04:40:00

Moje dzieci są idealne, tylko matkę mają trudną


Dzieci są różne. Oazy spokoju, torpedy, przytulasy, buntowniki, układne albo nieukładne, przekorne albo ustępliwe. To wiadomo. Jak i to, że żadne dziecko nie rodzi się złe z natury. Nie rodzi się niegrzeczne (co w ogóle znaczy to nieprzejrzyste i różnie rozumiane słowo?)
Ani upierdliwe.
Ani złośliwe czy wredne.

To dlaczego tak o nich zdarza nam się mówić? Dlaczego powtarzamy w kółko te frazę o niegrzeczności?
Czy są jakieś określone zasady niegrzeczności?
Co powoduje, że dla jednych rodziców niegrzeczne jest przerywanie innym, dla drugich bekanie przy stole, a dla trzecich szturchnięcie drugiego?
Wreszcie co wpływa na dziecko, że zachowuje się w jakiś sposób? Czy to nasze tzw. dobre przykłady z góry?

Jestem świeżo po lekturze tekstu  "To nie Ty mnie wkurzasz, to ja się wkurzamautorstwa  Anity Janeczek-Romanowskiej z bloga Być bliżej.

Cenię ten blog i zdarzało mi się cytować z niego treści na OffMatce. Tym razem autorka pisze o wściekaniu się na dzieci i braniu odpowiedzialności za tę złość. Żeby nie obwiniać i nie przerzucać jej na dzieci. Bo to nie one nas wściekają, to wściekamy się my.
No cóż, nie  da się zaprzeczyć.





Temat złości to bardzo bliski mi temat. Jestem ekspresyjna, emocjonalna, żywo reaguję. Bywa, że wrzeszczę i klnę. Jestem tą złością, cała, ciałem i psychiką. Oswajam ją od lat. W sumie raczej  więcej rzeczy mnie nie złości, niż złości, ale wiele mnie porusza. Nauczyłam się pracować nad swoimi przekonaniami związanymi z tą emocją i większość powodów czy wymówek do złości wyeliminowałam. Ale jeśli chodzi o dzieci…. Tracę nadzieję, że w ogóle się da.

Nie marzę, aby stać się ostoją spokoju. To niemożliwe. Jestem temperamentna, wściekam się po włosku. W postaci zen czy innym *ness byłabym kimś innym. Ale nie ukrywam, że ciągle pracuję nad złością związaną z dziećmi i mam wrażenie, że dreptam w kółko. Wchodzę na górę i spadam na łeb!

Anita Janeczek-Romanowska pisze, że wścieka ją, kiedy dziecko nie chce jeść jej posiłków. Ona się nagotuje, a dziecko tego nie tknie. Nie umiem sobie tego wyobrazić w moim domu. Nie wściekam się z takiego powodu, sama też nie jem na siłę. Nie chcę, to nie jem. Moje dzieci też mają takie prawo. Więc ten przykład do mnie nie trafia, nie umiem się z nim utożsamić. I o to chodzi, żeby zobaczyć, jak rożne rzeczy nas wściekają. I nabrać do nich dystansu.
Wścieka mnie marudzenie bez powodu. Ignorancja potrzeb innych. Patrzenie na czubek własnego nosa. Fanaberie, histerie, wrzaski, teatralne wycie. Dokręcanie śruby i eskalowanie konfliktu do granic. Brak współpracy.
Wściekam się, kiedy Starsza wymyśli sobie coś, o co wierci dziurę od błagania po histerię. Ważne jest tylko osiągnięcie tego  celu. Cała reszta schodzi na dalszy tor, nawet jeśli wcześniej robiłyśmy razem przyjemne rzeczy. Czasem myślę, że jeden z drugim ekspertem od dzieci powinni sobie wypożyczyć sobie moją Starszą na 2 tygodnie i zweryfikować swoje porady.
Wściekam się kiedy zapowiada się fajny dzień, a dziecko robi półgodzinną jazdę bo coś zgubiło, spodnie są nie takie, świat jest zły i nikt nie może z tych powodów mieć spokoju (jeśli w tym czasie Młodsza też ma swoje plany i stawia podobny opór, wściekanie jest podwójne).
To mnie wypruwa z energii. A bywa, że dzieci odpuszczają, kiedy ja już jestem wypruta. Kiedy wszystko jest już postawione na głowie. Taka strategia.

Jaka za tym stoi moja potrzeba? Mile spędzonych chwil. Spokojnego i radosnego dnia. Przyjemnego życia rodzinnego. Porozumienia, zgody, współpracy.

Nie wymagam, żeby moje dzieci były "grzeczne". Cenię, że mają swoje zdanie i dokonują swoich wyborów. Wspieram w tych wyborach i indywidualności. Namawiam do zadawania własnych pytań, do argumentowania wniosków. Traktuję jak istoty rozumne, jak podmioty, które się szanuje, bez względu na odmienność. Nie stosuję kar, bo nie przynoszą rezultatów, za to są przykre dla dzieci i dla mnie. Rozmawiam i tłumaczę, stawiam na emocje.
Młodsza ma jeszcze niewiele do powiedzenia, ale moja Starsza to przykład człowieka, do którego należy przystosować świat, nie odwrotnie. Krnąbrność wyssała z mlekiem matki, a pierwsze jej słowo brzmiało„NIE” i tak jej zostało.
Forsowanie swojego zdania to jej hobby.
Współpraca? Tak, ale na określonych warunkach.
Czy istnieje dobra metoda na zbudowanie konstruktywnej relacji w takiej konfiguracji?
Nasza relacja jest dobra. Choć ja ciągle się wściekam. Wiem, że to moja złość, bezradność, kiedy chciałabym, żeby chwile wyglądały inaczej, kiedy wskazuję na dobre strony, a trafiam na mur-beton.
No cóż, moje dzieci są jakie są.
Są idealne.
Tylko, cholera, matkę mają trudną.





.........
PS. Ale, może, WYSTARCZAJĄCO DOBRĄ?

3 komentarze:

  1. Ciekawa jestem jak to będzie ze mną. Moja pierworodna ma dopiero roczek �� nie myśl źle o sobie! Jesteś wspaniałą Mamą. Córki uczą się od Ciebie wiele- zobacz jak skrupulatnie walczysz o to by było miło i by eliminować swój gniew! one to zobaczą potem ❤ ja zobaczyłam dorosłości wiele skarbów otrzymanych od moich Rodziców, których wcześniej nie dostrzegałam ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozumiem Cię bardzo dobrze. Mam paskudny charakter. W jednej chwili jest cudownie, wesoło, po to by w drugiej poniosło mnie tylko dlatego, że moje dziecko wylało całą zupę z miski. Staram się panować nad sobą, pracować i odpuszczać, choć cholera nie jest łatwo.

    OdpowiedzUsuń
  3. To zupełnie jak u mnie :D Ale Kochana, bardzo podoba mi się twój dystans i podejście do macierzyństwa. Ja staram się odpuszczać :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 OffMatka , Blogger