3 lata edukacji domowej. Refleksje


Moja rodzina, ja i dzieci bardzo się zmieniliśmy przez ostatnie trzy lata. Jesteśmy jak pędzący pociąg z wagonikami. Kiedy któryś szwankuje, zatrzymujemy się. Tory prowadzą nas w nieznane, ale razem jedziemy do przodu. Dokąd zajedziemy? Kto to wie. Na razie skupiamy się na widokach za oknem.
Z pewnością duży wkład w zmianę ma fakt, że dzieciaki są w ED, że spędzamy mnóstwo czasu razem i mamy istotny wpływ na wewnętrzne relacje i zasady rządzące naszym życiem. Przede wszystkim nie musimy walczyć z innymi ludźmi o dobro naszych dzieci. Nie musimy mierzyć się z niesprzyjającym otoczeniem, bo sami wybieramy kiedy i z kim spędzamy czas. Możemy swobodnie trenować kompetencje życiowe w bezpiecznym otoczeniu, komunikację, umiejętność osiągania własnych celów, współpracę z innymi, wiarę w siebie i radzenie sobie w ogólnie pojętym żywocie.

Nie trzeba znaleźć się w środowisku szkolnym, żeby to przetrenować. W rodzinie też się da. Szczególnie jeśli jest więcej osób, kiedy każdy chce wyrażać siebie, stawiać granice, czuć się ważny. Forsowanie swojego zdania, dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb (każdy ma inne) można ćwiczyć praktycznie non stop. Dorosły zyskuje na tym więcej niż na najlepszej terapii, bo nie ma lepszego nauczyciela, jak dziecko, w którym można przeglądać się jak w odbiciu lustrzanym. Jeśli zamiast zmieniać dziecko, zaczynasz zmieniać siebie.

Jako refleksję podaję kilka stereotypowych zarzutów, z którymi się spotkałam, odnośnie naszego stylu wychowywania dzieci. Mierzę się z nimi z naszej perspektywy i to jest moje podsumowanie - refleksja na rozpoczęcie czwartego roku w ED.




Wychowujesz "śnieżynki", jak wrócą do "normalnego życia" to zderzą się ze ścianą.

Spotykam się z zarzutem, że skoro "trzymam" dzieci w domu, to chcę je chronić przed złym światem, który wcześniej czy później je dorwie i wtedy będzie dla nich katastrofa. Określenie "pokolenie płatków śniegu" czy "dzieci - śnieżynek" wzięło się z książki "Fight Club” Chucka Palahniuka. Pada tam z ust bohatera Tylera Durdena tekst "Nie jesteś wyjątkowy. Nie jesteś pięknym i unikalnym płatkiem śniegu”. Pokolenie z rozbuchanym ego, nastawione na JA, egocentryczne, narcystyczne, egoistyczne, niezaradne i niesamodzielne. Przekonane o własnej wyjątkowości i przewrażliwione na swoim punkcie. Otaczane opieką przez rodziców na każdym kroku, "trzymane pod kloszem". Taki mniej więcej jest obraz "pokolenia płatków śniegu". 

Postrzeganie podziału na "normalne życie" i "życie w ED" w kategorii czarno-białe jest błędne.  Przekonanie, że jedynie środowisko szkolne odpowiednio kształtuje człowieka, jest błędne. Tak, jak błędne jest przekonanie, że środowisko edukacji domowej jest idealne. Żadne rozwiązanie nie jest idealne, bo takie nie istnieją. Tak, prawdopodobnie nasze dzieci wiele razy zderzą się ze ścianą. Jak sobie z tym poradzą i jakie będzie miało to konsekwencje, nie zależy od tego, czy są w ED czy w szkole. Albo raczej nie przede wszystkim od tego. Clue leży w kompetencjach życiowych dzieciaka, bo jeśli otoczenie nie wspiera go w radzeniu sobie ze stresem, to przeżywany stres wcale nie uodporni i nie wzmocni, co najwyżej zbuduje grubą skórę, a pod spodem będzie tlił się wulkan. Jeśli dziecko czuje dużą potrzebę stawiania własnych granic, jest nadwrażliwe w którąś stronę, to środowisko szkolne prawdopodobnie mu nie posłuży. Zabierze mu sen i ruch. Swobodę wyrażania siebie i czas. Zabierze potencjał, wyjaskrawi słabości i "deficyty". 

Zazwyczaj dzieci w ED otoczone dużą uwagą rodziców. Ale można też być w ED i stosować przemoc, traumatyzując stresem, przerzucając na dziecko własne potrzeby, ambicje, kompleksy.


Przedszkole jest potrzebne, nie dasz dzieciom tego, co tam dostaną - tyle różnorodnych zajęć.

Też byłam dzieckiem. Nie chodziłam do przedszkola, siedziałam z babcią. Nie miałam żadnych dodatkowych zajęć zorganizowanych, nikt mi też ich nie organizował w domu. Bawiłam się tak, jak podpowiadała mi wyobraźnia. Do dziś lubię być sama ze sobą, a najlepsze rzeczy wymyślam, kiedy nikt nie podstawia mi nic pod nos. Nie wyrosłam na głąba, choć do 7 roku życia nie chodziłam na sporty, języki, tańce czy szachy. Latałam za to sporo po podwórku. 

Obserwując swoje dzieci, widzę, że jest to właśnie tym czego łakną najbardziej - niczym nie zakłócona, swobodna zabawa i dużo ruchu. Podążanie za tym, czym same chcą się zająć. Pozwolenie im na swobodne obserwowanie świata, który ma sam w sobie mnóstwo bodźców. Nie mamy planu dnia, wypełnionego po brzegi ambitnymi zajęciami. I wiem, że nie jest to im potrzebne.
Przyjdzie czas, kiedy będą chciały więcej i wtedy to rozważę.  


Kto się zaopiekuje dziećmi na ED? Co z pracą?

Generalnie zabierając dziecko z placówki, robimy to nie po to, aby organizować mu opiekę, ale po to, aby z nim być i budować więź opartą na wspólnie spędzonym czasie. Jeśli jesteśmy w tym czasie w pracy (która jest w mniejszym lub większym stopniu naszym wyborem) i nie możemy być z dzieckiem, to opieramy nasze życie o priorytety, które sobie stawiamy. Jeśli nie mamy kredytów na chałupy i auta, prawdopodobnie wypłata jednego opiekuna starczy na utrzymanie rodziny. W obecnych czasach mamy tę łatwość, że zawód, formę pracy i jej rodzaj można zmienić. To są nasze wybory. Edukacja domowa to nie jest łatwy wybór. To nie jest tylko powolne szwendanie się po ambitnych wystawach, długie trasy po historycznych miejscach, czy sielskie liczenie koniczynek na łące. Oczywiście, można i tak, ale życie to znacznie większa proza i szarówa. Jeśli nie wymaga się nie wiadomo czego i nie snuje za ambitnych planów, może być jednak całkiem spoko:)

Znam mamy, które zawodowo pracują z innymi dziećmi, podczas gdy ich dzieci wychowuje ktoś inny. Jeśli chcemy oddać odpowiedzialność za wychowanie naszych dzieci innym osobom, zróbmy to. Niech każdy decyduje za swoją rodzinę i wybiera co jest dla niej najlepsze. 


Integracja z rówieśnikami jest niezbędna do rozwoju.

Zgadzam się, integracja jest ważna. Czy koniecznie z rówieśnikami? Czy koniecznie w szkole? Niekoniecznie. Nie tylko siedzenie iluś godzin w budynku zapewni integrację. Są inne sposoby, a globalizacja tylko to wspomaga. Nie jesteśmy już światem dzieci biegających z kijem i piłką po podwórku. Dzieci, które po szkole powinny latać po osiedlach, po prostu nie istnieją! Mają wtedy szereg zajęć dodatkowych, odrabiają ambitne zad.dom., albo są w wirtualnym świecie.
Więc to ja się pytam, gdzie ta integracja?


Co dziecko robi cały dzień kiedy nie chodzi do szkoły?

Otóż to, co ono może robić poza szkołą? Nie może przecież nie robić nic. Musi mieć jakieś obowiązki, plan dnia, zajęcia i siedzieć posłusznie na tej twardej ławce, bo inaczej głupoty przychodzą do głowy, to jest nierozwojowe i dziczeje. Za to najbardziej nie lubię popkultury - lansuje ideę, że w życiu nie jest najważniejsze samo życie, że musi być coś więcej, coś extra. Że nie można napawać się, tym, że się jest, tylko trzeba być kimś i jakimś. Więc tylko chodzenie do szkoły zapewni odpowiedni rozwój. Jeśli dziecko zostaje w domu, to z pewnością odbija się od ściany do ściany, narasta w nim flustracja i to jest w ogóle jakaś patologia.
Więc co robią dzieci w edukacji domowej przez cały dzień? Po prostu żyją. 


Dzieci po ED mają problemy społeczne, muszą korzystać z terapii

Dzieci mogą mieć problemy społeczne z wielu powodów. A szkoła nie gwarantuje, że ich nie będzie, wręcz przeciwnie, patrząc na statystyki skolionofobii (fobii szkolnej). Dotyka dzieci szkolne i bynajmniej nie jest wymysłem, tylko przykrym faktem - to zaburzenie lękowe, potocznie zwane nerwicą szkolną, znajduje się w klasyfikacji zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania.
Pytanie, czy łatwiej stać się socjopatą dziecku wrzuconemu w tłum czy wyizolowanemu z tego tłumu? 


Na koniec - ED potraktowaliśmy jako dużą szansę, dla całej rodziny.
Bo "naszym zadaniem jest przygotować dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka".

Czytaj więcej >

Dzieciocentryzm 


         Afrykańska matka jest ze swoim niemowlakiem non stop. Nosi ze sobą małe dziecie w chuście i wykonuje prace fizyczne. Jest z nim nierozłącznie, tego się od niej oczekuje, taka kultura, takie warunki. Opiekuje się bo to należy do jej rodowych obowiązków. Kiedy dziecie dorasta, odkleja się od matki i bawi się z innymi dziećmi, nikt już nie oczekuje od niej, żeby robiła z nim budowle z patyków, bawiła się w berka i wymyślała na całe dnie kreatywne i edukacyjne zabawy, a także dbała o jego konstruktywny rozwój osobisty.Europejska matka idąc wzorem matki rdzennej i idei bliskiego rodzicielstwa zaopatrzyła się w chustę, tudzież nosidło, i też praktykuje noszenie.
Różnica jest taka, że nie kopie w polu i poza podstawową opieką pełni wiele innych skomplikowanych ról wobec swego potomka, które czasem wpadają w irytujący i masochistyczny dzieciocentryzm.




Kiedy moje dzieci były niemowlętami, lubiłam kiedy w mieszkaniu było czysto i systematycznie np. myłam podłogi. Ile to się nasłuchałam, że po co, że nie warto, że lepiej żyć z syfie ale pobyć z dzieciątkiem, że są ważniejsze rzeczy, a podłoga poczeka. Nigdy tego nie rozumiałam, a może nie chciało mi się nad tym zbyt pochylać, skąd inni widzą, co jest dla mnie najlepsze (a raczej dla moich dzieci). Mnie te czyste podłogi podnosiły samopoczucie. Psychologicznie patrząc, teoria głosi, że podobnie jest z pracą w ogródku - daje poczucie kontroli, jaką tracimy w naszym życiu. Posiadanie dzieci, szczególnie małych, przewala życie do góry nogami i kontroli nie ma żadnej. Umycie podłogi, naczyń czy włosów, może pomóc postawić do pionu nasze ego. 

Te i inne codzienne zachowania, mogą się z różnych przyczyn nie podobać innym, bo są kwestią potrzeb matki i nie koncentrują się wyłącznie na dzieciach. Życie matki ma być zdeterminowane przez bycie matką. Macierzyństwo powinno być celem i treścią jej życia. Rola europejskiej matki jest jednak dużo bardziej skomplikowana, niż matki afrykańskiej. Skomplikowała to kultura masowa, a przede wszystkim inne matki.

Matka bywa w kryzysie. Szuka zrozumienia i oparcia. Dostaje obstrzałem mądralińskich ocen i złotych porad, bo cokolwiek się dzieje, to matka coś źle robi i konieczne powinna to naprawić wg instrukcji. Gdzie w matce jest człowiek? Poza byciem matką niewiele zostaje. Jest organizatorem życia rodzinnego, logistykiem, zaopatrzeniowcem, a na spotkaniach towarzyskich specjalistką od wizerunku. I oczywiście jest terapeutą rodziny. Dla swych dzieci musi być zawsze rozumiejącą i wspierającą. Kiedy przedszkolaki dają popalić, to z pewnością wyrażają swoje głębokie potrzeby.
Kiedy dorastające trzaskają drzwiami i nie wykazują chęci współpracy, to pewnie zaznaczają granice i budują swoje terytorium - należy to bezwzględnie uszanować. Kiedy marudzą, wchodzą na głowę i nie współpracują, trzeba je bezwzględnie kochać, wspierać, doceniać, poświęcać się w całości i pracować nad swoimi złymi emocjami, kiedy się tylko pojawią. Absolutnie nie podnosić głosu i nie karać. Jeśli nie radzimy sobie z wychowaniem, to mamy problem i zróbmy coś z sobą.
Bo matka musi się kierować empatią a nie egoizmem! 

Moja mama opowiada, że kiedy ona wychowywała nas, nikt się tak nie skupiał na dzieciach jak dziś. Przede wszystkim mamy nie krytykowały się wzajemnie, nie pouczały i nie robiły wykładów o tym co czują i myślą ich dzieci. Tworzyły społeczność bez wyścigów o style wychowawcze.
Organizacja życia była dużo trudniejsza ale nikt na siłę nie udowadniał, że jest mu lekko - zapewne nie miał gdzie (nie było instagrama). 

Obecne matki muszą się zmagać z oceną swojego zachowania i wyglądu na każdym kroku. Są rozliczane z tego, co mówią, jak mówią, co robią, a nawet co myślą. Nie jestem pewna, czy społeczeństwo dało matce prawo do wyrażenia rozczarowania, na tyle, na ile to deklaruje. Wychowywanie dzieci stało się środkiem do celu, jakim jest sukces życiowy; wyścigiem idealnych matek idealnych dzieci; domeną najbardziej zakompleksionej i pogubionej grupy społecznej.

Czy jest dla nas matek jeszcze jakaś szansa? ;) 


Czytaj więcej >

Życie wielodzietne


W szkole średniej pisałam krótkie opowiadania i wiersze. Na studiach bawiłam się w dziennikarstwo społeczne, byłam nawet redaktorką naczelną na pewnym popularnym serwisie. Produkowałam wpisy na bloga taśmowo, pisanie dawało mi dużo ulgi, szczególnie jeśli drążyłam jakiś temat, albo jeśli coś mi ciążyło i mogłam to z siebie wyrzucić. 

OffMatka jest moim trzecim moim blogiem w offnurcie. Uwielbiałam pisanie do momentu kiedy poczułam, że nie mam już w sobie tej silnej potrzeby, skierowała się gdzieś indziej. Choć chętnie napisałabym o znikających przeciwciałach i badaniach przedklinicznych na makakach ale kto o tym zechce czytać, skoro odwaga narodowa tak potaniała, że wystarczy się zaszczepić, żeby być bohaterem?

Więc na razie mało piszę, moje dzieci rosną, buduje mi się coraz wyraźniej i konkretniej szczery do bólu obraz życia rodziny wielodzietnej. Jesteśmy pod względem życia codziennego minimalistami, co oznacza, że wystarczy nam to, co posiadamy. Ale marzy mi się pójście z mężem na rytuał do sauny, tylko we dwoje, nie mieliśmy okazji zrobić tego od ponad 6 lat, bo nie mamy z kim zostawić dzieci. A one są epicentrum naszego świata, codziennym przewodnikiem, nauczycielem, coachem i terapeutą. Mój rozwój osobisty to właśnie ta codzienność, zmaganie się ze słabszymi chwilami i umiejętność czerpania z nich.
Mam momenty okropnego zmęczenia nieustanną dyspozycją, szczególnie kiedy jest nerwowo. Nie da się skupić na każdym dziecku naraz. Zawsze któreś jest w tle i dopomina się o uwagę w różny sposób.  

Jednego jestem pewna - jako matka wielodzietna i osoba zawodowo obcująca z młodzieżą - w dzieciach jest więcej różnic niż podobieństw. Wygląd, temperament, upodobania, mocne i słabe strony, charakter. Są dzieci, które lubią i potrafią bawić się abstrakcyjnie, i takie które tego nie łapią. Są takie, co skupią się na określonej czynności i robią ja długo, i takie, co nudzą się szybko i szukają nowych wrażeń. Są takie, co wrzeszczą o wszystko i takie, co rzadko się drą. Takie, co ucieszy każda zabawka i takie, co nie bawią się niczym. Takie, co zajmą się sobą przez kilka godzin i takie co nie zajmą się sobą przez 5 minut. Są dzieci współpracujące i dzieci wymagające, dzieci ciche i głośne, dzieci odważne i wycofane, samodzielne i nie, takie co budują i takie co psują. Patrzenie na dzieci poprzez pryzmat tego, w czym się różnią, może poszerzać horyzonty, zmniejszać szufladki, dawać więcej świadomości, a mniej niezrozumienia - jeśli tylko jesteśmy zdolni do głębokiej tolerancji. Jeśli masz więcej niż jedno dziecko, wiesz, jak bardzo się różnią i że nie ma uniwersalnych metod wychowawczych. Że trudno jest robić coś w grupie dopasowując formę, tempo zajęcia do wszystkich, różniących się wiekiem dzieci, i przy tym nie zatracić własnych potrzeb. Że praca z dziećmi jest nieustająca i nieprzewidywalna. 

Że ciężko jest pogodzić potrzeby różnych osób. 
Np. ruchu moich dzieci z moim odpoczynkiem i bywa też na odwrót 👀












Czytaj więcej >

Sięgnij po optymizm!


Czy zdrowe myślenie może uzdrowić?
Czy optymizm może pomóc zwalczyć chorobę?
Czy skierowanie uwagi na pozytywne rzeczy może sprawić, że będzie nam żyło się lepiej?

Psychiatra Martin E. P. Seligman w swoich badaniach wykazał, że stany psychologiczne wpływają na podatność na przeziębienia. Seligman w książce „Pełnia życia” pisze tak:
„Chciałbym, aby nauka potwierdziła, że ludzie mający ‘silniejsze’ układy odpornościowe są odporniejsi na choroby zakaźne, jednak nie jest to kwestia rozstrzygnięta. O dziwo jednak znacznie lepiej udało się rozstrzygnąć, jak stany psychologiczne wpływają na podatność na przeziębienia."


Nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach OPTYMIZM to towar deficytowy, a rozwój osobisty został zepchnięty na koniec kolejki ludzkich potrzeb. Wiadomo, że... wszystko może być rozwojem osobistym, ale aby z tego korzystać, trzeba mieć odpowiednie zasoby.
Na przykład poznać i wprowadzić w życie narzędzia i metody pracy, które pomogą nam rozwijać się w pożądanym przez nas kierunku.
Dla tych, co chcą poprawić swoje samopoczucie i zdrowie, przygotowałam

Krótki Kurs Optymizmu 

- skondensowaną wiedzę nt. techniki emocjonalnej samopomocy, opartej na praktycznym narzędziu psychologii poznawczo-behawioralnej: Racjonalnej Terapii Zachowania (RTZ). 

Dlaczego nazwałam to Kursem Optymizmu? Bo kiedy pracujemy z własnymi przekonaniami, zauważamy, że to nie rzeczy nas smucą, ale nasze przekonania o nich. Zdrowe myślenie, dobre samopoczucie i bycie aktywnym optymistą jest dostępne dla każdego! 😉

19-stronicowy "Krótki Kurs Optymizmu" zawiera wprowadzenie do metody RTZ, opis modelu, zasad pracy, ćwiczenia do własnej praktyki, wyjaśnienia.

RTZ koncentruje się na faktach i skutecznie oddziela je od wielu interpretacji, jakich każdy z nas dokonuje na co dzień. Poznanymi technikami można pracować ze sobą, indywidualnie, grupowo, z dorosłymi i z młodzieżą. 

Jeśli chcesz przekonać się, jak wziąć odpowiedzialność za własne uczucia, zyskać spokój, swobodę, radość życia, a przede wszystkim zdrowie, skorzystaj z kursu.

Napisz 👉 offmatka@gmail.com

👇

O psychologii choroby, wpływie emocji na choroby zakaźne pisałam w: 
PSYCHOLOGIA CHOROBY ZAKAŹNEJ. CZY OPTYMIZM MOŻE URATOWAĆ LUDZKOŚĆ? 

O psychoneuroimmunologii pisałam w: 
JELITA – UŚPIONY MÓZG, PSYCHONEUROIMMUNOLOGIA I KAWAŁEK Z ŻYCIA 






Czytaj więcej >

Moja edukacja domowa. Bo z dziećmi trzeba lubić być.

 

Jesteśmy w ED trzeci rok. Edukacja domowa dziecka, stała się edukacją całej rodziny. Przelała się na młodsze dzieci i na nas. Ma tak istotny wpływ na funkcjonowanie całej rodziny, tak mocno kształtuje jej tożsamość i każdego jej członka z osobna, że role się mieszają, czasem to dziecko uczy rodzica. Wszyscy przechodzą transformację
i określają się na nowo.
ED rozwija niesamowicie, podkreśla kompetencje, obnaża niedociągnięcia. 

Przede wszystkim wyzwala z presji pierwszego zawodu, określonej filozofii życia, myślenia tzw. szkolnego, przestawia klepki i pozwala poznać siebie nawzajem z zupełnie innej strony. 

Od początku nie chciałam być nauczycielką własnego dziecka. Nie czuję się dobrze w tej roli. Nie mam potrzeby nauczać, tego co należy, kontrolować stan zrozumienia, sprawdzać i rozliczać. Czułam, że mogę tylko wspierać,
a luz i wolność w ED bardzo odpowiadał mojej hierarchii wartości i temperamentowi. 

Sposobów i postrzegania ED jest tyle, ile rodzin. Nie ma uniwersalnych metod i sposobów na istnienie w ED.
Składa się na to wiele czynników, takich jak: indywidualne potrzeby, możliwości, organizacja życia codziennego, ilość dzieci i ich wiek, sytuacja zawodowa.
Wszystko ma plusy i minusy, ED też. Z dziećmi trzeba lubić być. Wcale nie trzeba robić z nimi wymyślnych rzeczy i nauczać ich codziennie. Można ich wcale nie nauczać! Ale w ED nie da się nie budować z nimi relacji. Czyli tego, co stanowi dla mnie fundament rodziny. I arcyważne są dla mnie kompetencje osobiste i społeczne moich dzieci. Bo ani poziom wiedzy szkolnej, ani IQ nie gwarantują życiowego sukcesu.
Ich miłość własna, poczucie wartości, umiejętność radzenia sobie w życiu, krytyczne myślenie, samodzielność, indywidualizm, rozwiązywanie problemów, budowanie relacji, wzajemne zrozumienie.




Pamiętam z czasów jeszcze szkolnych mojego dziecka, skupienie pedagogów na deficytach, brakach, niedociągnięciach, wadach. Eksperci z poradni też to lubią. Wywlekanie problemów i kreatywność w wymyślaniu kar. „Dzieciom nie wolno” to szlagier. Podcięte skrzydła córki udało się skleić, a na pożegnanie z systemem stwierdziła „szkoła nie poradziła sobie ze mną”.


Codzienność w ED to nie jest sam miód. Kryzysy też bywają. Szczególnie zmęczenie, nadmiar obowiązków, dezorganizacja. Trudności indywidualne dziecka.
Ale swojej uwagi nie warto na to kierować. Na mnóstwo rzeczy nie mamy wpływu. Lepiej skupić świadomość na radości, jaką przynosi obcowanie z własnymi dziećmi. Bo jest czas na rozmowy, na zabawę, na tworzenie, na bycie razem. Odpuszczanie to trudna umiejętność, ale jakże przydatna. 

W wychowywaniu dzieci kieruję się dwoma wartościami. Empatią i intuicją. Kiedy jest trudniej nie myślę co zrobić – skupiam się na emocjach. Współodczuwanie pomaga mi zrozumieć, oddalić się od własnych oczekiwań. Pomaga zaufać. 

A intuicja to wspaniała rzecz, zawsze podszeptuje najlepsze rozwiązania. Kierując się intuicją przestałam cisnąć dziecko do wymaganej nauki. Puścił stres i presja, zyskaliśmy chęć na robienie rzeczy, które sprawiają nam przyjemność. Idziemy własnym tempem, żyjąc dniem dzisiejszym.  

Jutro wydaje się być takie pogodne...

Czytaj więcej >

Gifted czy Asperger?


Mamy czasy diagnozowania, kwalifikowania pod tezę, oceniania, orzeczeń, opinii i badań naszych dzieci. Normy są wyśrubowane i mało który dorosły się na nie łapie, ale to przecież normy dla dobra naszych dzieci, żeby im pomagać, żeby mogły się prawidłowo rozwijać. Jeśli nie łapią się na normy, już czeka terapia i ekspert, w ramach odskoczni od opresyjnego środowiska systemu edukacji.




Nie generalizuję, diagnozy też są potrzebne. Ale jako samodzielnie myśląca matka, która stykała się
z powierzchownym, nieobiektywnym, krytycznym osądem otoczenia, w tym tzw.specjalistów od dzieci, oraz widząc, jak łatwo przylepia się łatki innym dzieciom, zdążyłam wyrobić sobie własne zdanie. 

Mamy czasy, kiedy skupiamy się na dzieciach tak bardzo, jak nawet w połowie nie skupiamy się na sobie samych. Chcąc zaspokoić wszystkie potrzeby dzieci, te rzeczywiste i te, które nam się wydaje, że ich potrzebami są, przestajemy zajmować się sobą - źródłem realnych wzorców. Chcemy dzieci naprawiać, ze sobą nie robiąc nic.
I tak oto wpędziliśmy dzieci w kozi róg - dzieci muszą spełniać oczekiwania otoczenia i nasze, są bombardowane sprzecznymi wzorcami (pomagaj/bądź dobry/dziel się vs bądź najlepszy/wygrywaj/tylko ty się liczysz), są wystawiane na nieustanną ocenę, mają się dostosować ale być wybitne, mają być posłuszne i asertywne jednocześnie, mają być podręcznikowo sprawne, rozwinięte według akademickich norm. 

Rodzic, który widzi, że z dzieckiem "coś jest nie tak" (albo słyszy to od innych) szuka informacji w internetach a następnie leci do ekspertów, których lista rośnie i wcale nie mam na myśli nazwisk tylko tzw.tytuły. Tytułowani eksperci, o których istnieniu kilka lat temu nikt nie słyszał, okazują się niezbędni na drodze naszego rodzicielstwa (niezbędni nam ale i czasem dzieciom).
Zdarza się, że ich teorie się wykluczają. Albo, że szukają potwierdzenia pod tezę skrupulatnie opisanego przez rodzica i podanego im pod nos problemu (którego nie zobaczą u dziecka przez 30 minut będąc z nim sam na sam). Wypisane w elaboracie diagnozy można z łatwością dopasować do większości, nikt z nas nie jest homogeniczny. Jesteśmy zagubieni w oceanie wskazówek, zaleceń, niezrozumiałych sformułowań, dziwnie brzmiących terminów. Stajemy się zagubieni i labilni emocjonalnie, jak to dziecko w gabinecie.

No bez wujka googla i fejsbukowych grup wsparcia się nie obejdzie.

Wiem, że jest druga strona medalu. Wiem, że są dobrzy specjaliści i skuteczne terapie.  Ale dziecko to nie jest zbiór ustandaryzowanych, stereotypowych cech, a jeśli rodzic ma potrzebę dookreślenia dziecka to niech idzie do specjalisty po diagnozę, wtedy, kiedy uzdolnień nie widać a trudności przerastają ich w codziennym życiu. Dlaczego wtedy? Żeby nie zderzyć się ze ścianą polskich standardów kategoryzacji dzieci (uczniów). Polski system nie ma pomysłu na zdolne dzieci.
Publikacje naukowe pokazują nam o wiele szerszą perspektywę problemu.
Np. na stronie amerykańskiej Davidson Institute znajdziemy wyjaśnienie różnic między uzdolnieniami
a zespołem Aspergera
(tekst z 2009!), dlaczego w Polsce jesteśmy tak daleko w tyle z tą fachową wiedzą?

Zdolne dziecko z trudnościami, dziecko gifted, dziecko podwójnie wyjątkowe 2E, dziecko z asynchronią rozwojową, ponad przeciętnie zdolne z rozpoznaniem ASD, IS, SPD, ADHD, ADD, Hyperfocus... 

GADC to klinicznie opracowane narzędzie - lista kontrolna dziecięcych uzdolnień vs. zaburzeń Aspergera, która ma pomóc nauczycielom, ekspertom i rodzicom określić, czy:
nieodpowiednie, nieelastyczne lub nierealne środowisko edukacyjne przyczynia się do niezwykłego lub niewłaściwego zachowania dziecka, ma wskazać, które działania, te dla zdolnych czy te z zespołem Aspergera będą najbardziej odpowiednie i pomogą, a nie zaszkodzą. 





Publikacja i bibligrafia: https://www.davidsongifted.org/search-database/entry/a10900

Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia