Uzależniony czyli chory, słaby i najlepiej żeby zniknął


Temat uzależnienia nie jest mi odległy. Znam go z domu rodzinnego. W tej historii nie było wygranych. Cierpi cała rodzina, jeśli do uzależnionego dołączy druga patologiczna jednostka, tym gorzej dla całej reszty. Nie przez przypadek zostałam terapeutką rodziny i uzależnień. Teoria teorią (choć przy procesie certyfikacji teorii było najmniej), ale doświadczenie życiowe to szkoła, jakiej nie da żadna instytucja. Lata dojrzewania w centrum zmagania się z chorobą, lata autoterapii i trudnych treningów intrapsychicznych nie zastąpią nawet najlepsze studia psychologiczne.

Człowiek przesiąka tematem, dorasta w nim i od niego zależy co z tym dalej zrobi. Okoliczności może mieć sprzyjające lub krytycznie niekorzystne, może powtórzyć los rodzica, lub zupełnie przeciwnie – zostać mistrzem świata.



Byłam wczoraj w kinie na filmie „Najlepszy”*. Ponury i przygnębiający listopadowy wieczór został wchłonięty bez pamięci przez historię z życia wziętą. Ciężko uzależniony facet, narkoman, wraca do życia, do sportu i osiąga najwyższy szczyt. Sportowy i życiowy. Chciał udowodnić sobie, że da radę. I dał! Pada w tym filmie wiele mądrych sentencji.
Jak ta, że każdy, kto wychodzi z nałogu, jest mistrzem świata.

Dlatego ja też się nią czuję – mistrzynią. Nie musiałam zmagać się z odwykiem, ale miałam trudny start, ogromne obciążenia i wiele razy stałam na krawędzi, z której tylko mały kroczek dzielił mnie od upadku. Mam mnóstwo samozaparcia, woli życia, obowiązkowości – być może rodzinna szkoła życia tego mnie nauczyła. Przeżyłam i mam całkiem nie-byle-jakie to życie!


Drogi do świadomości samego siebie są różne, prowadzą przez labirynty, przez kryzysy, przez sukcesy, przez lepsze i gorsze momenty. Niektórzy twierdzą, że musi nam się przytrafić jakaś katastrofa, ciężka choroba czy kryzys, żeby spojrzeć na swoje życie i otaczający świat inaczej.
Z pewnością nie ma lepszej drogi do samoświadomości niż samodoświadczanie, samopoznanie.
Taką drogą może być UZALEŻNIENIE.
Może, bo wcale nie musi. Może, pod warunkiem, że zostanie wykorzystane jako bodziec do działania, a nie jako kajdany skazanego.

Bycie człowiekiem uzależnionym czy pochodzenie z takiego środowiska, to ciągle w naszych realiach coś wstydliwego, stygmatyzującego. Nie dotyczy nas, dotyczy gorszych. Nie afiszujemy się z tym, z obawy o wrzucenie w szufladkę „patologia” lub po prostu ze wstydu. Takie pojęcia jak trzeźwość czy abstynencja są abstrakcyjne, niemodne, wzbudzają podejrzenie. A jednocześnie panuje społeczne przyzwolenie na picie do woli, przez każdego, przy każdej okazji.



Dlaczego uzależnieni są stygmatyzowani? 
Jest wiele powodów. Obarcza się ich odpowiedzialnością za zdegradowanie samego siebie, za rozpad rodziny, krzywdę parterów i dzieci. Ocenia się ich jako słabeuszy, bez silnej woli, podatnych na wpływy, nieudolnych i niedojrzałych. Wrzuca hurtowo do worka marginesu społecznego, niezależnie od okoliczności. Traktuje jako hedonistów i egocentryków, skupionych wyłącznie na zaspokajaniu swoich przyjemności.

Często to prawda. Są tacy, co przegrywają tę walkę, o ile w ogóle ją podejmą. Nie zależy im, nie mają celu, ani motywacji. Nie mają wsparcia, nawet najlepszemu terapeucie nie będzie zależeć na wyjściu z nałogu, tak jak powinno osobie chorej czy jej rodzinie. Ale to nie znaczy, że trzeba ich potępić, uznać za straceńców bez szans na zmianę.

alkoholicy wysokofunkcjonujący tzw. HFA (High Functioning Alcoholics). Istna plaga. Mają status zawodowy, rodziny, majątki. Dla nich alkoholik to menel, margines. Ale nie oni, w życiu! 
To może być Twój kolega czy koleżanka, stale na lekkim rauszu, bo gatunkowe wino czy droga brandy nie są przecież takim samym uzależniającym C2H5OH jak tania nalewka...
Nie zdają sobie sprawy, że alkohol to niewielki fragment całego problemu. Że problem w tym, że nie radzą sobie z własnym życiem. 



Żeby zrozumieć, jak poprzez uzależnienie można odmienić swoje życie na lepsze, trzeba podkreślić wagę terapii. Długiej, żmudnej, trudnej terapii psychologicznej, złożonej z kroku z przód i dwóch w tył, kiedy kształtujemy na nowo wolę przetrwania i sens egzystencji. Po kilkuletniej terapii, będącej transformacją życiową, nabieramy innego poglądu na świat wartości i zasad. Terapia jest szansą, którą można wykorzystać bądź nie. Ale z pewnością jest ogromną pracą nad samym sobą. Wysiłkiem i walką. Osoba uzależniona, po terapii, „czysta”, to ktoś, kto stawił czoła wielkiemu problemowi. Stawił mu czoła i dał radę. Pomimo destrukcyjnych szponów nałogu, podjął wyzwanie i zmienił jakość swojego życia, oraz życia swojej rodziny, o ile jej wcześniej nie stracił bo i tak bywa.


To nie buła z masłem, to nie kurs asertywności, to nie szkoła coachingu. To długi proces, wieloetapowy. W terapii trzeba się zetknąć z druzgoczącym poczuciem winy, wybaczyć sobie, znaleźć nowe wartości, wzmocnić kręgosłup tak, aby nie musieć uciekać od siebie. Pokora wobec siebie i ogółu życia, jaką przejawiają w postawie życiowej trzeźwi uzależnieni, jest godna szacunku i podziwu, warto dawać ją za przykład, zamiast tępić słowa podając za wzór ludzi, którzy nigdy nie zaznali słabości, a patrzą na innych z pouczeniem, jak należy żyć.

Jeśli miałeś trudności i pokonałeś je – nie masz potrzeby, by pouczać innych. Osobista zgoda na rzeczywistość pozwala innym żyć swoim rytmem, każdy ma z osobna swój scenariusz i sam reżyseruje swoje życie.
Zawsze chciałam pracować z ludźmi i dla ludzi. Nie zarządzać ale wspierać, dzielić się wiedzą, wskazywać kierunek, podnosić świadomość i kompetencje społeczne. Nie władać, ale wzmacniać. Uwrażliwiać.
Poszukiwałam, testowałam. Relacje biznesowe zamieniłam na relacje terapeutyczne. Wtedy zaczęłam przyglądać się ludziom baczniej. Jakie mają potrzeby, czego poszukują. Uczyłam się, jak dopasować swoje możliwości do ich potrzeb.

Szybko się rozczarowałam – ludzie szukają szczęścia i zdrowia podanego na tacy. Chcą iść na skróty. Chcą szybkich metod, łatwych narzędzi, czarodziejskich technik. Prosto to wykreować i sprzedać, poddając naiwną wiarę psychomanipulacji. Wystarczy chcieć, by wykorzystać bezlitosny rynek. Człowiek potrzebuje spójności, będzie się męczył w tej hipokryzji. Wszystkie te czarodziejskie szybkie metody będą znieczulającym plastrem, którego działanie mija szybko.

Kogo obchodzi uzależniony alkoholik? Komu zależy, żeby wrócił do aktywnego życia? Ośrodki uzależnień są niedofinansowane, w dużych miastach przeładowane, próżno szukać darmowych grup DDA. Po terapii zamkniętej lub dziennej, uzależniony wraca do swojej rzeczywistości. Jeśli znajdzie wsparcie w organizacji pozarządowej, to fajnie, ale nie każdy chce chodzić na AA, które jest ruchem przykościelnym, opartym na wierze religijnej i modlitwie do Boga.


Z uzależnionymi nie pracuje się po wierzchu, nie wmawia się im złotych idei, nie pakuje się ściemy. Niektórzy próbują iść okrężną drogą ale życie szybko weryfikuje ten wątpliwy wysiłek. Kiedy zobaczą w jakim są punkcie życia, kim są, co za nimi a co być może przed, chcą pracować w prawdzie, nie zamydlać sobie oczu – tu szybkie i łatwe metody polegną. Już wiedzą, że praca nad sobą wymaga wglądu, że to proces, który trwa całe życie. Wiedzą, ile stracili, ile mogli stracić i jak łatwo jest tracić. Doceniają, co mają. Mają pokory, szacunku do zwykłego życia, do prostych życiowych wartości. Nie bez lęku, nałogi są podstępne. Ale, jeśli trwają w trzeźwości, mają więcej zgody ze sobą i pokoju, niż niejeden „zdrowy”.

Nie wstydzą się słabości. Przyznają do błędów. Starają się przyjąć, jak jest. I żyją w nieustającej czujności. Nie ufają swoim emocjom i stanom, kontrolują się. Wiedza, że mogą przyjść kryzysy i trudności, nadaje im bycia człowiekiem z krwi i kości. Tylko głupiec uparcie i ślepo wierzy, że zawsze będzie pięknie bo „myśli mają moc przyciągania”. W jakimś stopniu tak, mamy wpływ na swoje samopoczucie poprzez siłę mentalną, ale nie mamy wpływu na wszystko, życie jest zmienne, dynamiczne, nieprzewidywalne. Takie dyrdymały dla masonerii, to oszukiwanie siebie. Nikt po długim uzależnieniu i długiej terapii tego nie łyknie.

Dlatego, zanim ocenisz i wystawisz osąd, zobacz z kim naprawdę masz do czynienia.
Oni idą per aspera ad astra, przez trudy do gwiazd… 






* Film „Najlepszy” - reż. Ł.Palkowski 2017
Wyszłam z kina poruszona, pod ogromnym wrażeniem historii i tego, jak została pokazana. Warto!

Czytaj dalej...

Dojrzała osobowość i dobrostan psychiczny? Psychologio, pozwól żyć


Dojrzała osobowość.... Co to w ogóle jest?  Tak sobie myślę, że te teorie i modele naukowe, których na co dzień nie używamy, może nawet nie znamy, które są podstawą psychologii, wyznacznikiem "prawidłowości", mogą być narzędziem do sprawdzenia stanu naszej dojrzałości, sprawdzenia stanu dojrzałości partnera, rodzica, a nawet całego społeczeństwa.

Wnioski mogą nie być powalające….  Bo ilu z nas praktykuje na co dzień takie elementy jak racjonalizm, skrystalizowany światopogląd, zdolność rozumienia siebie, entuzjazm?
Dojrzała osobowość to w skrócie zgodność z samym sobą, funkcjonowanie świadome, spójne i racjonalne. W społeczeństwie, w którym żyjemy na kredycie w pożyczonych domach, fałszujemy nagminnie rzeczywistość i jaramy się tym, jesteśmy żywą personifikacją Stefka Burczymuchy, wierzymy że kawałek wafla to ciało Boga którego urodziła dziewica, tworzymy swój wyidealizowany wizerunek i wciskamy go innym, mylimy pychę z pewnością siebie a chamstwo z asertywnością, arogancją zastępujemy kompetencje o których tylko mówimy że je mamy, dążymy do „szczęścia i spełnienia” które nie wiemy w sumie czym jest,  kompletnie nie potrafimy dokonać rzetelnej samooceny, kierujemy się nie rozsądkiem a emocjami plus zawiścią, strachem i chciwością, dopasowanie teorii dojrzałej osobowości graniczy z cudem.

Co na to teoria naukowa w psychologii?
Twórcą hasła "dojrzała osobowość" (w 1961r.) jest Gordon Allport. Na dojrzałą osobowość składa się:

  • posiadanie dobrze rozwiniętego i rozbudowanego obrazu siebie; zdolność rozumienia siebie
  • umiejętność opanowania potrzeb wewnętrznych bez konfliktów 
  • posiadanie bezpieczeństwa emocjonalnego
  • funkcjonowanie z dozą optymizmu, posiadanie naturalnego entuzjazmu
  • zdolność obiektywizacji samego siebie - umiejętność widzenia siebie w kategoriach zewnętrznych: krytykowanie siebie, poczucie humoru
  • posiadanie jednoczącej filozofii życia -  umiejętność patrzenia na wszystkie dziedziny życia, integrowanie się człowieka w świecie

Natomiast model dobrostanu psychicznego w dorosłości autorstwa Carol Ryff, czyli model tego, jak funkcjonuje osoba dojrzała pod względem osobowości:


  • wyraża pozytywny stosunek do samego siebie, lubi i szanuje siebie, akceptuje swoje słabe i mocne strony oraz samoświadomość siebie, nie marzy o tym aby być kimś innym i nie pragnie dokonywania zmian w sobie
  • wyznacza sobie wartościowe cele nadających sens i wartość życiu, umie pokierować swoimi dążeniami, nie żyje z dnia na dzień 
  • ma poczucie ciągłego osobistego rozwoju, postrzegania siebie jako osoby, która wzrasta, jest otwarta na nowe doświadczenia i realizowanie własnego potencjału, samodoskonali siebie
  • ma zdolność panowania nad innymi, zarządzania otoczeniem tak, by móc postępować w zgodzie ze swoimi wartościami, zaspokajać potrzeby oraz wykorzystywać pojawiające się życiowe szanse, kontrolować własne działania, skutecznie rozwiązuje codzienne sprawy
  • ma poczucie niezależności w myśleniu i działaniu oraz umiejętność opierania się presji społecznej, nie podporządkowuje się, nie jest zależna od opinii, oceny i aprobaty innych
  • posiada ciepłe, satysfakcjonujące, pełne zaufania relacje z innymi, troszczenie się o innych, zdolność do empatii, uczuć i bliskości, umiejętność dzielenia się i brania w relacjach, brak tendencji do izolacji, jest ciepły i otwarty na innych, nie ma trudności w kontaktach społecznych.


Na koniec podsumowanie OffMatki. Osobiste, oparte na przekonaniach i indywidualnym światopoglądzie. Powyższy naukowy obraz osobowości dojrzałej i dobrostanu psychicznego, nie jest opisem człowieka, a zracjonalizowanym zestawem oczekiwań człowieka względem Boga. Żaden człowiek nie spełni tych „norm”, w zasadzie wewnętrznie sprzecznych, bo jak niby wyznaczać sobie życiowe cele i rozwijać się otwierając na nowe doświadczenia, a jednocześnie nie pragnąć dokonywania zmian w sobie? Żyć chwilą i jednocześnie nie żyć z dnia na dzień?
Gdzie tu spójność, która przecież jest elementem osobowości dojrzałej (ale też teorii naukowej)?
Psychologio, nie stawiaj ludziom oczekiwań niemożliwych do zrealizowania. Daj żyć.

Życzę zdrowego rozsądku, bo chory nie istnieje.
Czytaj dalej...

Wychowuj człowieka, nie płeć

Pierwsze lub drugie pytanie, jakie pada, kiedy dowiadujemy się, że znajoma jest w ciąży, to: „chłopiec czy dziewczynka”? Nie jak samopoczucie, czy czegoś potrzebuje, czy wszystko w porządku, gratuluję i koniec kropka.
Bo to pytanie, po prostu MUSI paść.
A zaraz za nim komentarz.



Automatycznie identyfikujemy ciążę z płcią. Ciąża staje się płcią i staje się publiczna, zaczynamy dopasowywać cały majestat kolorystyczny i ubraniowy do płci, mamy wizję różowości / niebieskości, dopasowujemy rodzeństwo („znów chłopiec? ojej szkoda”; „kolejna dziewczynka, ale będzie babiniec!”, lub „będzie parka? Idealnie!”), komentujemy wygląd „widać, że chłopak, bo pięknie wyglądasz, a dziewczynka zabiera urodę” albo „widać, że dziewczynka, bo brzuch taki mały, dziewczynki się kulą do mamusi”. „Kolejna dziewczynka – mąż pewnie chłopca chciał?”, „oj, drugi chłopak, pewnie wolałabyś dziewczynkę?”




W naszej rodzinie wychowuje się dzieci. Ludzi. Nie narzucamy im czym i jak mają się bawić, tylko dlatego, że ktoś wymyślił, że dane zabawki są odpowiednie dla danej płci. Nie kupujemy im dedykowanym płciom gadżetów, książeczek, nie wymuszamy zachowań „właściwych dla płci”, nie uczymy nawyków „prawidłowych” dla płci.
Ubieranie, czesanie to kwestia indywidualna ale nie powinna bezpośrednio wynikać z myślenia, że coś wypada albo nie, że coś będzie miało wpływ na psychikę dziecka (np. długie włosy u chłopaka to będzie „spedalony” albo krótkie włosy u dziewczyny to będzie „brak wdzięku i powabu” bo przecież wdzięk można pokazać tylko przez kokardy i falbany…). A największa bzdura, jaką wymyślono, to: „z chłopcem ciężko dać sobie radę, chłopcy to łobuzy, dziewczynki są łatwiejsze w wychowaniu”.

Ostatnio obserwowałam dyskusję w necie na temat koloru wózka. Ponoć rodzice (no ok, głównie matki…) „podkreślają płeć dziecka” kolorem wózka. Wózki dziecięce już nie są dla dzieci. Są dla płci. Dotąd wydawało mi się, że istotna jest funkcjonalność wózka. Wygoda dziecka. Myliłam się. Najważniejszy jest design i kolor!
Nie do końca wiadomo jak płeć podkreślać np. wózkiem niebieskim czy zielonym, pasuje bardziej do dziewczynki czy do chłopca? Ale już różowy, fiolet, pomarańcz to tylko dla dziewczynki! Argument? Bo tak. Bo chłopiec z różowym śmieszy. Ale kogo śmieszy? Kolor śmieszy, czy dziecko? I dlaczego właśnie różowy ma być jakiś uwłaczaniem, powodem do nabijania się z dziecka?
Czy ktoś mi wyjaśni, dlaczego kolor różowy jest nieprawidłowy dla chłopaka?


Ludzie, wychowujmy ludzi. Niech nasze dzieciaki nie czują, że ze względu na płeć muszą być jakieś, niech mają poczucie człowieczeństwa i prawo do bycia kim są. Nie doszukujcie się w tym podtekstów ideologicznych, feminizmu, unisexu, „lewactwa”. Bo to się nazywa rozsądek.





Schabowy chłopaka i kluseczki dziewczyny. O stereotypach PŁCI
Wychowanie bez różnicowania płci. Konstruktywne rodzicielstwo czy wymysł gendera?
GENDER srender. Czyli facet potrzebny jak rybie rower



Czytaj dalej...

Tradycja Halloween i Święto Zmarłych – ściąga dla niedoinformowanych






Halloween

Obchodzony 31 października. To święto o niejasnym pochodzeniu. Jedna z koncepcji przyjmuje jego celtycki, a więc europejski, a nie amerykański rodowód. Zgodnie z tą teorią halloween wywodzi się z najważniejszego celtyckiego święta Samhain, związanego z zakończeniem żniw i roku według kalendarza celtyckiego. Święto było maskaradą, która ma odstraszać złe duchy. Z kolei duchy przodków czczono i zapraszano do domów. Przesłanie i tradycja halloween została zmieniona przez kościół i chrześcijaństwo.
Może trudno w to uwierzyć ale tradycja halloweeen ma już 2 tys. lat! Celtowie (Irlandczycy, Szkoci, Walijczycy) emigrujący do Stanach Zjednoczonych przywieźli tam tradycję Halloween na początku XIX w.
W Polsce obchody sięgają już 20 lat, niestety sondy społeczne pokazują, że nie mamy o tej tradycji pojęcia, wiemy tylko, że "jest sprzeczna z naszą i obca". Polacy, jako społeczeństwo katolickie, lękowe i neurotyczne, powinni chyżo przebrać się w pomarańczowe wdzianka, założyć maski i zabrać za odstraszanie złych duchów, w których święcie wierzą!






Wszystkich Świętych

Obchodzone 1 listopada. Chrześcijaństwo zmieniło datę obchodów tego święta, kiedyś był to maj... Ale nie tylko to się zmieniło. Pogańskie święto zmarłych zaadoptowane przez kościół katolicki zostało jako dzień wszystkich świętych (sollemnitas omnium sanctorum). Co jednak nie wpłynęło zasadniczo na treść i wymowę tego święta w powszechnym odczuciu katolików. Nadal jak ich słowiańscy, przedchrześcijańscy przodkowie dzień ten poświęcają zmarłym przodkom, niekoniecznie świętym, odwiedzając ich groby.
Święto to wywodzi się m.in. ze starosłowiańskich obrzędów dziadów czyli obcowania żywych z umarłymi. Święto to m.in. obchodzone było w nocy z 31 października na 01 listopada. Obrzęd ten opisał nasz ubóstwiany wieszcz Adam Mickiewicz w „Dziadach cz. II” .
Święto to wiele też ma wspólnego z rzymskim świętem poświęconym Manom czyli świętem zmarłych przodków.W czasie obchodzonego 21 lutego (od momentu, kiedy starożytni rzymianie opanowali kalendarz) święta ku czci Manów zwanego Feralia ozdabiano groby zmarłych świeżymi kwiatami.
Prawda, że brzmi znajomo?

Natomiast Dzień Zmarłych - święto wszystkich naszych bliskich, ich pozagrobowego życie i więzów rodzinnych, obchodzimy 2 listopada. Inaczej - Zaduszki. Nie możemy tego dnia oddać się zadumie nad grobem, bo idziemy do pracy, wolny jest tylko 1 listopada, kiedy "świętujemy" zmarłych Świętych.


Czytaj dalej...

6 największych zagrożeń dla dzieci, które spędzają sen z powiek




STRACH
Boimy się o wszystko, nieustannie. Że coś się stanie – cokolwiek, setki scenariuszy nieograniczonych wyobraźnią malują się w głowach rodziców. Część z nich ląduje w głowach dzieci i zostaje. Media nakręcają spiralę strachu do granic absurdu, uchodźcy, wypadki, pedofile itd.itp. Za każdym rogiem czai się zagrożenie. Argument? Kiedyś tak niebezpiecznie nie było. Nieprawda. Było może i gorzej. Przyzwolenie społeczne na publiczne pijaństwo, na ulicach i podwórzach pełno typów spod ciemnej gwiazdy (huliganerka, gitowcy, gangi osiedlowe), watahy bezpańskich groźnych psów. Ok, było mniej aut, ale dzieciaki i tak biegały po ulicach. Biegały w całym czasie wolnym, z kluczem na szyi. Teraz boimy się o ich każdy samodzielni krok. Boimy się przesadnie o ich bezpieczeństwo i zdrowie. O to, co czują i co myślą. Czy na pewno są szczęśliwe i mają wszystko, co im potrzeba. Drżymy ze strachu o ich szanse zawodowe, o ich przyszłość, kariery, związki. Próbujemy zapanować nad czymś, co jest nieprzewidywalne i nieopanowywalne.





NADKONTROLA
Jak wyżej – próba zapanowania nad życiem dziecka, począwszy od tego co je w każdej minucie, poprzez to, co robi w tych minutach (a szczególnie myśli i czuje!), do tego jak się potoczą jego losy. Kiedyś nikt szczegółowo nie wnikał, co siedzi w głowach dzieci, byle było czyste i najedzone. Dawało mu się swobodę w wyborze spędzania wolnego czasu. Dzieci chodziły same do szkoły, jeździły komunikacją miejską, rowerami po mieście. Choć np. bójki i przemoc w miejscach publicznych były na porządku dziennym (zarówno wśród dzieci jak i dorosłych). W większych miastach zdarzały się demonstracje i starcia z milicją. Nikt nie dzwonił co chwila z zapytaniem o lokalizację i stan ducha. Teraz dzieci są w centrum uwagi non stop, a  motywacją tego jest presja kontroli i nieustający podskórny strach.





RODZICE
Kiedy są obecni, to głównie pod postacią niepokoju, kontroli i inwestowania w dziecko. Wskazują w co mają się bawić, czym, jak, z kim i w jaki sposób, najlepiej kreatywny, rozwijający, stymulujący. Organizacja czasu dziecka to podstawa, 24/24, przez cały tydzień, 365 dni w roku. Życie ma być skrupulatnie zaplanowane, od urodzin do emerytury. Trzeba zadbać o jego karierę już od przedszkola, zagwarantować mu sukces życiowy (taki, jakim wyobrażają go sobie rodzice). Tu nie ma miejsca na przypadek, swobodny wybór dziecka w wieku dojrzalszym, to jest plan doskonały, na doskonałe życie.





BRAK DOSTĘPU DO SWOBODNEJ ZABAWY
Ogólny brak swobody, beztroski i...wolnego czasu. Nuda jest passe. Dziecko ma mieć wypełniony czas, konkretne zainteresowania, a najlepiej wyjątkowe pasje. Nie może ich realizować indywidualnie, bo to pasje zorganizowane i płatne. Nie powinno spędzać czasu samo, bo nie wiadomo, co robi. Na podwórko nie wychodzi. Jeśli zabawa, to wyłącznie sala zabaw, pod okiem opiekunów. Do zabawy służą specjalne gadżety, w tym celu skonstruowane, żaden patyk, kamień, odłupana cegłówka, tylko wszystko zaplanowane i przygotowane na taśmie w Tajwanie, zgodnie z wytycznymi współczesnej ergonometrii. Plastikowy klocek ukształtowany na wzór patyka, służący do zabawy na wykładzinie imitującej trawę, pod sufitem w kolorze nieba. Oto współczesny poligon rozrywek dziecięcych.





BRAK RÓWIEŚNIKÓW
Dzieci szkolne spędzają czas z rówieśnikami w szkole. Jak? Podczas 10 minutowych przerw i w świetlicach. Resztę czasu zakuwają w ławkach. Po szkole wracają do domów. Spędzają czas z rodzicami, których mają czasem za kumpli, a ci zamiast się z nimi bawić, ciągle coś od nich wymagają. Nie wychodzą poszwendać się pod podwórkach (bo tam nikogo nie ma), po domach też rzadko. Ich rówieśnik to smartfon i komputer.




TECHNOLOGIE
Urządzenia niszczą wzrok, psują kondycję, deformują sylwetkę. Dają namiastkę uczestniczenia w życiu, przygody, rozmowy, sportu. Alienują, uczą nastawienia na JA, nie uczą kompromisu - współcześnie spersonalizowane urządzenia dostosowują się do użytkownika, nie wymuszając współpracy czy wysiłku. Wciągają i uzależniają.







Rodzice, wyrzućcie dzieci na podwórko!

Rzućcie za nimi skakanką i piłką. Niech zaczną wpinać się na płoty, które tak namiętnie stawia się wokół domów. Niech śmigają po kostce bauma na wrotkach.   Niech kopią piłkę, niech wspinają się na drzewa (póki jeszcze są).
Niech wrócą dopiero po zachodzie słońca, brudne, spocone, rozczochrane, z oberwanym rękawem, z rozbitym kolanem.
I nieszczęśliwsze na świecie. 










Czytaj dalej...

Wredna buda, wredny system edukacji. A w zamian?



                 Media kipią dyskusją o edukacji, w sieci toczą się bitwy o systemach nauczania – który wspaniały, który krzywdzący, a który zbędny? Najwięcej krytyki obrywa szkoła publiczna. Podstawówki to istny poligon – nadzór, opresja, zniewolenie, formatowanie naszych biednych dzieci, krzywdzenie i poniżanie. Ogólnie – cały system, czyli każda szkoła, każdy nauczyciel, a nawet dyrektor. System edukacji jako przestarzały relikt, pełen szkodliwych zasad i ograniczających schematów.  Wychowuje masy, które nie myślą samodzielnie, którymi można manipulować. To zbrodnie popełnione systemowo przeciwko naszym dzieciom – to powszechne opinie.

Pewien coach, „który od lat pomaga ludziom żyć pełnią życia” wymienił „13 błędów polskiego systemu edukacji”.
Jakich? M.in. schemat "Popełnianie błędów jest złe", schemat "Na każde pytanie jest tylko jedna odpowiedź", schemat "Musisz być posłuszny autorytetom".
Czy są to immanentne cechy systemu edukacji, a może jednak naszego społeczeństwa?

Pytanie do Was –  rodziców - czy tak jest w szkołach Waszych dzieci? Czy takie jest podejście wszystkich nauczycieli? Co Wam mówią Wasze dzieci? Czy jest im tam dobrze, czy źle?
Co robicie, aby Wasze dzieci poza szkołą zachowały w sobie swoją wrażliwość, spontaniczną twórczość i radość życia? Pozwalacie na błędy, dajecie im możliwość indywidualnego myślenia, odpowiedzialności za samych siebie, podejmowania decyzji i wyborów? Pozwalacie na samodzielność, swobodę, bez zbędnej kontroli i strachu? Czy inaczej - wymagacie, aby traktowały Was jak autorytet, który zawsze ma rację i były wobec Was uległe? A może powtarzacie dziecku „nie musisz robić nic, jeśli nie chcesz?”***

Ilu z Was wnerwia się i narzeka na system, nawet nie próbując o tym porozmawiać z kadrą? Może myślicie, że lepiej nie gadać z nauczycielem bo to się obróci przeciwko dziecku?


„Mówiłem o trzech przekonaniach, które należy zmienić od razu po ukończeniu szkoły: (1) to nie inni decydują, czego masz się uczyć (2) do nauki bardzo przydatne są nowe technologie (3) lepiej uczyć się z innymi niż samemu.”
socjolog edukacji dr Łukasz Srokowski



               Mam poczucie, że czasem rodzice zrzucają odpowiedzialność na szkołę, jakakolwiek by ona nie była, za to czego sami nie chcą lub nie potrafią zrobić. Żeby dziecko było zdyscyplinowane i grzeczne, miało więcej zadań, ładnie stało na apelu i było zmuszane do zjedzenia zupy do końca. Albo inaczej – żeby unikało odpowiedzialności, było wolnym, niezależnym kolorowym ptakiem, bo tylko w takich okolicznościach może być szczęśliwe (przez te 9-10 godzin, które gdzieś tam spędza). Sami nie są w stanie narzucić im takiego luzu czy dać im takiego rygoru, wedle własnych wyobrażeń, jak to powinno wyglądać. Zbyt zajęci, zbyt zmęczeni, zbyt niezaangażowani.
Wymagają od obcych ludzi i placówek, aby spełnili ich wyobrażenia o tym, jak wychować im dzieci.



"Nigdy nie uda się zmienić rzeczywistości poprzez walkę z zastaną rzeczywistością. Aby faktycznie coś zmienić - zbuduj nowy model, który sprawi, że poprzedni stanie się przestarzały".
Buckminister Fuller 



Demokratyczne szkoły (ponoć nie powinny się nazywać szkołami) mają wspaniały PR i tu bym postawiła kropkę. Fakt, nie ma ocen, klas i dzwonków, brak przymusu, rygoru i narzuconego regulaminu, za to może wystąpić problem społeczny - brak rówieśników, wyrwanie ze środowiska, i największy - w perspektywie kilku-kilkulastoletniej - problem braków edukacyjnych. Poziom nauki, w jak to ładnie nazywają „spółdzielniach edukacyjnych” jest taki, że jest dużo fajnych wspólnych zajęć, tzw. wolnego czasu, hasania po dworze, ale polski czy matma są raz, dwa w tygodniu (w normalnej szkole codziennie). Fakt, że część z tego to wykuwanie zbędnej wiedzy, ale w każdej innej szkole, do której uczeń może z różnych przyczyn wrócić, w średniej, czy na studiach, te braki odbiją się czkawką.  Zwykły ogólniak po demokratycznej „podstawówce”, czy trudne studia typu prawo, budownictwo/filologia czy medycyna to mglista wizja. Bez umiejętności wkuwania i z brakami w wiedzy, marne szanse to nadrobić, chyba, że rodzice zainwestują w korepetycje i mnóstwo czasu na ślęczenie z dzieckiem nad książkami (aby przygotować do zaliczenia rocznego egzaminu to i tak konieczne, bo te szkoły do tego nie przygotowują.) Takie realia.

Dużo zależy od kadry, w każdej szkole. Często pomysł na szkołę bierze się od edukacji domowej, powstają twory do których chodzą dzieci i wnuki właścicieli i nauczycieli. Czy jest tam naprawdę demokratycznie, niech wypowiedzą się ci, którzy tam byli.


„Te "szkoły demokratyczne", które znam mówią wprost, że Dzieci, które na własne życzenie (w końcu same przecież decydują) nie dadzą rady ... pójdą do zwyczajnej szkoły. Żyć nie umierać! 800,00 pln za ucznia i ZERO odpowiedzialności! Nawet moralnej.”

Krzysztof Kwiecień 


Jest jeszcze jeden ważny wątek. Też element pewnego wyrwania ze środowiska – podział klasowy. W końcu to kwestia stać nas / nie stać nas decyduje finalnie o tym, czy dziecko znajdzie się w danej płatnej szkole. Musimy mieć co miesiąc średnio 1.500zł wolnej kwoty. System systemem, ale to jest kluczowy element. Na ile można sobie w ten sposób kupić poczucie, że daje się dziecku szczęście, a na ile traktować to jako bezzwrotną inwestycję?

Szkoły i systemy nauczania, mają tyle plusów i minusów. Nie mam przekonania, gdzie jest lepiej. Bo generalizowanie jest bez sensu, do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Nie wzmacniajmy w ludziach poczucia, że dzieje się nie wiadomo jaka krzywda. Wsłuchajmy się w dzieciaki w ich wolnym czasie, zamiast zawozić je na kolejne zajęcia. Albo niech same na nie jadą, bo samodzielność to też problem, prawda?

Nie ma czegoś takiego jak szkoła państwowa = zła szkoła, szkoła prywatna = dobra szkoła. W obu wersjach brak schematów. Nie ma sensu nakręcać się takim podziałem.
A nauczyciele? Kiepska kadra zarządzająca i kiepscy  nauczyciele są wszędzie, tak jak i ludzie z pasją. Jako pracownik korporacji, nie mogę wziąć odpowiedzialności za zasady jakie w niej panują. Mogę się zwolnić, ale ona zostanie i będzie nadal zatrudniać setki ludzi. Nie mam na całokształt wpływu, mam tylko na swoje otoczenie, jaka panuje tam atmosfera, jak nam się pracuje razem. Czy ten wpływ wykorzystam? Czy mi na tym zależy?


Na koniec problem okołoedukacyjny. Tzw. zasady funkcjonowania dzieci w klasie. Także są one przedmiotem gorącej debaty i krytyki. Niektórzy twierdzą, że uczenie tych zasad dzieci "zabija ich kreatywność" i jest „produkcją jednakowo myślących bezużytecznych pracowników korpo”. Że zgubią swoją indywidualność, przejmą cechy tłumu. Oto one:

Jesteśmy zaangażowani
Słuchamy uważnie, nie przerywamy
Podnosimy rękę, gdy chcemy coś powiedzieć
Dbamy o sprawność fizyczną
Jesteśmy koleżeńscy i serdeczni
Dbamy o przybory
Zdobywamy nową wiedzę
Pamiętamy o przygotowaniu do zajęć
Jesteśmy punktualni
Bawimy się zgodnie i bezpiecznie
Pomagamy sobie, współdziałamy
Zadane prace wykonujemy samodzielnie
Jesteśmy kreatywni
Jesteśmy zespołem
Dajemy z siebie wszystko
Zdrowo się odżywiamy
Mamy pogodne nastawienie
Wypełniamy obowiązki klasowe

To podstawy debaty oksfordzkiej, zasady poprawnej komunikacji interpersonalnej, porządkujące dyskusję i współpracę zespołową, funkcjonowania drużyn sportowych, działania, zbieżnych celów,  pomagania i wspierania, konstruktywnego stylu życia, przy czym każdy z osobna swoje indywidualne zadanie wykonuje sam. Serio nie trzymacie się takich zasad w Waszych domach? Nie stosujecie ich w pracy? Które z nich są tak okrutne, że zabiją Waszą kreatywność? 

Od 25 lat, od kiedy nastąpiła zmiana ustroju w Polsce, obowiązuje taki przekaz, który można określić jako "indywidualizm": wszystko co wspólne, co razem, jest peerelowskie, socjalistyczne, zgubne. Wszystko musisz robić sam, osiągać swoimi siłami, być kowalem swojego losu. Musisz być nastawiony na JA, głównie na swoje potrzeby, na rywalizację, współzawodnictwo, inni są konkurentami, a nie zespołem, co potem przenosi się na dorosłe życie. Nie współdziałamy, konkurujemy, walczymy ze sobą, porównujemy się i każdy ma być indywidualny, inny, najlepszy. Jedyna dopuszczalna wspólnota jaka jest obecnie to rodzina.
Przez całe życie człowiek ma sam sobie stworzyć, wszystko organizować, robić, żyć ponad stan ale pokazać, że umie, a inni są przeciwnikami naszego indywidualnego sukcesu. Zaczynając od przeciwnika sąsiada, kończąc na państwie.
Dokąd to zmierza?

Tekst nie jest po to, aby rozstrzygać, czy szkoły i jakie szkoły, są złe czy dobre. Zwracam uwagę na oczekiwania, jakie mamy wobec szkoły i namawiam na refleksję nad nimi. Wnioskami możecie się podzielić:)




*** zgodnie z zasadą Somerhill, pierwszej szkoły demokratycznej
FILM O SOMERHILL



Czytaj dalej...

Myśl transcendentalnie! Praktyczna metoda rozwiązywania problemów

Jesteś w związku. Coś nie gra, a wręcz zgrzyta. W klasycznym, wyuczonym toku myślenia szukasz prawdopodobnego problemu i zastanawiasz się, czy się da go naprawić, podejmujesz próby, skłaniasz siebie i partnera do zmian. Czyli, w skrócie - próbujesz ten problem rozwiązać.
Czy można podejść do tematu inaczej?

To nie coaching, nie psychologia. To poczciwa filozofia, i to sprzed wieków - myślenie transcendentalne. Da ci takie możliwości, że przekroczysz własne granice, rozwiniesz skrzydła, nadasz jakość życiu. Zmienisz nastawienie, złapiesz dystans, rozwiążesz swoje problemy bez spiny.
Bo myśleć można w różny sposób. Ale co z jakością, co z efektami?
Myślenie transcendentalne to metoda rozumowania, w której odchodzisz od utartego toku rozumowania w danej sytuacji i przyjmujesz całkowicie nowy punkt widzenia sytuacji/problemu stawiając się jakby poza sytuacją/problemem.
Wykraczasz poza tę sytuację (i własną strefę komfortu) rozważając nie tyle sposób postępowania w niej, co samą sytuację, jej konieczność.





Myślenie transcendentalne pozwala wyjść poza problem. Stanąć obok, spojrzeć jak obserwator na swoją sprawę, sprowokować siebie samego do nowego podejścia do sprawy. Bo nie zastanawiasz się co i jak naprawiać, jakie decyzje i kroki podjąć tylko zadajesz sobie w rozważaniach pytania typu:

Po co mi to?
Czy w ogóle muszę cokolwiek naprawiać?
Czy ta relacja jest mi w ogóle potrzebna?
A może „przewróciło się - niech leży”?
Dlaczego cokolwiek robić, by naprawiać?
Może naprawa wcale nie jest potrzebna?

Tak samo myślenie transcendentalne sprawdza się w życiu zawodowym. Zamiast myśleć, że chciałoby się robić coś innego, zarabiać więcej, mieć super stanowisko albo wolny zawód, zastanawiamy się czy ta praca, którą mam lub którą chcę mieć, jest w ogóle dla mnie dobra i czy tę obecną w ogóle chcę zmienić, dlaczego w ogóle myślę o zmianie, no i czy potrzebuję jakiejkolwiek zmiany i czy takiej o jakiej ciągle myślę, że jest tą właściwą?

Kolejny przykład: np. awaria samochodu. Zwykle myślisz – jak ją usunąć, jak sobie poradzić do czasu jej usunięcia itp. W myśleniu transcendentalnym myślisz: po co mi w ogóle ten samochód?, czemu muszę go naprawiać?, czy faktycznie chce go posiadać?
Wychodzisz poza problem, stajesz na zewnątrz niego.

Można powiedzieć, że istnieniu Boga towarzyszy myślenie transcendentalne. Można go sobie wyobrażać na dowolny sposób, tworzyć rozsądkowe pojęcia i wyciągać rozumowe wnioski, nazywając efekt wiarą (widzimy tylko objawienie rzeczywistości, a nie to, jaką ona jest samą w sobie – I.Kant)
Idąc za I. Kantem, logika transcendentalna obejmuje zdolność tworzenia pojęć (rozsądek) oraz zdolność wyciągania wniosków (rozum). Nieco pokręconej teorii: myślenie transcendentalne dotyczy koncentracji nie na samym przedmiocie poznania, ale na sposobie poznania. I to jeszcze a priori, czyli przed poznaniem, przed doświadczaniem. Czyli przedmiot poznania można poznać przed jego poznaniem, zgłębić go zmysłowo przed jego zgłębieniem.
Do takiego poznania niezbędna jest krytyka w myśleniu, odwaga i… chęci. Ale czy nie warto? Przekonaj się sam/a.





PS. Rodzaje myślenia/podchodzenia do informacji i przetwarzania jej:
⟹ Konwergennie, wertykalnie, bez prowokacji, bez zadawania trudnych pytań, na które jest jedno rozwiązanie, myślenie w głąb gdzie szuka się jednej odpowiedzi, od ogółu do szczegółu, myślenie gromadzące maksimum informacji, które w teorii mają ułatwiać znalezienie rozwiązania (w praktyce przeszkadzają).
⟹ Dywergentnie, horyzontalnie, swobodnie, twórczo, bez podpowiedzi i kluczy, znajdując wiele odpowiedzi, zadając pytania, porzucając aktualne poglądy na rzecz tych, do których się zmierza, poszerzając spektrum swoich poszukiwań.
Transcendentalnie, zaprzeczając temu co się już wie, wkładając kij we własne mrowisko:)

Czytaj dalej...
OffMatka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka