (nie jest dostępna to zwiedzania od środka).

🦀 Berchida Beach




Rozległa plaża piaszczysta. Miękki piasek, płytka woda, kraby, tochę skał i zieleni.
Dużo przestrzeni, bardzo "nasza" plaża. 


 🏰 Posada, ruiny zamku Castello della Fava i Scogliera Baia sant'Anna





Starówka wokół ruin przypomina nieco Orgosolo. Klimatyczne, ciasne uliczki, knajpki, schody i zakręty. Nieopodal plaża Porto Ainu, kameralna, piaszczysta, z małą stanicą dla łódek i desek do windsurfingu na wynajem. Z prawej strony plaży, za cyplem, znajduje się Scogliera Baia sant'Anna - różowe granitowe skały, stary falochron wychodzący w morze, z którego Sardyńczycy czasem łowią ryby, małe zatoczki między skałami, brak ludzi i... znów odkryty przypadkiem "nasz" klimat :) 

🐠 Capo Coda Cavallo






Pas granitowego lądu, który rozciąga się do morza. Od parkingu spacer lasem do linii brzegowej i potem całą frajda na dziko - wzdłuż brzegu, po skałkach, wśród zarośli przy turkusowej wodzie.
To jest miejsce do włóczenia się, a nie tylko do leżenia.
Spiaggia delle Vacche to wygładzone granitowe skały, małe baseny, zatoczki między głazami.
Spiaggia della Tartaruga - można się wspinać, skakać, eksplorować, szukać rybek, krabów i krewetek. Po drodze jeszcze kilka innych zatoczek między skałkami, plażyczek, urokliwie i rajsko.

⛵ Rejs statkiem po zatoce Orosei





Wyprawa trwa 9 godzin, z czego ok. pięciu to rejs przez otwarte morze, przy grotach i zatokach. Relaks i chill, można podziwiać widoki, pić kawkę lub drzemać (wiatr działa niezwykle wyciszająco). Resztę czasu spędza się na rajskich plażach.
Cala Mariolu to najpiękniejsze miejsce jakie widziałam na żywo. Kolor wody jest po prostu absurdalny. Wygląda jak zdjęcie z katalogu, z którym ktoś przesadził w Photoshopie, a potem człowiek przyjeżdża i okazuje się, że naprawdę tak jest.
W turkusowej, krystalicznej wodzie ciekawskie ryby zaczepiają trącając pyszczkami :)


🇮🇹

Przyznam się, że leciałam na Sardynię sprawdzić jak oni tam żyją na tych pastach, focacciach i jaka jest ich tajemnica długowieczności. 
Na pewno władze sardyńskie bardzo dbają o przyrodę i infrastrukturę wyspy. Polityka segregacji śmieci i ekologii jest restrykcyjna, każdy turysta musi się do niej stosować.
Wyspa jest generalnie czysta i zadbana, ludzie życzliwi i uśmiechnięci.
Widoki oszałamiające, ceny wręcz przeciwnie (zbliżone do naszych).
Słońce pali, a morze pełne życia chłodzi.
Po prostu Sardynia. Musisz ją odwiedzić 🥰








Czytaj więcej >

Gifted czy Asperger?


Mamy czasy diagnozowania, kwalifikowania pod tezę, oceniania, orzeczeń, opinii i badań naszych dzieci. Normy są wyśrubowane i mało który dorosły się na nie łapie, ale to przecież normy dla dobra naszych dzieci, żeby im pomagać, żeby mogły się prawidłowo rozwijać. Jeśli nie łapią się na normy, już czeka terapia i ekspert, w ramach odskoczni od opresyjnego środowiska systemu edukacji.






Nie generalizuję, diagnozy też są potrzebne. Ale jako samodzielnie myśląca matka, która stykała się
z powierzchownym, nieobiektywnym, krytycznym osądem otoczenia, w tym tzw.specjalistów od dzieci, oraz widząc, jak łatwo przylepia się łatki innym dzieciom, zdążyłam wyrobić sobie własne zdanie. 

Mamy czasy, kiedy skupiamy się na dzieciach tak bardzo, jak nawet w połowie nie skupiamy się na sobie samych. Chcąc zaspokoić wszystkie potrzeby dzieci, te rzeczywiste i te, które nam się wydaje, że ich potrzebami są, przestajemy zajmować się sobą - źródłem realnych wzorców. Chcemy dzieci naprawiać, ze sobą nie robiąc nic.
I tak oto wpędziliśmy dzieci w kozi róg - dzieci muszą spełniać oczekiwania otoczenia i nasze, są bombardowane sprzecznymi wzorcami (pomagaj/bądź dobry/dziel się vs bądź najlepszy/wygrywaj/tylko ty się liczysz), są wystawiane na nieustanną ocenę, mają się dostosować ale być wybitne, mają być posłuszne i asertywne jednocześnie, mają być podręcznikowo sprawne, rozwinięte według akademickich norm. 

Rodzic, który widzi, że z dzieckiem "coś jest nie tak" (albo słyszy to od innych) szuka informacji w internetach a następnie leci do ekspertów, których lista rośnie i wcale nie mam na myśli nazwisk tylko tzw.tytuły. Tytułowani eksperci, o których istnieniu kilka lat temu nikt nie słyszał, okazują się niezbędni na drodze naszego rodzicielstwa (niezbędni nam ale i czasem dzieciom).
Zdarza się, że ich teorie się wykluczają. Albo, że szukają potwierdzenia pod tezę skrupulatnie opisanego przez rodzica i podanego im pod nos problemu (którego nie zobaczą u dziecka przez 30 minut będąc z nim sam na sam). Wypisane w elaboracie diagnozy można z łatwością dopasować do większości, nikt z nas nie jest homogeniczny. Jesteśmy zagubieni w oceanie wskazówek, zaleceń, niezrozumiałych sformułowań, dziwnie brzmiących terminów. Stajemy się zagubieni i labilni emocjonalnie, jak to dziecko w gabinecie.

No bez wujka googla i fejsbukowych grup wsparcia się nie obejdzie.

Wiem, że jest druga strona medalu. Wiem, że są dobrzy specjaliści i skuteczne terapie.  Ale dziecko to nie jest zbiór ustandaryzowanych, stereotypowych cech, a jeśli rodzic ma potrzebę dookreślenia dziecka to niech idzie do specjalisty po diagnozę, wtedy, kiedy uzdolnień nie widać a trudności przerastają ich w codziennym życiu. Dlaczego wtedy? Żeby nie zderzyć się ze ścianą polskich standardów kategoryzacji dzieci (uczniów). Polski system nie ma pomysłu na zdolne dzieci.
Publikacje naukowe pokazują nam o wiele szerszą perspektywę problemu.
Np. na stronie amerykańskiej Davidson Institute znajdziemy wyjaśnienie różnic między uzdolnieniami
a zespołem Aspergera
(tekst z 2009!), dlaczego w Polsce jesteśmy tak daleko w tyle z tą fachową wiedzą?

Zdolne dziecko z trudnościami, dziecko gifted, dziecko podwójnie wyjątkowe 2E, dziecko z asynchronią rozwojową, ponad przeciętnie zdolne z rozpoznaniem ASD, IS, SPD, ADHD, ADD, Hyperfocus... 

GADC to klinicznie opracowane narzędzie - lista kontrolna dziecięcych uzdolnień vs. zaburzeń Aspergera, która ma pomóc nauczycielom, ekspertom i rodzicom określić, czy:
nieodpowiednie, nieelastyczne lub nierealne środowisko edukacyjne przyczynia się do niezwykłego lub niewłaściwego zachowania dziecka, ma wskazać, które działania, te dla zdolnych czy te z zespołem Aspergera będą najbardziej odpowiednie i pomogą, a nie zaszkodzą. 





Publikacja i bibligrafia: https://www.davidsongifted.org/search-database/entry/a10900

Czytaj więcej >

​Dzieci nadmiernie widzialne


Każdy z nas był widzialny przez swoich opiekunów w jakichś konkretnych sytuacjach. Kiedy wrzeszczał i wpadał w histerię, albo kiedy ładnie wyglądał, albo  recytował wierszyk, albo opiekował się rodzeństwem, albo dostawał piątki, albo kiedy był chory, albo kiedy był grzeczny, albo ładnie jadł, albo kiedy się bił, albo sprzątał.
Pamiętamy uczucie bycia widzialnymi. Pamiętamy kiedy się pojawia i co musimy robić, żeby wróciło. Awanturować się, bić, dobrze uczyć, ładnie jeść, chorować, występować, opiekować, sprzątać....

Inaczej jest kiedy jesteśmy widzialni na okrągło. 



Bo upadniesz, bo nie zjesz, bo zrobisz sobie krzywdę, bo musisz mieć pomoc (sam nie dasz rady), bo trzeba cię nadzorować, kontrolować, chronić, wyręczać, być dostępnym na każde zawołanie, wymagać specjalnego traktowania.... 

Z takim oczekiwaniem stajesz wobec świata. I szukasz możliwości co zrobić, aby być niewidzialnym.

Nadmiernie się boisz, kłamiesz, masz niską samoocenę, niską odporność i niską pewność siebie. Nie wierzysz, że jesteś wystarczająco zdolny, kompetentny ani dobry, aby samodzielnie zarządzać swoim życiem. 

Nie udowodniłeś sobie, że sam potrafisz, więc nie masz poczucia własnej sprawczości, skuteczności i motywacji. Byłeś stale monitorowany i chroniony, więc tego oczekujesz w relacji.

Ciągle słyszałeś, jak jesteś wyjątkowy, że zasługujesz tylko na to, co najlepsze. Że nikt nie może cię traktować niesprawiedliwie. Dorastasz w przekonaniu, że masz specjalne uprawnienia.

To są przykre konsekwencje dla ciebie. A jakie są dla otoczenia i przyszłości? 

Wyobraźmy sobie, że takich dzieci, nadmiernie widzialnych,  jest w grupie więcej. Ekstremalne poziomy reagowania, pomocy i interwencji ze strony nadopiekuńczych rodziców uczą dzieci, że zasługują na specjalne traktowanie. Takie dzieci mogą czuć się "uprawnione" do wyjątkowych przywilejów i mieć przekonanie, że to one są najważniejsze w każdej sytuacji. Każdy ma poczucie absolutnej wyjątkowości, bycia w centrum i zaspokajania wszystkich potrzeb na już.

Jak się dogadają? Jak zbudują relację?
A jeśli uwagi zabraknie?
W jaki świat uciekną, kiedy przestaną być widzialni?

~~~~~~~~~~~~~


O nadopiekuńczości - zmorze "czasów rodzicielskiej bliskości" - pisałam tu:

UCIEKA DZIECKO ZA KTÓRYM GONISZ




Czytaj więcej >

Dzieciocentryzm to zuo


         Afrykańska matka jest ze swoim niemowlakiem non stop. Nosi ze sobą małe dziecie w chuście i wykonuje prace fizyczne. Jest z nim nierozłącznie, tego się od niej oczekuje, taka kultura, takie warunki. Opiekuje się bo to należy do jej rodowych obowiązków. Kiedy dziecię dorasta, odkleja się od matki i bawi się z innymi dziećmi, nikt już nie oczekuje od niej, żeby robiła z nim budowle z patyków, bawiła się w berka i wymyślała na całe dnie kreatywne i edukacyjne zabawy, a także dbała o jego wszechstronny rozwój osobisty. Europejska matka idąc wzorem matki rdzennej i idei bliskiego rodzicielstwa zaopatrzyła się w chustę, tudzież nosidło, i też praktykuje noszenie.
Różnica jest taka, że nie kopie w polu i poza podstawową opieką pełni wiele innych skomplikowanych ról wobec swego potomka, które czasem wpadają w masochistyczny dzieciocentryzm.




Kiedy moje dzieci były niemowlętami, lubiłam kiedy w mieszkaniu było czysto i systematycznie np. myłam podłogi. Ile to się nasłuchałam, że po co, że nie warto, że lepiej żyć z syfie ale pobyć z dzieciątkiem, że są ważniejsze rzeczy, a podłoga poczeka. Nie mogłam zrozumieć, skąd inni wiedzą, co jest dla mnie najlepsze (i dla moich dzieci). Mnie te czyste podłogi podnosiły samopoczucie. Psychologicznie patrząc, teoria głosi, że podobnie jest z pracą w ogródku - daje poczucie kontroli, jaką tracimy w naszym życiu. Posiadanie dzieci, szczególnie małych, przewala życie do góry nogami i kontroli nie ma żadnej. Umycie podłogi, naczyń czy włosów, może pomóc postawić do pionu nasze ego. 

Te i inne codzienne zachowania, mogą się z różnych przyczyn nie podobać innym, bo są kwestią potrzeb matki i nie koncentrują się wyłącznie na dzieciach. Życie matki, według wielu, ma być zdeterminowane przez bycie matką. Macierzyństwo powinno być celem i treścią jej życia. Rola europejskiej matki jest jednak dużo bardziej wielowymiarowa, niż matki afrykańskiej. Skomplikowała to kultura masowa, a dokładają do pieca.... inne matki.

Matka bywa w kryzysie. Szuka zrozumienia i oparcia. Dostaje obstrzałem mądralińskich ocen i złotych porad, bo cokolwiek się dzieje, to matka coś źle robi i konieczne powinna to naprawić wg uniwersalnych instrukcji.
Gdzie w matce jest człowiek? Poza byciem matką niewiele zostaje. Jest organizatorem życia rodzinnego, logistykiem, zaopatrzeniowcem, a na spotkaniach towarzyskich specjalistką od wizerunku. I oczywiście jest terapeutą rodziny. Dla swych dzieci musi być zawsze rozumiejącą i wspierającą. Kiedy przedszkolaki dają popalić, to wyrażają swoje głębokie potrzeby, na które musi pojawić się odpowiednia reakcja.
Kiedy dorastające trzaskają drzwiami i nie wykazują chęci współpracy, to pewnie zaznaczają granice i budują swoje terytorium - należy to bezwzględnie uszanować. Kiedy marudzą, wchodzą na głowę i nie współpracują, trzeba je bezwzględnie kochać, wspierać, doceniać, poświęcać się w całości i pracować nad swoimi złymi emocjami, kiedy się tylko pojawią.
A jeśli nie radzimy sobie z wychowaniem, to mamy problem i zróbmy coś z sobą, mamy ogromny rynek poradników, które możemy czytać po nocach.
Bo matka musi się kierować empatią a nie egoizmem! 

Moja mama opowiada, że kiedy ona wychowywała nas, nikt się tak nie skupiał na dzieciach jak dziś. Przede wszystkim mamy nie krytykowały się wzajemnie, nie pouczały i nie robiły wykładów o tym co czują i myślą ich dzieci. Tworzyły społeczność bez wyścigów o style wychowawcze.
Organizacja życia była dużo trudniejsza ale nikt na siłę nie udowadniał, że jest mu lekko - zapewne nie miał gdzie (nie było instagrama). 

Współczesne matki muszą się zmagać z oceną swojego zachowania i wyglądu na każdym kroku. Są rozliczane z tego, co mówią, jak mówią, co robią, a nawet co myślą. Nie jestem pewna, czy społeczeństwo dało matce prawo do wyrażenia rozczarowania, na tyle, na ile to deklaruje. Wychowywanie dzieci stało się środkiem do celu, jakim jest sukces życiowy; wyścigiem idealnych matek idealnych dzieci; domeną najbardziej zakompleksionej i pogubionej grupy społecznej.

Czy jest dla nas matek jeszcze jakaś szansa? ;) 


Czytaj więcej >

Życie wielodzietne


W szkole średniej pisałam krótkie opowiadania i wiersze. Na studiach bawiłam się w dziennikarstwo społeczne, byłam nawet redaktorką naczelną na pewnym popularnym serwisie. Produkowałam wpisy na bloga taśmowo, pisanie dawało mi dużo ulgi, szczególnie jeśli drążyłam jakiś temat, albo jeśli coś mi ciążyło i mogłam to z siebie wyrzucić. 

OffMatka jest moim trzecim moim blogiem w offnurcie. Uwielbiałam pisanie do momentu kiedy poczułam, że nie mam już w sobie tej silnej potrzeby, skierowała się gdzieś indziej. Choć chętnie napisałabym o znikających przeciwciałach i badaniach przedklinicznych na makakach ale kto o tym zechce czytać, skoro odwaga narodowa tak potaniała, że wystarczy się zaszczepić, żeby być bohaterem?

Więc na razie mało piszę, moje dzieci rosną, buduje mi się coraz wyraźniej i konkretniej szczery do bólu obraz życia rodziny wielodzietnej. Jesteśmy pod względem życia codziennego minimalistami, co oznacza, że wystarczy nam to, co posiadamy. Ale marzy mi się pójście z mężem na rytuał do sauny, tylko we dwoje, nie mieliśmy okazji zrobić tego od ponad 6 lat, bo nie mamy z kim zostawić dzieci. A one są epicentrum naszego świata, codziennym przewodnikiem, nauczycielem, coachem i terapeutą. Mój rozwój osobisty to właśnie ta codzienność, zmaganie się ze słabszymi chwilami i umiejętność czerpania z nich.
Mam momenty okropnego zmęczenia nieustanną dyspozycją, szczególnie kiedy jest nerwowo. Nie da się skupić na każdym dziecku naraz. Zawsze któreś jest w tle i dopomina się o uwagę w różny sposób.  

Jednego jestem pewna - jako matka wielodzietna i osoba zawodowo obcująca z młodzieżą - w dzieciach jest więcej różnic niż podobieństw. Wygląd, temperament, upodobania, mocne i słabe strony, charakter. Są dzieci, które lubią i potrafią bawić się abstrakcyjnie, i takie które tego nie łapią. Są takie, co skupią się na określonej czynności i robią ja długo, i takie, co nudzą się szybko i szukają nowych wrażeń. Są takie, co wrzeszczą o wszystko i takie, co rzadko się drą. Takie, co ucieszy każda zabawka i takie, co nie bawią się niczym. Takie, co zajmą się sobą przez kilka godzin i takie co nie zajmą się sobą przez 5 minut. Są dzieci współpracujące i dzieci wymagające, dzieci ciche i głośne, dzieci odważne i wycofane, samodzielne i nie, takie co budują i takie co psują. Patrzenie na dzieci poprzez pryzmat tego, w czym się różnią, może poszerzać horyzonty, zmniejszać szufladki, dawać więcej świadomości, a mniej niezrozumienia - jeśli tylko jesteśmy zdolni do głębokiej tolerancji. Jeśli masz więcej niż jedno dziecko, wiesz, jak bardzo się różnią i że nie ma uniwersalnych metod wychowawczych. Że trudno jest robić coś w grupie dopasowując formę, tempo zajęcia do wszystkich, różniących się wiekiem dzieci, i przy tym nie zatracić własnych potrzeb. Że praca z dziećmi jest nieustająca i nieprzewidywalna. 

Że ciężko jest pogodzić potrzeby różnych osób. 
Np. ruchu moich dzieci z moim odpoczynkiem i bywa też na odwrót 👀











Czytaj więcej >

Moja edukacja domowa. Bo z dziećmi trzeba lubić być.

 

Jesteśmy w ED trzeci rok. Edukacja domowa dziecka, stała się edukacją całej rodziny. Przelała się na młodsze dzieci i na nas. Ma tak istotny wpływ na funkcjonowanie całej rodziny, tak mocno kształtuje jej tożsamość i każdego jej członka z osobna, że role się mieszają, czasem to dziecko uczy rodzica. Wszyscy przechodzą transformację
i określają się na nowo.
ED rozwija niesamowicie, podkreśla kompetencje, obnaża niedociągnięcia. 

Przede wszystkim wyzwala z presji pierwszego zawodu, określonej filozofii życia, myślenia tzw. szkolnego, przestawia klepki i pozwala poznać siebie nawzajem z zupełnie innej strony. 

Od początku nie chciałam być nauczycielką własnego dziecka. Nie czuję się dobrze w tej roli. Nie mam potrzeby nauczać, tego co należy, kontrolować stan zrozumienia, sprawdzać i rozliczać. Czułam, że mogę tylko wspierać,
a luz i wolność w ED bardzo odpowiadał mojej hierarchii wartości i temperamentowi. 

Sposobów i postrzegania ED jest tyle, ile rodzin. Nie ma uniwersalnych metod i sposobów na istnienie w ED.
Składa się na to wiele czynników, takich jak: indywidualne potrzeby, możliwości, organizacja życia codziennego, ilość dzieci i ich wiek, sytuacja zawodowa.
Wszystko ma plusy i minusy, ED też. Z dziećmi trzeba lubić być. Wcale nie trzeba robić z nimi wymyślnych rzeczy i nauczać ich codziennie. Można ich wcale nie nauczać! Ale w ED nie da się nie budować z nimi relacji. Czyli tego, co stanowi dla mnie fundament rodziny. I arcyważne są dla mnie kompetencje osobiste i społeczne moich dzieci. Bo ani poziom wiedzy szkolnej, ani IQ nie gwarantują życiowego sukcesu.
Ich miłość własna, poczucie wartości, umiejętność radzenia sobie w życiu, krytyczne myślenie, samodzielność, indywidualizm, rozwiązywanie problemów, budowanie relacji, wzajemne zrozumienie.





Pamiętam z czasów jeszcze szkolnych mojego dziecka, skupienie pedagogów na deficytach, brakach, niedociągnięciach, wadach. Eksperci z poradni też to lubią. Wywlekanie problemów i kreatywność w wymyślaniu kar. „Dzieciom nie wolno” to szlagier. Podcięte skrzydła córki udało się skleić, a na pożegnanie z systemem stwierdziła „szkoła nie poradziła sobie ze mną”.


Codzienność w ED to nie jest sam miód. Kryzysy też bywają. Szczególnie zmęczenie, nadmiar obowiązków, dezorganizacja. Trudności indywidualne dziecka.
Ale swojej uwagi nie warto na to kierować. Na mnóstwo rzeczy nie mamy wpływu. Lepiej skupić świadomość na radości, jaką przynosi obcowanie z własnymi dziećmi. Bo jest czas na rozmowy, na zabawę, na tworzenie, na bycie razem. Odpuszczanie to trudna umiejętność, ale jakże przydatna. 

W wychowywaniu dzieci kieruję się dwoma wartościami. Empatią i intuicją. Kiedy jest trudniej nie myślę co zrobić – skupiam się na emocjach. Współodczuwanie pomaga mi zrozumieć, oddalić się od własnych oczekiwań. Pomaga zaufać. 

A intuicja to wspaniała rzecz, zawsze podszeptuje najlepsze rozwiązania. Kierując się intuicją przestałam cisnąć dziecko do wymaganej nauki. Puścił stres i presja, zyskaliśmy chęć na robienie rzeczy, które sprawiają nam przyjemność. Idziemy własnym tempem, żyjąc dniem dzisiejszym.  

Jutro wydaje się być takie pogodne...

Czytaj więcej >

Pan Demia czyli masowa produkcja życiowych fajtłap


"Wygląda na to, że to nie sam wirus jest dla nas dużym zagrożeniem, ale nasz styl życia." pisze na swoim fejsie Aga Maciąg. Boimy się wirusa, ale co zrobiliśmy, żeby poprawić stan naszego zdrowia i samopoczucie? Chlejemy, żremy byle co, palimy, nie ruszamy się i prowadzimy niechlujne życie emocjonalne. 
Czy powinniśmy się bać samych siebie? A może tego, co robimy dzieciom...




Terapeuci J.E.Young i J.S.Klosko, pisali o schematach myślenia i funkcjonowania jako autodestrukcyjnych wzorców osobowościowych - pułapek życiowych. Jednym z nich jest schemat podatności na zagrożenie i zranienia. Podstawowym uczuciem towarzyszącym temu schematowi jest lęk. Ryzyko niebezpieczeństwa jakie może cię spotkać rośnie i rośnie, za to minimalizuje się zdolność do radzenia sobie. 

Jak to się dzieje? 
Pułapki życiowe to wzorce, które powstają w okresie dzieciństwa i wywierają wpływ na całe życie. Determinują sposób w jaki myślimy, czujemy i zachowujemy się. 
Jeśli dorastasz w osamotnieniu i poczuciu emocjonalnego opuszczenia, w dorosłym życiu odtwarzasz stan odizolowania. Jeśli dorastasz w poczuciu ciągłego zagrożenia, wśród komunikatów, że świat nie jest bezpiecznym miejscem, w dorosłym życiu nigdzie nie będziesz czuł się wystarczająco bezpieczny i spokojny. Jeśli dorastasz w poczuciu własnej bezwartościowości i "wybrakowania", w dorosłym życiu będziesz przekonany, że każdy kto bliżej cię pozna, nigdy cię nie pokocha, i mimo społecznego uznania, ciągle będziesz czuł się niespełniony i niepotrzebny. Jeśli dorastasz, stawiając potrzeby innych ponad swoje, w dorosłym życiu nie będziesz mógł zaspokoić własnych potrzeb - nawet nie będziesz w stanie ich określić. Kiedy dorastasz w poczuciu nieprzewidywalności, będziesz za nią podążał, dręcząc samego siebie.

Nadwrażliwość może dotyczyć zdrowia i choroby. Żyjesz w przekonaniu, że możesz nosić ciężką chorobę. Albo, że coś złego ci się przydarzy. Jesteś wrażliwy na sygnały płynące z ciała, niektóre wywołują ataki paniki. Upał, zimno, wysoko, nisko, ruch itp. Jesteś czujny nieustannie. Nadmierny, nieadekwatny lęk o swoje zdrowie sparaliżował twoje życie.
Nadwrażliwość może dotyczyć bezpieczeństwa twojego i najbliższych. Gdziekolwiek jesteś, masz poczucie braku bezpieczeństwa. Nieproporcjonalne do realnego poziomu zagrożenia. Nie ufasz nikomu, jesteś podejrzliwy. Obawiasz się wyzwań, związków, podróży, zmian, chorób, napadu, wszystkiego... Złapany w te pułapkę życiową, żyjesz w nieustanym niepokoju i napięciu. 

Kiedy byłeś dzieckiem, Twoi opiekunowie byli nadopiekuńczy w przemocowy sposób, nadmiernie martwili się o ciebie, powtarzali ci że może spotkać cię coś złego. Byłeś otoczony nadmierną i podszytą lękiem opieką, wykluczony i odizolowany, z poczuciem zagrożenia płynącego z każdej strony. Bo nie tylko rodzina ma wpływ na twoją przyszłość. Kształtuje cię też środowisko, komunikaty które słyszysz, obrazy które oglądasz. 

Dziecko, aby dobrze się rozwijać, potrzebuje m.in. podstawowego bezpieczeństwa. Czy widok zamaskowanych ludzi, izolacja, zamknięte place zabaw, niestabilna sytuacja, zewsząd płynące ostrzeżenia o potencjalnym zagrożeniu i ewentualnej chorobie to fundamenty do prawidłowego rozwoju?

Do czego to prowadzi? Wieloletnie przewlekłe problemy życiowe. Depresje, nerwice, uzależnienia, kompulsje, obsesje, zaburzenia, nieumiejętność zbudowania relacji. Jakość życia dużo niższa, niż by tego chcieli.
Dupy wołowe i śpiące królewny.

Jaki będzie świat naszych dzieci?



Terapia życiowej pułapki jest opisana w książce "PROGRAM ZMIANY SPOSOBU ŻYCIA" J.E.Young i J.S.Klosko,
którą bardzo polecam :)

Obraz enriquelopezgarre z Pixabay.   
Czytaj więcej >

Jak nie dać własnego życia spieprzyć dziecku?




Natknęłam się na książkę Marceli Mikołaj o tytule "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku". Nie zgłębiając jej środka i skupiając się na tytule, z automatu pomyślałam, że tematem sprawy powinno być jak nie dać własnego życia spieprzyć dziecku? Nie będą nam gówniarze psuć krwi! Na to pozwolić nie wolno!





Jak nie pozwolić, aby własne dziecko spieprzyło nam życie? Czy nie pozwolić, oznacza zabronić? Jeśli zabronić, to czego - no chyba wszystkiego, co może nas doprowadzić do ruiny. Zabronić wkurzania nas, umęczenia, wpędzania w poczucie winy, odejmowania wartości.
Na pewno zabronić nas złościć, a nawet doprowadzać do szału, co robią na każdym kroku. Karać, bezwzględnie karać, kiedy przez nich nie dbamy o własne potrzeby, albo kiedy znów na coś nas naciągnęli, mali manipulanci. Karać za to, że ulegliśmy gdy bezczelnie wymuszali i szantażowali nas emocjonalnie. Tępić kiedy pyskują, są niewdzięczni i robią nam tyle przykrości.
Robić to wszystko tak długo, aż się odczepią , my odetchniemy z ulgą i zapanuje święty spokój...

Oczywiście to wszystko to droga do kapitulacji rodzicielskiej. Droga najgorsza z możliwych. Bo to nie dzieci nas dręczą, męczą, manipulują nami, złoszczą nas i robią nam źle, bo takie są i robią to celowo.
O dzieciach trzeba myśleć jak o dorosłych. To nie ludzie nas denerwują, smucą, dręczą i złoszczą. To my się na nich denerwujemy i złościmy, to my czujemy się dręczeni przez innych i przez nich ranieni, zasmucani. Kiedy dajemy się ponieść albo nie dbamy o własne potrzeby, to nie dzieje się przez innych ludzi.

Nasze życie emocjonalne jest w naszych umysłach i zawiera się w naszych myślach. Z naszych przekonań powstają nasze stany emocjonalne. Inni ludzie, dorośli czy dzieci, nie mogą zmieniać naszego myślenia w naszych głowach, to niemożliwe.
Emocje nie biorą się z serca. Biorą się z głowy, są konsekwencją tego, jak myślimy. I tylko my możemy to zmienić.
Myślisz, że inni decydują o tym, jak się czujemy?
To wygodne, bo łatwiej jest powiedzieć, że inni mają się zmienić, niż zmienić coś w sobie samym.

Nie daj swojemu dziecku spieprzyć sobie życia. Nie wmów mu, że Twoje uczucia to jego wina, że Twoje decyzje to jego odpowiedzialność. Nie pozwól by ono dźwigało ciężar Twojej niedojrzałości, nieudolności i słabości.
Swoje życie możesz spieprzyć tylko sobie sam.



********************************
Styl wyjaśniania rzeczywistości -  optymizm i pesymizm
Więcej o kryzysie
O kryzysie i roli coachingu
Jak zmieniać swoje życie?

Czytaj więcej >

Rodzicielstwo Wolności




Wychowując trójkę dzieci i pracując, przyznaje że czasem żyje dość niechlujnie. Co mam na myśli?
Że zapominam o... sobie.
Zapominam, że moje myśli tworzą moje przekonania, a te kreują mój świat.
Zmęczenie, rutyna i pogoń potrafią nieźle namieszać. Wtedy zdarza się, że zapominam o swoich emocjach.
To one przypominają mi o sobie i czynią człowiekiem bez skóry.
Wtedy odpuszczam.
To pozwala wyzwolić z siebie to, co najlepsze. Wyzwolić siebie.




Bycie rodzicem wolnościowym to odpuszczanie, wybaczanie, rezygnowanie, minimalizowanie, darowanie sobie 
i innym wolności.
To odstawanie od norm i wytycznych narzuconych w społeczeństwie i życie nawet na przekór, ale po swojemu.
To rodzicielstwo niepoukładane, niezaplanowane.
Pełne silnych emocji i wątpliwości, spontanicznych decyzji, zwrotów, prawdy.
Wolne od presji, od ideologii, od udowadniania i udawania.
Bez teorii rodzicielskich i bujdy, że jako rodzic znam się na wszystkim i mam patenty na wychowanie. Bez potrzeby gromadzenia poradników rodzicielskich.
Bez konieczności nieustannej obserwacji dziecka, kontroli, lęku, oceniania, przymiarki do norm, diagnozowania, dawania mu zajęć rozwojowych kogoś zdaniem właściwych, a nawet koniecznych. W zgodzie na odrębność i autonomię.
Wolne od używek i ucieczek.
Wolne sumieniem, szczere, świadome, uczciwe.
Wolne duchem. Bez wpływów narzucających jak postępować, jak myśleć.
Wolne od kredytów. Dzieci przytulę tak samo na 55m2 i na 150m2. Cenię spokój i daje mi komfort większy 
niż cokolwiek materialnego.
Wolne od presji posiadania, podróżowania, wyglądania. Od podziałów zajęć i obowiązków według płci.
Wolne od przemocy domowej, szkolnej, od porównywania, rywalizacji, umniejszania, krytyki i tresury.
Wolne od ambicji!

Rodzicielstwo Wolności... to moje rodzicielstwo.
Czytaj więcej >

Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru vol.2





Wracam do swego tekstu o RB sprzed lat, który znajdziecie pod linkiem: 
"Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru" kontynuując tutaj temat w nieco zmienionej perspektywie.
Wtedy patrząc przez pryzmat całkiem małych dzieci, skrupulatnie skomentowałam wywiad z A.Stein, znaną ekspertką w temacie. Cóż, dziś napisałabym to samo, albo i więcej, właśnie dlatego, że teraz myślę też o nastolatkach, nieco poszerzył mi się rodzicielski punkt widzenia ;)







0-4 latkowi chcesz uchylić nieba, reagujesz na każdą jego potrzebę, na każde oczekiwanie, stęk i jęk, chcesz żeby zawsze i wszędzie mogło wyrazić siebie i tylko siebie, wybierać i decydować, w sposób jaki potrzebuje i chce, ma przecież do tego prawo, a Ty jesteś rodzicem bliskościowcem i stosujesz się do reguł Rodzicielstwa Bliskości. To są oczywiście założenia skrajne i wychodzące się z medialnego oblicza RB jakie opisałam krytycznie w I części i jest to zjawisko aktualne powszechne – wyznawane fanatycznie, krzywdząco rozumiane rodzicielstwo. 

Nawet dojrzałe umysły mają problem z takim wyrażaniem swoich emocji, żeby nie ranić innych.
Wymaga to samoświadomości, samokontroli, samoregulacji a także empatii. Im bardziej osoba ekstrawertyczna, ekspresyjna i wrażliwsza tym trudniej wypracowuje mechanizmy zachowania, tym trudniej jej mieć na wodzy emocje. 
W przypadku nastolatka gdzie te emocje buzują jak w wulkanie przed erupcją, wyuczone nawyki zachowań, jakie wpoił mu błędnie pojmujący idee wychowawcze i ślepo zapatrzony w uniwersalne trendy rodzic, przejdą w postawę, która obije się bolesną czkawką u rodzica, a przede wszystkim dziecka, które pójdzie z takim bagażem w świat. 

Na przykład, twoje małe dziecko uwielbia hałasować, krzyczeć i nieustannie ci przerywa, a RB mówi, że potrzeby dziecka i jego swobodna zabawa są w jego prawidłowym rozwoju najważniejsze, więc dajesz na to przyzwolenie (również w formie proszenia i tłumaczenia bez rezultatu). 

Albo w przesadnej trosce (czyli nadopiekuńczości) mówisz dziecku, co i jak ono czuje ("rozumiem, co czujesz" lub "jesteś wściekły"), lub co ma mówić innym ("powiedz Kasi, żeby ..."; "powiedz, że czujesz .../chciałeś /nie chciałeś ...") tak naprawdę mówiąc to do siebie i dla swojego poczucia kontroli nad dzieckiem i sytuacją.

Inny przykład. Dziecko jest uczone, że nie bierze odpowiedzialności za emocje innych, czyli postawy wysoce terapeutycznej :) To prawda, nikt nie bierze odpowiedzialności za odczucia emocjonalne innych osób. A kiedy dziecko zrobi coś przykrego rodzicowi, kopnie, opluje, powie że nienawidzi lub jako xx-latek nażłopie się alkoholu lub naćpa, gdy powiemy mu, że jest nam przykro i nasze serce rodzica wyje, a ono odpali - to Twój problem, ja nie jestem odpowiedzialny za to jak się czujesz. 
No racja, nie jest i ono nie ma problemu, wychodzi na to, że TY go masz.
Jeśli dziecko przez lata było uczone, że jego potrzeby i emocje są najważniejsze, że zawsze jest w centrum, że spełniane są wszystkie jego kompensaty i zachciewajki, że ma nieograniczoną swobodę w wyrażaniu siebie i jeśli innym się to nie podoba to mają problem, to wyobraźmy siebie teraz taką wyuczoną postawę u dorosłego. To narcyzm, niezdrowy egoizm, egocentryzm, arogancja.

A co tam internetowe matki piszą?

Matka Skaut pisze o rodzicielskich interpretacjach zasad rodzicielstwa bliskości, które dla niej, jako psychologa, są co najmniej niepokojące, np. 
- kiedy matka przedkłada przyzwyczajenia swojego dziecka nad swój podstawowy komfort psychiczny,
- kiedy nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby postawić swoje potrzeby przed potrzebami dziecka nawet raz na jakiś czas,
- kiedy pojawia się założenie, że dziecko w ogóle nie ma możliwości (i obowiązku) kontrolowania swoich emocji i że ma prawo wyrażać je zawsze i wszędzie tak, jak chce,
- kiedy zdanie dziecka jest tak samo ważne, jak zdanie rodzica
I trafnie opisuje Internetowy terroryzm, czyli jak ortodoksy RB wieszają psy na każdym kto zdecyduje się myśleć inaczej. 
Znam takie przypadki kiedy bliskościowe, zafiksowane na swoich jedynakach mamuśki (w sumie sama jak miałam jedno dziecko to napaliłam się na temat jak szczerbaty na suchary, a to były czasy Tracy Hogg) klasyfikują-opiniują-krytykują-oceniają bo one o wychowywaniu wiedzą wszystko, a Ty nic...
I w tym miejscu muszę napisać, że odnoszę wrażenie, że tym mamuśkom przede wszystkim brak luzu i dystansu, te wszelkie mądre poradniki stanęły im w kręgosłupach jak kije od szczotek!


Matka tylko jedna opisuje, że jej 4-latek wściekł się, bo wdepnął w zamek, który budował, i z tej wściekłości zaczął tłuc i kopać matkę. Matka nic nie zawiniła, ale oberwała kopniaki! Zgoda na odczuwanie silnych emocji przez dziecko zostało pomylone ze zgodą na dowolne ich wyrażanie.  

Matka pod prąd zachwyca się rodzicami Peppy czyli bajkowymi świnkami, którzy są wg niej godnym naśladowania wzorem RB, bo szanują uczucia dzieci swoim kosztem, nigdy nie krytykują, traktują ich na równi z dorosłymi oraz reagują natychmiast! na ich potrzeby.


Pytanie na koniec – skąd się bierze ten  brak refleksji? 
W wychowywaniu dzieci sięgamy po mądre teorie, które nas przerastają, bo mamy w sobie bałagan. Jesteśmy świetnie wyedukowani. Aż przeintelektualizowani. Ale emocjonalnie, a nawet mentalnie nie jesteśmy gotowi na NVC.
Mamy w sobie własne krzywdy, rany, niepoukładane sprawy. I zapominamy (albo wypieramy), że wszystko zaczyna się w nas, że Żadne sztuczne postawy szacunku nie nauczą go innych, jeśli nie szanujemy siebie samych.
Myślę sobie o tym za każdym razem, kiedy spotykam taką postawę u kogoś - "ja wiem na czym polega dobre wychowanie, powiem ci co masz robić, bo robisz źle", umniejszającego innym, zbzikowanego rodzica.
Dla mnie Rodzicielstwo Bliskości to skupienie na potrzebach, jako informatorach stanu rzeczy - ale nie tylko albo nie przede wszystkim potrzebach dzieci. To nie jest metoda ani narzędzie. To pomaga nie generować złości, pomaga zrozumieć poprzez empatię, ale nie pomaga rozwiązywać sytuacji. 

Czytaj więcej >

Dlaczego inteligencja nie gwarantuje życiowego sukcesu? Tropem Seligmana



Dlaczego inteligencja nie gwarantuje życiowego sukcesu?
Dlaczego oceny szkolne nie mają sensu?
W jaki sposób sam rodzic kształtuje w dziecku postrzeganie świata, a potem oczekuje od niego całkiem innej postawy?
Co to jest styl wyjaśniania, dlaczego warto go w sobie (i swoim dziecku) modyfikować, dla lepszego życia?







Część rodziców uznaje pewne parametry za kluczowe w osiągnięciu przez dziecko życiowego sukcesu. W tym: oceny szkolne, czerwone paski, osiągnięcia oraz wysoki iloraz IQ.
Niestety, żadne z powyższych nie gwarantuje sukcesu życiowego dziecka. Nie mają realnego wpływu na powodzenie w dorosłości. Sukcesy życiowe osiągają niekoniecznie osób najbardziej utalentowane! No, chyba, że przy odpowiednim talencie odznaczą się jednocześnie czymś jeszcze.
W czym tkwi clue?

(Dlaczego uważam, że oceny szkolne są bez sensu, a także o tym, co jest ważniejsze od wysokiego IQ dziecka piszę na końcu). 
Tymczasem zbadano, dokonano odkryć i postawiono wnioski, które od dziesięcioleci nie mają szans przebić się do polskiego systemu edukacji i rozsądku polskich rodziców, tym samym realnie pomóc naszym dzieciom mieć tzw. dobre życie.

Profesor psychologii, twórca teorii wyuczonej bezradności oraz psychologii pozytywnej, Martin E.P. Seligman, badał m.in. osoby rekrutujące się na wyższe uczelnie.
Mianowicie rekrutacja kandydatów na wyższe studia nie dość, że nie przewidywała postępów przyszłych studentów, to błędnie oceniała ich możliwości w toku studiowania. Rekrutacja była chybiona – po półroczu i dalej większość rokujących kandydatów odpadała ze studiów.
Co znaczyło „rokujących” w oczach działu rekrutacji? Miały być to osoby, które uzyskiwały określony wynik i dzięki temu były przyjęte na listę studentów. Wynik był liczony na podstawie ocen ze szkoły średniej, oceny komisji kwalifikacyjnej oraz rezultatów testu wstępnego na studia. Był to tzw. test SAT (Stanford Achievement Test).

Założono, że im wynik wyższy, tym większa gwarancja, że przyjmuje się dobrych przyszłych studentów, który będzie miał równie wysokie oceny – znamy to, prawda? Jest tak obecnie w szkołach średnich i wyższych w Polsce. Potrzebne są punkty w podstawówki, żeby dostać się do liceum i punkty z liceum, żeby dostać się na uczelnię. Ważny jest test wstępny oraz oceny komisji, co niekoniecznie wskazuje czy nadajemy się do owego profilu i czy damy sobie na danym kierunku radę (weźmy na przykład taką uniwersytecką psychologię – zdaje się test ogólny wiedzy ze szkoły średniej, czytanie ze zrozumieniem a czasem test na IQ; psychologie na prywatnych uczelniach nie mają egzaminów, tylko wysokie czesne, które decyduje o możliwości studiowania tego kierunku).
Ogólnie, musimy się dobrze wyuczyć podstawy programowej, żeby dać innym poczucie, że jesteśmy zdolni i nadal będziemy utrzymywać wysoki poziom nauki. 

W 1987 poddano studentów pierwszym testom autorstwa Seligmana – kwestionariuszowi ASQ (Attributional Style Questionnaire) mierzącemu STYL WYJAŚNIANIA zdarzeń.


Najpierw przybliżę, co to jest STYL WYJAŚNIANIA. Jest to nawykowy, względnie trwały sposób, za pomocą którego ludzie wyjaśniają wydarzenia, które mają miejsce w ich życiu. 
To, jak myślisz o swoich problemach, chorobach, niepowiedzeniach – może je pogłębić lub przeciwnie – osłabić. Mając  PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA bezradność nie będzie lekcją, ale porażka może pchnąć Cię w otchłań depresji, niezależnie od Twojego IQ.
Optymista porażki życiowe traktuje się jako zdarzenia chwilowe, których nie jest bezpośrednio winny poprzez np. brak kompetencji czy słabość, jako zdarzenia o niewielkim wpływie na jego życie, natomiast sukcesy interpretuje jako zależne od niego samego, od jego własnych kompetencji i zalet, jako zdarzenia stałe, mające wpływ na jego życie.
Z pesymistami jest dokładnie na odwrót.


Wróćmy do badania.
Po pierwszym semestrze, długiej sesji egzaminacyjnej, współzawodnictwie w szkole wyższej, wielu prymusów szkoły średniej, którzy wypadli świetnie w testach SAT, polegało, a wielu średniaków wypadło dużo lepiej, niż zakładano. Studenci, którzy dali sobie radę o osiągnęli wyniki lepsze niż zakładano (oceniając ich zdolności za pomocą testu wstępnego) byli OPTYMISTAMI! I analogicznie, ci, którzy wypadli dużo gorzej, niż powinni, byli pesymistami.

Wyniki pokazały, że te metody rekrutacji są do niczego, to czysta absurdalna statystyka, która nie przekładała się na uczelniane realia. Studenci, którzy mieli sobie świetnie radzić, radzili sobie gorzej, niż przewidywano, a znaczna cześć osiąga lepsze wyniki, niż wskazywały ich punkty przy rekrutacji.
Tym samym, dużo zdolnej młodzieży nie dostaje się do wybranych szkół i uczelni, a przyjmowani są tacy, którzy odpadają albo się męczą.

Przejdźmy do innego badania Seligmana, w tym przypadku dzieci - uczniów klas 4.
Podobne wnioski jak z badania kandydatów na studia dotyczyły właśnie tego badania. Wniosek brzmiał mniej więcej tak: „PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA u dzieci może być podstawową przyczyną ich depresji i marnych osiągnięć”.
Większość niepowodzeń w szkole nie jest wynikiem braku zdolności dziecka. Dzieci mające PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA wykazywały się bezradnością wobec niepowiedzeń, niechęcią do wykonania zadań, nie doceniały tez swoich osiągnięć. Kiedy dzieci wychodziły z założenia, że NIE MOGĄ NIC ZROBIĆ, przestawały próbować, poddawały się, brakowało im też umiejętności dochodzenia do siebie po niepowiedzeniu.

Wiemy już, że STYL WYJAŚNIANIA decyduje o naszym powodzeniu.
Pytanie skąd u dzieci taki, a nie inny STYL WYJAŚNIANIA zdarzeń (porażek)?
Seligman to zbadał. Są 3 źródła wpływów.

Pierwszy to forma wyjaśnień przyczyn niepowiedzeń, które stale słyszy z Twoich ust – szczególnie jeśli jesteś matką, bo to jednak matka spędza z dzieckiem znaczną większość czasu. Jeśli wyjaśniasz przyczyny niepowodzeń optymistycznie – dziecko również będzie je tak wyjaśniać.
Drugi to forma uwag krytycznych, które serwujesz dziecku kiedy mu się coś nie uda. Jeśli koncentrujesz się na stałych przyczynach (ty ciągle, ty zawsze, ty nigdy…. czyli niepowodzeniom nie będzie końca...) oraz zasięgu uniwersalnym (czyli że obecna sytuacja wpłynie negatywnie na wszystko wokół), a do tego personalizujesz (przyczyna wynika z jego winy czyli kreujesz ofiarę), to prawdopodobnie serwujesz dziecku zasady organizacji jego świata w jakie uwierzy na stałe.
Trzeci to natura urazów i strat, jakie doświadcza dziecko. Im bardziej są stale obecne w jego życiu, wyrabia w sobie pogląd, że niepowodzenia ciężko przezwyciężyć.

Pomijając ważny aspekt środowiska, mamy ogromny wpływ, jako rodzice, na formułowanie się  STYLU WYJAŚNIANIA. Dając komunikaty i oceniając zdarzenia, kształtujemy w dziecku rozumienie świata. Kształtujemy optymistę lub pesymistę. Kogoś, kto będzie szukał przyczyn swoich niepowiedzeń w sobie lub zjawiskach trwałych, albo w zjawiskach chwilowych, zmiennych, postrzegając problemy jako rozwiązywalne, krótkotrwałe i o ograniczonym zasięgu.



Na koniec osobiste zdanie nt. ocen szkolnych.
Oceny kosztują dziecko ogrom pracy i wysiłku, stresu, marnotrawienia czasu (siedzenie w podręcznikach jest zawsze kosztem czegoś). Oceny uczą, że nagrody (uznanie, prezenty) zdobywa się nie za to jakim się jest, ale za to jak bardzo spełnia się oczekiwania dorosłych, wchodząc w określoną przez nich odgórnie rolę. Zdobywanie wiedzy dla oceny jest jak sprzątanie swojego pokoju dla nagrody pieniężnej. Bez wewnętrznej motywacji, chęci, potrzeby, wykształcenia zdrowej konstruktywnej postawy. Bez entuzjazmu, który nadaje sens działaniom.
 Bo… nie matura lecz chęć szczera zrobi z dziecka bohatera!
:)
A co jest o niebo ważniejsze od wysokiego IQ dziecka? Jego umiejętność budowania relacji. Umiejętność współdziałania, współpracy, kompromisu, komunikacji, empatii. Czyli to, bez czego nie jesteśmy w stanie dobrze funkcjonować w przyjaźni, związku
i rodzicielstwie. W życiu :)



Treści na podstawie "Optymizmu można się nauczyć. Jak zmienić swoje myślenie i swoje życie" Martina E.P. Seligmana.

Ciekawe wyniki badań polskich:
Edukacyjna skuteczność optymizmu – optymizm a oceny szkolne, wytrwałość w realizacji celów i przystosowanie szkolne

Czytaj więcej >

Żałuje rodzicielstwa...




Dzieci dominują twoje życie. Przejmują nad nim kontrolę i władzę. Koncentrujesz się na ich potrzebach. Poświęcasz im każdą chwilę. Dbasz, karmisz, wycierasz nosy. Wstajesz po nocach, albo wcale się nie kładziesz. Czujesz miłość, euforię emocji, więź przeplataną z poczuciem winy i wyrzutami sumienia, kiedy coś idzie nie tak. Dążysz do bycia rodzicem idealnym, albo choć wystarczająco dobrym.





Przychodzi moment, kiedy zmęczenie staje się faktem towarzyszącym ci na co dzień. Działasz jak w trybiku. Rutyna i dzień świstaka. Czasami dzień świra.
Łapiesz stany, kiedy ledwo stoisz na nogach. Masz zawroty głowy. Drgania mięśni. Idziesz ulicą i czujesz, że zaraz padniesz. Zemdlejesz, umrzesz. Nie, to tylko panika przeplata się z racjonalnym umysłem który krzyczy - a co wtedy się stanie z moimi dziećmi??? Więc prostujesz plecy i ruszasz dalej, idziesz i idziesz. Tylko przestajesz się uśmiechać. Nie masz już siły na zabawy sensoryczne z dziećmi. Na puzzle, malowanki i te wszystkie super zajęcia, które robią z dziećmi super rodzice. Na ćwiczenia "usprawniające rozwój", na pilnowanie żeby było RB, NVC i otoczenie Montessori. Bycia zwartym i gotowym w każdej sekundzie na całościową odpowiedź na potrzeby dziecka.
Rytm dnia wyznaczają posiłki. Kupić, ugotować, podać. Zjeść to, co zostanie, na stojąco, w pośpiechu. Znosić kapryszenie i zachcianki. Fochy i wrzaski.
Znosić dominacje nad twoim życiem, umysłem, ciałem, planami, celami, potrzebami.


Fejsbuczkową stronę "Żałuję rodzicielstwa" poleciła mi koleżanka. Że to taka "grupa wsparcia". Zajrzałam. Rzuciło mi się w oczy:
"TA STRONA MA BYĆ MIEJSCEM DLA KOBIET, KTÓRE NIE CHCĄ BACHORÓW, KTÓRE MAJĄ."

Twórcy strony mieli dobre intencje, chcieli stworzyć miejsce, gdzie pogubieni rodzice "nie do końca odnalezieni w rodzicielstwie" mogą o tym anonimowo opowiedzieć. Ale tylko część komentujących stara się rozumieć i nie oceniać. Ta druga część krytykuje, stygmatyzuje, nienawidzi. Nie oceniam tych indywidualnych anonimowych historii, w postach na grupie. Poruszają mnie, jako matkę, córkę i terapeutkę. Dobijają mnie komentarze. Złote rady, porady, presja, krytyka, hejt.
Wyczytałam tam, że posiadanie dzieci i zmuszanie ich do oglądania przepracowanych i przemęczonych rodziców to egoizm. Mocne.

Tak sobie myślę, że żeby nie zwariować, trzeba wyluzować.






Tu pisałam wcześniej o kryzysie matki 
a tu o wymaganiach wobec roli matki
Czytaj więcej >

Behawioralne metody wychowawcze czyli socjoterapia w domu


Wielu kojarzy behawioralne metody z wychowywaniu dzieci z behawioralną tresurą psów.
Z rzucaniem zabawki i krótkim komunikatem: przynieś! Przez co odrzucają je jako krzywdzące i niedopuszczalne, a rodziców którzy je stosują uważają za bezdusznych treserów.
Nic bardziej mylnego!




Problemy z zachowaniem nie dotyczą przecież tylko psów, dotyczą też ludzi.
Behawioryzm oznacza zachowanie. Behawiorysta jest obserwatorem. Obserwuje, opisuje zachowania jakie widzi, a następnie dąży do ich modulowania i zmiany.
W psychologii behawioralnej w centrum uwagi jest zachowanie dziecka. Terapia behawioralna ma na celu nauczyć dziecko określonych zachowań.
Techniki behawioralne można stosować z powodzeniem w domu. Sprawdzają się szczególnie u dzieci, które mają w nosie ogólnie panujące zasady współżycia, nadpobudliwe, nadruchliwe, nieradzące sobie ze swoją wrażliwością i emocjami.

Mówiąc do nadwrażliwego dziecka, że jest nam smutno i przykro, bo ono coś zrobiło co nam się nie podoba, zrzucamy na nie odpowiedzialność za to co my czujemy. Dziecko czuje się winne naszych emocji, choć samo nie umie jeszcze panować nad tym co samo czuje i robi. Tu mogą sprawdzić się właśnie techniki behawioralne, które nie skupiają się więc na przyczynach problemu (czasem banalnych i niepotrzebnie rozdmuchanych w wyobraźni dziecka), potrzebach czy emocjach, które mogą powodować  zachowania dziecka. Metody behawioralne uczą odpowiedniego zachowania, które ma zastąpić to niewłaściwe czy krzywdzące, czasem dla samego dziecka. Jednocześnie nie odrzucają podejścia relacyjnego, bliskościowego, budowanego na zaufaniu. 

Dlaczego behawioralne metody wychowawcze mogą być socjoterapią w domu? 
Socjoterapia zmierza do tego, by stwarzać dzieciom warunki do budujących doświadczeń społecznych, uczyć prawidłowych społecznych wzorców zachowań, nawiązywania relacji,  funkcjonowania w grupie. Podczas socjoterapii dzieci mogą doświadczać różnych sytuacji społecznych, ucząc się, które z ich reakcji są właściwe, a które nie, jak je zmieniać, jak  reagować, konstruktywnie wyrażać emocje, rozwiązywać konflikty.

Techniki behawioralne opierają się na stałych zasadach. W którym domu ich nie ma?  :)
Te zasady uczą również prawidłowych społecznych wzorców zachowań, których nieprzestrzeganie może być krzywdzące dla dziecka i innych osób. Mają niwelować wzmacnianie negatywnych zachowań dziecka jak np. koncentrowanie na sobie uwagi poprzez wybuchy histerii czy fochy. Pochylanie się nad każdym dziecięcym fochem, bo z pewnością za fochem stoją jego niezaspokojone potrzeby, jest sztuczne i wymagające. Technika behawioralna nastawiona jest na modyfikacje lub zmiany zachowań, a nie na rozwiązywanie ukrytych konfliktów lub przemianę osobowości.
Nadrzędnym celem terapii behawioralnej jest pomaganie ludziom w nabywaniu takich umiejętności, które rozwiną ich niezależność.

Nie chodzi o to, aby potrzeb w ogóle nie dostrzegać, ale o to, aby poświęcać dziecku dużo uwagi, wzmacniając jego pozytywne zachowania, ignorować te niewłaściwe i wyciągać konsekwencje behawioralne. Tak radzą okrutni treserzy behawioryści :)

Czyli konkretnie co robić?

- Wspólne ustalenie zasad, granic i reguł dotyczące każdego członka rodziny (jak to wygląda u nas, opisałam w tekście „Zasady współżycia w rodzinie. Praktyczny poradnik”).
- Niezmienność tych zasad w zależności od widzimisię i nastroju rodzica
- Jasne i zrozumiałe, szczegółowe oczekiwania wobec zachowań dziecka, oparte na krótkich komunikatach, najlepiej sformułowane pozytywnie, np.
„po zjedzeniu obiadu proszę posprzątasz biurko”
„mów do mnie wyraźniej, bez krzyku”
- Stosuje się pochwały opisując zachowanie jako fakt, nazywając cechę, określając pozytywną emocję, np. „twój rysunek jest gotowy, bardzo się postarałaś, jest piękny”; można stosować pochwałę terapeutyczną, czyli prawdziwą (sami w nią wierzymy).


To tak z grubsza. Nie brzmi wcale jak tresura, prawda? 

Behawioryści stosują różne techniki wspierające zmiany zachowań. Szerzej opisano to w dokumencie np. „Zastosowanie metod behawioralnych w pracy z dzieckiem przedszkolnym” 
oraz
10 rzeczy, których możesz nauczyć się od behawiorystów


A tu o medialnym fałszywym i zgubnym obliczu koncepcji Rodzicielstwa Bliskości



Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia