10:47:00

Ucieka dziecko za którym gonisz

Ucieka dziecko za którym gonisz

Co jakiś czas warto robić rekonesans i poddać autorefleksji (czyli rozpoznaniu własnych potrzeb
 i uczuć, budowaniu realistycznego obrazu siebie). Na przykład przyjrzeć się własnemu podejściu do rodzicielstwa – czy się zmienia, ewoluuje, dlaczego i czy w dobrym kierunku.
Przyjrzeć się zasadom, jakie stosujemy w sposobie wychowania swoich dzieci.
W rodzicielstwie kieruję się przede wszystkim emocjami, dopiero potem kalkulacją i racjonalną logiką. Tym bardziej dobrze robi mi autorefleksja. Pod warunkiem, że nie jest to dzień pod znakiem wyczerpania dziećmi, wtedy autorefleksja jest niewskazana, a nawet niedozwolona ;)




Zasady wychowania zawsze jakieś są, ustalone odgórnie lub nie. Przenoszone z własnych doświadczeń albo uplastycznione wedle potrzeb. Nie przyjęłam ustalonych zasad wychowawczych (jak te), opartych na uniwersalnych wytycznych. Czasem tylko, przyglądając się innym, mogę przyjrzeć się sobie i wyciągnąć z tego refleksje.
Pytają mnie w jaki sposób dyscyplinuję dzieci, jeśli ich nie karzę i nie nagradzam. Albo dlaczego się o nich nie boję.
Sądzę, że większość ingerencji w życie dzieci jest chybionych. Że dzieci nie mogą być centrum wszechświata rodziców, bo robi się im w ten sposób krzywdę (nadopiekuńczość jest formą przemocy). Że nie da się dzieci uchronić przed złem tego świata, że o złu trzeba mówić i przygotować dziecko do konfrontacji z nim. Że prawda broni się sama, a wszelkie teorie wychowywania to tylko teorie i zmieniają się ciągle jak w kalejdoskopie – nie wiemy, czy będą aktualne za 20 lat. Że rozliczą nas nasze dzieci, nie nasi rodzice, nie znajomi, nie autorzy poradników. Że szukanie w sobie winy i posiadanie wyrzutów sumienia to zbędny balast.


Dobre relacje z dzieciem stanowią dla mnie cel, ale środki do celu bywają różne. W relacji liczy się poszukiwanie rozwiązań odpowiadających na potrzeby wszystkich stron (konsensualizm / kompromis), empatia, asertywność (w sensie wyrażania własnych emocji, a nie mówienia za dziecko co ono czuje „wiem, że jest ci przykro”, czy „jesteś zły”).  Samodzielność, rozpoznawanie i zaznaczanie własnych granic, wyrażanie własnego zdania. Samowspółczucie, które nie jest użalaniem się nad sobą. Użalanie, histerie i fanaberie drażnią mnie i męczą. Wtedy nie wzmacniam poczucia, że to jest ok (bo nie jest) i że można. Staram się weryfikować przyczyny, czasem to zmęczenie, przeładowanie, głód, rozczarowanie. Znam to z własnego życia. Ale nie przyzwalam sobie na histerie, zatem niech moje dzieci też ćwiczą panowanie nad sobą.

Przecież nie wychowujemy dzieci, tylko ludzi, którzy kiedyś będą dorośli, pójdą w świat. Życie jest pełne trudów, zmienne, spotykamy też różnych ludzi, niektórzy są wredni lub krzyczą. Nasze dzieciaki czeka mnóstwo wyzwań, przed którymi ich nie uchronimy. Niech idą w świat przygotowane na różne scenariusze.
Istota w tym, aby je przygotować, nauczyć dystansu, wzmacniać poczucie humoru. Pokazać, że warto wymagać od siebie i innych. Wzbogacać w umiejętności i cechy które przydadzą im się w dorosłych życiu. Ich życiu, którego za nich nie przeżyjemy.

Bywa, że angażujemy w wychowanie max swoich sił i czasu. Rozmawiamy, tłumaczymy, jesteśmy dla dziecka w każdej potrzebie, ale i zachciance. Mamy scenariusz na jego czas, propozycje na każdą atrakcję, deptamy dziecku po pietach nie dając mu szansy na nudę. Dziecko przejmuje kontrolę nad naszym życiem!
Ta koncentracja na dziecku, poświęcenie całej uwagi, zbytnie skupianie się, kontrola, nadopiekuńczość daje efekty dokładnie odwrotne do zamierzanych, buduje w dziecku egocentryka i  lękowca. Który, nieustanie goniony, ucieka...

O kiepskich konsekwencjach skupiania się na dziecku trafnie pisze Jean Liedloff w koncepcji kontinuum. Polecam!



12:58:00

Żeby nikt nigdy mi nie mówił, jak mam wychowywać własne dzieci

Żeby nikt nigdy mi nie mówił, jak mam wychowywać własne dzieci

WYSOKIE OBCASY idą w autosabotaż. Pani Monika Tutak-Roll pisze w "Porozmawiaj z dzieckiem" o tym, jak być jedynie słusznym rodzicem. Uwielbiam takie teksty wrrr!




Cały wspomniany tekst oparty jest na fałszywych założeniach.
Jakich?

1. "Coraz mniej rozmawiamy z dziećmi". To stwierdzenie Autorka odnosi do poprzednich pokoleń czy obecnych rodziców? Jeśli to pierwsze to jest w dużym błędzie, bo nigdy nie poświęcało się więcej czasu dzieciom, niż obecnie. A jeśli do obecnych rodziców, to niby kiedy poświęcali ono swoim dzieciom więcej czasu, kiedy zwykle są to ich jedyne dzieci. Dziś dzieci są na pierwszym miejscu, należy się z nimi bawić, rozmawiać, zabawiać, organizować czas. Kiedy tak było? Chyba tylko w wyobraźni dzieci lat 70, 80 czy 90, które same stając się rodzicami, bardzo chcą być inne od własnych rodziców tj.lepsze a nawet idealne. Czym to się objawia? Całkowitym oddaniem się własnemu dziecku z porzuceniem samego siebie (w co wierzy też autorka, pisząc: "co słyszy dziecko? że nie jest dla nas najważniejsze")
Bo dziecko nie jest najważniejsze i jest to całkiem OK! Każdy członek rodziny jest tak samo ważny, w tym sam rodzic, co zdaje się Obcasy od lat promują (matka nie ma być tylko matką!) Uczmy zatem dzieci, że nie są pępkiem świata, że rodzic nie jest jego własnością, że rodzic ma też inne cele, w tym własne.

2. "Dziecko pozostawione same sobie się nudzi". Dziecko, któremu da się luz, samo znajduje sobie zajęcia. To nie w gestii rodzica jest cały czas organizować mu czas, nadsakiwać, reagować na zachcianki, a nawet potrzeby, których przecież nikt nie będzie spełniał zawsze i wszędzie, na już i w 100%.

3. Autorka pisze, że rodzice w restauracji są zajęci sobą a dziecko siedzi i wyraźnie się nudzi. To, że dziecko się nudzi, jest tylko jej przekonaniem. Fakt, że w tym momencie dzieckiem nie zajmują się z uwagą rodzice, nie oznacza, że jest ono znudzone, samotne i opuszczone. Może akurat w tym momencie obmyśla strategiczny plan podboju Marsa? Lub w inny sposób wykorzystuje swoją dziecięcą wyobraźnię? Czy w tym trzeba zawsze dziecku przeszkadzać? Co zdaniem Autorki powinni rodzice w restauracji zrobić, czekając na posiłki - grać z dzieckiem w karty, malować, bawić się w koci-łapci, czytać? Nie wie Autorka co robili ci rodzice wcześniej, może poprzednie godziny spędzili na wspólnej zabawie i mają przerwę? A może są zwyczajnie zmęczeni i nie mają siły na zabawy? Co w tym złego, że wolą popatrzeć w telefon?
Postawmy sprawę jasno. Dziecko nie jest centrum wszechświata rodziców. Nigdy tak nie było
i nie dajmy sobie wmówić, że tak ma być. To skutkuje wyłącznie poczuciem winy i frustracją rodziców, którzy nie są w stanie sprostać własnym i narzuconym społecznym oczekiwaniom.
Z drugiej strony wychowuje się skupionych na sobie, niezaradnych egocentryków, którzy jeśli się nimi nikt nie zajmuje nie wiedzą co ze sobą zrobić. 

4. "Wyłączam wtedy telefon, wstyd mi". Albo jestem na fejsie albo jestem z dzieckiem - miotanie od ściany do ściany! Można znaleźć czas na to i na to. Nasi rodzice komórki i fejsa nie mieli i co - mieli 100% wolnego czasu i uwagi dla nas? No nie. Nie trzeba wyłączać telefonu, żeby znaleźć czas i ochotę na zabawę z dzieckiem. Jeśli ktoś naprawdę chce być z dzieckiem, bawić się z nim, znajdzie na to czas, bez strat dla siebie, bez bezsensownych wyrzutów sumienia i pustych gestów.


Wizerunek rodzica jaki przestawia Autorka to taki Koterski z Domu Wariatów. To matka, która chodzi krok w krok za 30-latkiem. Ta nadopiekuńczość i bezustanna kontrola to nic innego jak przemoc.
Wizja rodzica jaki prezentuje autorka, sugerując, że kiedyś rodzice byli zdecydowanie wspanialsi, to odprysk czegoś większego, co jest typowe dla naszych aktualnych czasów. To chore dążenie do perfekcji, w każdym detalu. Obcasy, przeczycie same sobie.

Na koniec tekstu Autorka zadaje pytanie:
"A Wy - co chcielibyście, żeby Wasze dzieci od Was usłyszały?"
Ja chciałabym


ŻEBY NIKT NIGDY MI NIE MÓWIŁ JAK MAM WYCHOWYWAĆ WŁASNE DZIECI, O!



10:35:00

Syn czy córka? Końcówka anatomiczno-gramatyczna w roli głównej

 Syn czy córka? Końcówka anatomiczno-gramatyczna w roli głównej
Znaczenie końcówki anatomiczno-gramatycznej jest dla ludzi bezwzględnie fundamentalne, jeśli chodzi o rodzicielstwo. Ludzie nie mają dzieci - mają synów lub córki. Płeć ma znaczenie nadrzędne i zawsze jest skorelowana z jakimś przekonaniem. Wiem, bo doświadczyłam tego tak wiele razy, a jednocześnie nadal nie mogę tego zjawiska pojąć.


http://educover.pl/czasopismo/biologiczno-psychologiczna-walka-plec/


Masz same córki? Oh, współczucia dla męża! Samych synów? Oh, żona to ma ciężko! 
O płeć dziecka męczono mnie przez całą ciążę. Piszę celowo - męczono, bo to strasznie upierdliwe odpowiadać na to samo pytanie set razy. Piszę, że w ciąży, ale w ciąży już nie jestem, a to męczenie nie ma końca. Tylko w ciąży było bardziej uciążliwe, bo to czas intymny i nienajlepszy na głupie ludzkie wścibstwo, bezczelne komentowanie, brak wyczucia, kultury, taktu i przyzwoitości.

Końcówka autonomiczno-gramatyczna to był najczęściej przez innych poruszany temat w całej długiej ciąży (każdej). Setki razy to samo pytanie. Pytali o to rodzina, znajomi, nieznajomi, sprzedawca chleba, aptekarz, urzędnik, pielęgniarka, kasjer.  KAŻDY!
Samo pytanie jest do zniesienia, w sumie kluczowe są intencje, ale jego cel który objawia się w następujących kolejno komentarzach, jest już całkiem niezrozumiały. Więc najpierw odpowiadasz uprzejmie, potem na odczepkę, potem udajesz, że nie słyszysz.
Aż przychodzi moment, kiedy masz ochotę powiedzieć - a co cię to obchodzi?

Nieraz słyszałam, że ktoś mi współczuje, bo urodzę znów tę samą płeć. Nieraz słyszałam śmiech, który nie wiem co miał znaczyć. Żal pod moim adresem, litość dla męża. Dawano nam do zrozumienia, że spotkał nas pech. Wciskano mi, że spotyka mnie coś, czego na pewno nie chcę. Wdawanie się w te głupie gadki nie ma sensu, ale puszczanie mimo uszu ludzkiej bezczelności bywa trudne. Szczególnie, jeśli jest inwazyjne i naprawdę bezsensowne, bo co to właściwie kogoś obchodzi, co to ma dla kogoś za znaczenie, jakiej płci ja będę mieć dziecko?

Temat porusza MATAJA, pisząc, że są ludzie, którzy są zawiedzeni płcią swojego dziecka, czego osobiście nie rozumiem, bo dla mnie płeć dziecka jest bez znaczenia, ale nie czuje się upoważniona wystawiać takim rodzicom jakąkolwiek opinie. MATAJA pisze, że ludzie najpierw pytają o płeć, a potem twierdzą, że to w sumie nieistotne, bo ważne, żeby było zdrowe. Tacy niezdecydowani i nie przyjdzie im do głowy, że kobiecie w ciąży wystarczy, jeśli już się musi, powiedzieć tę drugą część zdania i tym miłym akcentem zakończyć.
W ogóle męczenie kobiet w ciąży pytaniami jest nagminne. To irytujące i często nie na miejscu. Kiedy termin, który tydzień, czy planowane, a brzuch masz taki, a wygląd siaki.
Pytania o zdrowie i samopoczucie, o potrzeby i oczekiwania są najrzadsze. Poza tym, że ktoś chce zaspokoić swoją ciekawość, to koniecznie musi skomentować. Werbalnie, niewerbalnie, ale musi.

Określenie "mam dzieci" nie nadaje im tożsamości, tożsamość nadaje dopiero płeć. Komentarze dotyczące płci to istna baza wiedzy o przekonaniach ludzi, dla których płeć dziecka to kluczowy element rodzicielstwa. Wszystkie bez wyjątku irytujące i nie na miejscu. W centrum zainteresowań znajduje się końcówka autonomiczno-gramatyczna, a za nią stereotypy i schematy, które siedzą głęboko w umysłach znacznej większości.
Na pytanie "jaka będzie płeć" odpowiedź "nie wiem" lub "człowiek" lub "to nie ma znaczenia dla nas" nie zamykała tematu.
No to jaka płeć? Syn czy córka? A pozostałe dzieci to jaka płeć?
Bo jak masz córkę, to musi być syn. PARKA to mus! Jak nie jest syn, tylko kolejna córka, to szkoda. A jak jest trzecia córka, to już dramat, heheszki, no nie udało się wam, współczucia dla męża, ale babiniec, rodzina dziurawców, jak będą miały razem okres to urządzą nam piekło, oj a nazwisko męża to przepadnie, biedak mąż nie będzie z kim miał w piłkę grać i kranu naprawiać.
Aaa trzeci syn? Same chłopy w domu. Siusiaki same! Chłopaków chowa się dla innych kobiet, podrosną i tyle ich widziano. Będą psocić i rozrabiać, jak to chłopaki, dziewczynki są grzeczniejsze (bzdura stulecia!). No i na różowo nie ubierzesz, spineczek w loczkach nie zapniesz, aż żal.


http://educover.pl/czasopismo/biologiczno-psychologiczna-walka-plec/

Mamy trójkę dzieci. Zdrowych, silnych, pięknych, rozumnych i bezproblemowych. Nigdy nie patrzyłam na swoje dzieci przez pryzmat płci. Ich płeć nie ma żadnego znaczenia z punktu widzenia naszego rodzicielstwa. Może ma dla rodzica, dla którego rodzicielstwo to kształtowanie zachowań i wyglądu adekwatnie do stereotypu pojmowania kulturowego płci.
I z automatu będzie dzieciom ograniczał ich wybory.
Dla nas szelki czy falbanki są bez znaczenia. Nie różnicujemy dzieci według ich płci, nie wychowujemy według podziałów kulturowych tj.nie narzucamy "właściwego dla danej płci" modelu zachowań, stylu bycia, rodzaju zabaw etc. bo akurat komuś się wydaje, że przynależą do tej danej płci i tak im wypada. Nie mówię im, że mają już przypisaną rolę. Nie wybieram im zawodu, przekonań politycznych ani wiary. Na podstawie ich płci nie mogę przewidzieć ich ambicji, planów, pasji, zainteresowań, temperamentu, potrzeb, oczekiwań, słabości, mocnych stron, a nawet marzeń! 
Bo naprawdę, ludzie, nie od płci to zależy!



👉 SCHABOWY CHŁOPAKA I KLUSECZKI DZIEWCZYNY. O STEREOTYPACH PŁCI
👉 GENDER SRENDER. CZYLI FACET POTRZEBNY JAK RYBIE ROWER
👉 WYCHOWUJ CZŁOWIEKA, NIE PŁEĆ
👉WYCHOWANIE BEZ RÓŻNICOWANIA PŁCI. KONSTRUKTYWNE RODZICIELSTWO CZY WYMYSŁ GENDERA?

10:22:00

#czarnypiatek okiem ciężarnej

#czarnypiatek okiem ciężarnej
W całej Polsce protesty przeciwko obywatelskiemu projektowi wobec CAŁKOWITEGO ZAKAZU aborcji. Konkretnie chodzi o nowelizację obecnych przepisów prawa, głównie o odebranie kobietom możliwości usunięcia płodu z uwagi na jego ciężkie i nieodwracalne upośledzenie lub w przypadku choroby, która zagraża jego życiu, przy czym nie przewiduje się zmian w temacie pomocy dla chorych dzieci i ich rodziców (TU PROJEKT)
(Uprzedzam, tym razem nie chodzi o tzw. ”aborcję na życzenie”, jakkolwiek rozumie się TO po polsku, za którą gnoi się kobiety, zarazem mężczyzn – potencjalnych ojców - w ogóle nie bierze pod uwagę).

Aktualnie, po apelu biskupów, czyli najbardziej wiarygodnych znawców dzieci i kobiet, sejmowa komisja sprawiedliwości zaopiniowała projekt pozytywnie. Wiadomo, że rząd jako większość decyduje i to, że bierze na tapetę obywatelski projekt, niczego jeszcze nie przesądza, ale mnie sama inicjatywa przeraża, a co dopiero fakt, że mają nad nim dumać w sejmie.





„Obrońcy życia i rodziny” z fundacji Życie i Rodzina deklarują, że będą „przede wszystkim domagać się szybkiego uchwalenia przez Sejm RP ustawy #ZatrzymajAborcję, która kończy z tą haniebną dyskryminacją”. O jaką dyskryminację chodzi? O ustawową zgodę na przerwanie ciąży w przypadku gdy:
„badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”.
Tak więc w projekcie żądają wyrzucenia tego zapisu, abyście Wy kobiety /Wasze córki musiały urodzić chore, także śmiertelnie, dziecko, które być może pożyje chwilę. Albo będzie ciężko niepełnosprawne. Macie nosić ciążę 9 miesięcy, potem przetrwać poród. Nie ma wyboru!
Ten projekt i zakaz popiera i żąda wprowadzenia w Polsce jak najszybciej episkopat (fundacja dostała zgodę na zbiórkę podpisów na terenie kościołów).

Czy jest jakaś propozycja, żeby uniknąć zajścia w ciążę, gdzie płód może okazać się chory? Jest. Całkowity brak seksu. Bo np. antykoncepcja nie wchodzi w grę, religia katolicka zabrania (to fakt nieznany wielu katolikom, ale "antykoncepcja zawsze jest złem i wywołuje postawę nienawiści wobec nowego życia").
Przyjmijmy jednak, że seks jest, wcale nie przygodny i nie nieprzemyślany, ale małżeński, z miłości. I jest ciąża. Wymaga 9 miesięcy absorpcji. Czasem L4, a na pewno wzmożonej dbałości i uważności. W końcu to „stan błogosławiony”. W rzeczywistości to ogromny wysiłek dla organizmu kobiety.
Bo nawet chciana i zdrowa ciąża jest wysiłkiem i obciążeniem, a niekiedy stanem psychicznie bardzo trudnym. Ciąża to czas trudny, niewolny od lęków i problemów, nawet gdy oczekiwana, wywołuje niepokój, zmusza do rezygnacji z pewnych planów, może wywołać depresję (objawy depresyjne występują u 30–70 proc. ciężarnych, depresja kliniczna u 10 proc). A stan psychiczny matki podczas ciąży, poprzez obciążony stresem układ współczulny może mieć katastrofalny wpływ na płód.
Jeśli są jeszcze inne dzieci, jedno lub więcej, wymagają opieki, uwagi i matki w dobrej formie. Tu nie ma czasu na łzy i spadki formy.

Dochodzi obowiązkowy poród. Związany zazwyczaj z kilkugodzinnym cierpieniem i ponadludzkim bólem. Poród nawet niepowikłany i dobrze zakończony może być przyczyną PTSD i dolegliwości zdrowotnych. Weźmy teraz dziecko chore, niechciane albo bez szans na przeżycie.
No niekoniecznie bym chciała przez to przechodzić bo ktoś ma takie życzenie. Podziwiam każdą która by chciała, życzę im powodzenia ale niech nie decydują za mnie. Porodom na życzenie księdza /sąsiada /polityka mówię NIE.

Uprzedzę od razu zarzuty typu, że dla protestujących przeciwko obywatelskiemu projektowi fundacji Życie i Rodzina, dzieci chore czy z gwałtu to śmieci bez praw. Że trzeba je „zutylizować”.  Fakty są takie, że jeszcze nikt nikogo do niczego nie zmusza, nie ma nakazu aborcji, nikt nie chce takiego nakazu wprowadzać, jak któraś chce urodzić i pochować albo wychowywać chore dziecko, to ma takie prawo. Wybór nie oznacza przymusu!

A gdzie w tej dyskusji są ojcowie? Czy to, że są mężczyznami oznacza, że bezwzględnie muszą zostać ojcami, kiedy kobieta jest w ciąży? Czy ktoś ich pyta, czego chcą? Czy chcą mieć ciężko chore dziecko, przeżyć jego śmierć po narodzinach, czy chcą, aby ich partnerka przechodziła przez trudne przeżycia?
Ich też nikt nie pyta. Tak samo jak nikt im nie zarzuca, że "zabijają" chcąc aborcji na życzenie. Jak widać sam fakt bycia mężczyzną, nie oznacza, że coś musi.
Zatem to, że jestem kobietą, również nie może oznaczać, że coś muszę, prawda?

Nie mówi się o paradoksie - na tapecie mamy "zabijanie", a chodzi o to, aby te dzieci się rodziły, jak najwięcej. Chodzi o przyrost naturalny. Ale za czasów PRL w Polsce, mimo braku zakazu aborcji, również na życzenie, rodziło się więcej dzieci niż w III i IV RP, w której obowiązują restrykcyjne przepisy antyaborcyjne. W historii jeszcze nikogo takie restrykcyjne przepisy nie skłoniły do porodu, ale z wielu (kobiet) uczyniło przestępców.

O co chodzi poza tym, że o sprawie głośno? O nastroje społeczne. O temat który stał się publiczny i każdy ma coś do powiedzenia w tej sprawie, zazwyczaj agresywnego, napastliwego i osądzającego. O bezsensowne wkurwianie ludzi albo o ich smutną ignorancję. O kościół który wtrynia się, gdzie nie powinien i w sprzeczny z doktryną religijną sposób.
O ludzi, ich podejście, zakłamanie, podwójną moralność. O polskie buractwo, bo każdy wie lepiej co inny ma robić i jak żyć. O manipulacje typu "jestem za życiem, a ty za zabijaniem". O kobiety, które są pod ciągłym obstrzałem, oceną i krytyką, jako kobiety, żony i matki.
To wypływa przy takich akcjach na wierzch jak śmierdzące rzygi.

Na koniec refleksja. Ilu popierających sprzeciw dziś zaprotestuje a za tydzień poleci do kościoła poświęcić jajka? Dziś strajkuję, jutro idę święcić jaja. To dopiero jaja! Dopóki Polacy będą funkcjonować jak chce kościół (np.obchodzić kościelne święta, których nie znoszą i posyłać dzieci na religię, której nie praktykują), przy całej jednocześnie deklarowanej niechęci do religii a szczególnie instytucji KK, dopóty KK będzie się panoszył i siał ferment.


PS. Jeszcze coś. Jeśli ktoś Was /Wasze córki zgwałci i zajdziecie w ciążę, tu mamy kolejną "ciekawostkę". Prawo polskie nie ma automatyzmów. Jeśli sprawca gwałtu jest znany, dostanie prawa rodzicielskie a dziecko będzie po nim dziedziczyć. Jeśli nieznany, matka nie ma nawet praw do alimentów. TU SZCZEGÓŁY 


OBECNA USTAWA

ZAUFANIE DOBRZE, KONTROLA LEPIEJ, CZYLI O CO CHODZI W ABORCJI?

#CZARNYPROTEST OFFMATKI

 #CzarnyPiątek we wrocławskim rynku
Pod pręgierzem dwie wspaniałe dziewczyny, działaczki i aktywistki
Małgorzata Tracz i Kasia Lubiniecka, które dobrze było widzieć i słyszeć w świetnej formie 👍




12:00:00

Życie z rodzicem w krainie wiecznego lodu

Życie z rodzicem w krainie wiecznego lodu
ALEKSYTYMIA





Zaburzenie. Schorzenie. Syndrom. Ślepota uczuć. Niedorozwój, analfabetyzm emocjonalny. 
Niezdolność do rozpoznawania emocji, do ich rozumienia lub identyfikowania, nazywania i wyrażania. Niezdolność do empatii i dostrzegania uczuć innych ludzi.
Niezdolność do nawiązania więzi międzyludzkich, chłód emocjonalny.
Tendencja do lokowania winy na zewnątrz - za to, co się z nim dzieje i jak się czuje, zrzuca odpowiedzialność na otoczenie.
We własnych emocjach,  napięciu i niepokoju, których nie może rozładowania, widzi objawy fizyczne czy chorobowe. Popada w zaburzenia psychosomatyczne i uzależnienia.
Nie marzy, nie fantazjuje, nie śni, nie potrafi wyobrażać sobie pozytywnych wizji, za to negatywne scenariusze owszem.
Sprawia wrażenie konkretnego i rzeczowego, sytuacje opisuje szczegółowo, jest logiczny i racjonalny. Jego uśmiech i serdeczność to inteligentna demonstracja wyuczonych schematów  pasujących do sytuacji.
Sam ze sobą czuje się źle ale nie ma motywacji do szukania wsparcia. Jest zdystansowany i wyrachowany, nie mówi o swoich uczuciach, nie pyta o uczucia innych, jego bliscy czują się nierozumiani i odtrącani.

Definicja długa i niewyczerpana. Schorzenie ciągle mało popularne, nieodkryte.
Pisałam już na OffMatce o matkach rujnujących życie ale idę o krok dalej, prywatnie, z serca. Wtedy pisałam jak sobie radzić z doświadczeniem wychowania w trudnej relacji z matką. Pisałam, że każdy ma szansę na moment w którym „zniknie żal i obwinianie starego już rodzica, który kochał jak potrafił i starał się jak umiał.”
Pisałam o tym, na podstawie osobistych doświadczeń, prób i błędów, sukcesów i porażek, jakie przeszłam przez 40 życia, będąc dzieckiem zaburzonej matki, co przez wiele lat rujnowało moją psychikę.
Pisałam o fałszywej świadomości, bez terminów, nazw i skojarzeń. I to jest dobry moment, żeby to nazwać.
Wracam do tego bo w pewnym sensie psychologia, która uczy, aby myśleć o rodzicu, że „kochał jak potrafił i starał się jak umiał” rozgrzeszając go z błędów wychowawczych i krzywd, jakich od niego doznaliśmy, generalizuje i upraszcza, a nawet krzywdzi.
Dlaczego?



Terapeuta powie, że żal musi zostać przepracowany, że należy się go pozbyć, żeby się „uwolnić”. Że to możliwe i w zasięgu możliwości każdego. Ale, jeśli aleksytymik nigdy cię nie przeprosił, nie ma żalu czy skruchy, twierdzi sucho, że sytuacja jakaś tam była i koniec, że taki wtedy był i tak się zachowywał bo tak potrafił, że ie czuje się odpowiedzialny ani winny, bo świat jest zły i przeciwny jemu, że to twój problem, że coś czujesz jak czujesz i rozumiesz jak rozumiesz, to cały twój żal trafia o ścianę i wraca do ciebie jak bumerang, wpędzając w zamknięte koło poczucia winy.
Bo czasem się nie da pozbyć żalu.
Żal będzie wracał po każdym kontakcie i każdej kolejnej ignorancji ze strony aleksytymika. Żal będzie narastał i frustrował. Choćbyś nie wiem, jak się starał, rozumieć, wybaczyć, zapomnieć.
Nie każdy będzie mógł i umiał przepracować w sobie żal i nie każdy w takiej samej formie. Niektórzy będą musieli sobie radzić inaczej, żyjąc w tej krainie wiecznego lodu, a z czasem uciekając z niej, próbując z powodzeniem lub nie, walczyć o własne życie.








Źródła:
„Emocje – Aleksytymia – Poznanie” Tomasz Maruszewski i Elżbieta Ścigała 
Wiki
Polityka
Wprost
Kampania "co nas spina?"






06:04:00

Samotność matek

Samotność matek
Dziś o „zjawisku” pomijanym i przemilczanym. Objawiającym się z zaciszach mieszkań, w sklepach i na placach zabaw. Nie chodzi o samotne macierzyństwo, ale o samotność osoby, która ¾ swojego życia spędza sam na sam z dziećmi.
Ciekawie pisała o tym Matka tylko jedna - że jak masz te dzieci i tego męża, to o jakiej samotności mowa? Że na urlopie macierzyńskim, wychowawczym samotna?

Chodzi o te kilka, kilkanaście godzin, kiedy matki są w rutynowej aktywności, obarczone opieką w trybie ciągłym i nie mają szans na jakąkolwiek towarzyską relację. Czasem chwilę pogadają na placu zabaw z innymi matkami. Najczęściej znów tylko o dzieciach. Czasem siądą do fejsbuka, tam pogadają o kolkach i pierwszych ząbkach. Jest jeszcze komórka. Przez nią można gadać non stop. Ale czy to może w jakimś stopniu zastąpić realne spotkanie?




Samotność matek to niedostatek relacji z innymi ludźmi, spotkań towarzyskich, interakcji. Relacje międzyludzkie to jedna z najważniejszych potrzeb naszego życia. Poczucie, że ktoś ma dla nas czas, że nas słucha, że nas rozumie, że lubi, że miło spędza się razem czas. Wspólny spacer czy kawa ma inne znaczenie. Nawet, gdy jesteśmy zmęczone, niewyspane, przygnębione. Nabieramy dystansu, odciążamy psychicznie głowę, która nieustannie wibruje wokół jednego tematu.

Ale jak i gdzie się spotkać?
Matki są niechętnie widziane w galeriach. Dzieci które wrzeszczą lub biegają, przeszkadzają i zakłócają spokój innym. W restauracji? Jeśli karmią piersią, mogą innym "obrzydzać jedzenie",  niby to naturalne, ale "naturalne jest też sranie i szczanie choć nikt tego przecież publicznie nie robi" (cytat wielokrotnie w różnych formach powtarzany na grupie fejsbukowej ups! "Dziewuchy-dziewuchom").
Wspólne zakupy? Odpadają. Płaczące dziecko to zawsze „biedne dzieciątko” któremu matka robi jakieś kuku, że ono tak płacze. Pewnie dlatego, że w sklepie, a sklep to przecież nie jest miejsce dla dzieci!
Odwiedziny dziadków? Tak, ale jeśli nie jest to litania pouczeń, porad, krytyki i czepialstwa. Tego akurat matka potrzebuje najmniej.

Jeśli matka tkwi w tym samotnym trybiku, zdarza się, że dostaje fiksacji na punkcie macierzyństwa i sama traci szansę na kontakty z innymi. Oczekiwania społeczne wobec matek są kolosalne, zarówno chodzi o ich wygląd i zachowanie, ale też sposób w jaki wychowują dziecko (dieta, opieka, spędzanie czasu…). Zewsząd napływają informacje i opinie, jakie matki mają być. Tym samym życie matek kręci się wokół dziecka i przestają dostrzegać, że istnieją inne aspekty życia i kierunki myślenia, że nadmierna koncentracja na dziecku nie pomaga w budowaniu relacji z innymi (przestajemy mieć cokolwiek do powiedzenia poza „kupą i zupą”).

Czy na własne życzenie, czy nie, nie da się zaprzeczyć, że samotność matek jest powszechna i pomijana. Dlatego matki - wspierajcie się nawzajem!








05:26:00

Kiedy i dlaczego nie pomoże ci COACH?

Kiedy i dlaczego nie pomoże ci COACH?


Ludzie doświadczający kryzysu są o wiele bardziej otwarci i podatni na zewnętrzną interwencję niż wtedy, gdy są w stanie równowagi.
G.Caplan (1964)





Kiedy idziemy do coacha?
Kiedy czujemy jakiś brak, szukamy drogi życiowej, chcemy osiągnąć sukces, którego nie mamy.
A po co chodzimy do coacha?
Żeby dostać to, co nam obiecuje (celem coachingu jest osiągnięcie przez klienta założonego celu).
Jeśli nie mamy tego, czego pragniemy jesteśmy sfrustrowani.
Czy sfrustrowanym, doświadczającym kryzysu ludziom pomoże coach?

Co nam oferuje coachingowy rynek?

Coach w garsonce czy gajerku uśmiecha się z monitora, zapraszając do korzystania z usług, z obietnicą poprawy jakości naszego życia w stylu "będziemy spełnieni, czując maksymalną satysfakcję z życia". Definicji hasła coaching jest co najmniej tyle, ile na świecie jest organizacji coachingu. Mnogość rodzajów coachingu powiększa te definicje definicji w trybie nieograniczonym.

Internationa Coach Federation definiuje coaching jako "partnerską relację z klientami opartą na prowokującym do myślenia i kreatywnym procesie, który inspiruje klientów do osiągania i wykorzystania najwyższego osobistego i zawodowego potencjału".
Podkreśla się głównie rozwojowy charakter coachingu oraz to, że standardy pracy coacha są tak wyśrubowane, że nikomu nie zaszkodzi.

Ale czy pomoże?

Coachem może zostać każdy. Z tego powodu mówienie, że coaching nie zaszkodzi jest twierdzeniem na wyrost.
Idziemy do coacha na płatną sesję, która może dać chwilowy polot, energię, ale nie przekuje jej w działanie, w rezultat i wreszcie, w cel coachingu – w zmianę, jeśli osoba która przychodzi do coacha, nie ma odpowiednich zasobów.
Bo coaching opiera się na złożeniu, iż klient posiada już zasoby, a zadaniem coacha jest ich "rozruszanie".

Tylko że kto, kto ma już zasoby, przychodzi po wsparcie?

Osoba, która nie potrafi konkretnie określić swoich potrzeb, nie wie czego chce, wie natomiast czego nie chce, koncentruje się na swoim bólu, na problemach, ma trudność z określeniem celu "nie nadaje się" do procesu coachingu.

W jaki sposób coach sprawdza czy klient ma zasoby i czy jest w stanie osiągnąć swój cel (o ile klient będzie w stanie go określić)?

Czy w ogóle sprawdza, jeśli na etapie autoreklamy obiecuje satysfakcjonujące życie? Czy potrafi dokonać prawidłowej i rzetelnej oceny naszych rzeczywistych potrzeb, oceny naszych zasobów, a następnie dobrać odpowiednie narzędzie? Czy jest to specjalista, który posiada wiedzę i doświadczenie, pozwalające mu dokonywać bieżącej oceny potrzeb i zasobów?

Lindemann i Caplan wprowadzili pojęcie kryzysu do psychologii i psychiatrii na oznaczenie reakcji człowieka zdrowego na trudną sytuację, której nie potrafi rozwiązać, gdyż jego umiejętności rozwiązania problemów okazały się niewystarczające (brak zasobów nie oznacza wyłącznie braku wiedzy). Rzadko sprawdzają się strategie "naprawy od ręki". Wiele problemów osób znajdujących się w kryzysie wynika z tego, że szukali właśnie takiej "naprawy od ręki", "drogi na skróty", szybkiej metody na zmianę życia bez większych nakładów.

Tego rodzaju "naprawa" może wytłumić bolesne reakcje, ale nie ma wpływu na wywołujący je bodziec i kryzys zamiast zniknąć, to się pogłębia.

Kryzys stawia ludzi w obliczu wyborów, z którymi mogą sobie nie poradzić, wymusza konieczność dokonania wyboru, przy czym unikanie wyboru również jest wyborem. Można mieć kryzys związany z wypaleniem zawodowym, ze stresem, kryzys małżeński, związany ze zmianą czy wiekiem, z ważnym wydarzeniem czy duchowością.

W jakim przypadku coaching nie pomoże?

Pojawia się jakaś przeszkoda, trudność, problem, stan, wydarzenie losowe. Po momencie zaskoczenia zaczynamy przeżywać poczucie niesprawiedliwości, niezrozumienia, bezradności, osamotnienia. Koncentrujemy się na trudnościach i problemie, przeżywamy. Możemy czuć się gorsi od innych lub próbować znaleźć elementy, dzięki którym możemy poczuć się od innych lepsi. Tracimy we własnych oczach, krytykujemy siebie, oceniamy. Czujemy, że sobie sami nie poradzimy, że jesteśmy w martwym punkcie. Że nie mamy wartości, a chcemy chcemy być wyjątkowi.
Marzymy o tym już od dzieciństwa - mamy wzorce superbohaterów, a jako dorośli wzorce nielicznych ludzi sukcesu, a raczej ich wizerunku.
Nie reagujemy tyle co na sam kryzys, a na fakt niedostępności strategii pozwalających nam poradzić sobie z trudną sytuacją (poddatność na doświadczanie kryzysu może być wynikiem niskiego poczucia własnej wartości, osoby takie są bardziej poddatne na stres i trudniej jest im stawić czoła problemowi, rozwiązać sytuację kryzysową).
To może trwać nawet miesiąc.
Następnie, kiedy mamy dość ciągłego napięcia, szukamy ulgi, szukamy rozwiązań, konstruktywnych albo nie.
Na tym etapie, jeśli już daliśmy sobie czas i prawo do przeżycia sytuacji na swój sposób, mamy w sobie gotowość aby poszukać wsparcia, jest dużą szansa że wtedy coaching przyniesie jakieś pozytywne efekty. Chyba, że pod postacią dawania sobie ulgi i redukcji stresu jest ucieczka w prace, alkohol, seks. Wtedy nadal kryzys trwa, nie jesteśmy nastawieni na żadne działanie i coaching będzie czasem straconym. Klucz w tym, że to my znaleźliśmy w sobie siłę, żeby o siebie zawalczyć, zmienić coś w życiu. Stać się we własnych oczach, a nie oczach innych, kimś pełnowartościowym, nie mniej nie więcej niż inni, ale w sam raz!


"Nie ma nic bardziej stresującego niż brak podstawowego zakotwiczenia w świecie i poczucia bezpieczeństwa, jakie gwarantuje zdrowe przekonanie o własnej wartości - przekonanie, że jest się wartym tyle samo, co każdy inny człowiek ale nie więcej. Jest ono kluczem do dobrego zdrowia, możliwości radzenia sobie, zdolności przetrwania i dobrostanu.
Czym jest poczucie własnej wartości? Nie ma nic wspólnego z samozadowoleniem czy nadmierną pewnością siebie. Jest spokojnym zadowoleniem z tego, kim jesteśmy, poczuciem własnej godności i wewnętrznej wartości i pokorą, bo musimy się wciąż wiele uczyć. Komuś, kto żyje w zgodzie ze sobą i czuje się dobrze z własnym JA, łatwiej być bezinteresownym, być stale wewnętrznie zadowolonym"
Glenn R.Schiraldi


Mamy coaching w biznesie, coaching kariery, life coaching, rodzicielski, kryzysowy.
Ten ostatni łączy coaching z interwencją kryzysową. Wyróżnia się tym, że pozwala rozpoznać zasoby i pracować terapeutycznie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie odsyła osoby w kryzysie, nie zaleca tworzyć mapy celów, nie minimalizuje istniejących problemów, coach kryzysowy ma wiedzę jak sobie z takim stanem rzeczy radzić, nie koncentruje się za wszelką cenę na jak najszybszym ich zniwelowaniu, ale na dogłębnym procesowym ich rozwiązaniu.

Można pomóc osobie w w zmianie poznawczej oceny sytuacji, ale tylko wtedy gdy ta osoba jest stabilna emocjonalnie!

"Nie zadziała żadne szkolenie czy coaching, nie przyniesie efektu jakakolwiek próba zmiany przekonań, przeformowania widzenia świata czy wartości, kiedy osoba odczuwa destrukcyjne emocje i jest niestabilna emocjonalnie, kiedy nie ma dostępu do własnych emocji. Zasoby mózgu, cała jego energia mentalna jest ukierunkowana na to, co dzieje się w ciele migdałowatym w układzie limbicznym i wtedy nie ma szans, żeby jakiś sensowny kawałek energii został przeznaczony na poziom kory nowej, gdzie jest kwestia wyobraźni, wizualizacji, planowania".
Piotr M. Łabuz, Akademia Coachingu Kryzysowego



Warto pamiętać, że przypadku kryzysów u podłoża których leży przewlekły stres, szybka poprawa bardzo rzadko następuje.


Sprawdź swojego coacha!

















Copyright © 2016 OffMatka , Blogger