06:04:00

Samotność matek

Samotność matek
Dziś o „zjawisku” pomijanym i przemilczanym. Objawiającym się z zaciszach mieszkań, w sklepach i na placach zabaw. Nie chodzi o samotne macierzyństwo, ale o samotność osoby, która ¾ swojego życia spędza sam na sam z dziećmi.
Ciekawie pisała o tym Matka tylko jedna - że jak masz te dzieci i tego męża, to o jakiej samotności mowa? Że na urlopie macierzyńskim, wychowawczym samotna?

Chodzi o te kilka, kilkanaście godzin, kiedy matki są w rutynowej aktywności, obarczone opieką w trybie ciągłym i nie mają szans na jakąkolwiek towarzyską relację. Czasem chwilę pogadają na placu zabaw z innymi matkami. Najczęściej znów tylko o dzieciach. Czasem siądą do fejsbuka, tam pogadają o kolkach i pierwszych ząbkach. Jest jeszcze komórka. Przez nią można gadać non stop. Ale czy to może w jakimś stopniu zastąpić realne spotkanie?




Samotność matek to niedostatek relacji z innymi ludźmi, spotkań towarzyskich, interakcji. Relacje międzyludzkie to jedna z najważniejszych potrzeb naszego życia. Poczucie, że ktoś ma dla nas czas, że nas słucha, że nas rozumie, że lubi, że miło spędza się razem czas. Wspólny spacer czy kawa ma inne znaczenie. Nawet, gdy jesteśmy zmęczone, niewyspane, przygnębione. Nabieramy dystansu, odciążamy psychicznie głowę, która nieustannie wibruje wokół jednego tematu.

Ale jak i gdzie się spotkać?
Matki są niechętnie widziane w galeriach. Dzieci które wrzeszczą lub biegają, przeszkadzają i zakłócają spokój innym. W restauracji? Jeśli karmią piersią, mogą innym "obrzydzać jedzenie",  niby to naturalne, ale "naturalne jest też sranie i szczanie choć nikt tego przecież publicznie nie robi" (cytat wielokrotnie w różnych formach powtarzany na grupie fejsbukowej ups! "Dziewuchy-dziewuchom").
Wspólne zakupy? Odpadają. Płaczące dziecko to zawsze „biedne dzieciątko” któremu matka robi jakieś kuku, że ono tak płacze. Pewnie dlatego, że w sklepie, a sklep to przecież nie jest miejsce dla dzieci!
Odwiedziny dziadków? Tak, ale jeśli nie jest to litania pouczeń, porad, krytyki i czepialstwa. Tego akurat matka potrzebuje najmniej.

Jeśli matka tkwi w tym samotnym trybiku, zdarza się, że dostaje fiksacji na punkcie macierzyństwa i sama traci szansę na kontakty z innymi. Oczekiwania społeczne wobec matek są kolosalne, zarówno chodzi o ich wygląd i zachowanie, ale też sposób w jaki wychowują dziecko (dieta, opieka, spędzanie czasu…). Zewsząd napływają informacje i opinie, jakie matki mają być. Tym samym życie matek kręci się wokół dziecka i przestają dostrzegać, że istnieją inne aspekty życia i kierunki myślenia, że nadmierna koncentracja na dziecku nie pomaga w budowaniu relacji z innymi (przestajemy mieć cokolwiek do powiedzenia poza „kupą i zupą”).

Czy na własne życzenie, czy nie, nie da się zaprzeczyć, że samotność matek jest powszechna i pomijana. Dlatego matki - wspierajcie się nawzajem!








05:26:00

Kiedy i dlaczego nie pomoże ci COACH?

Kiedy i dlaczego nie pomoże ci COACH?


Ludzie doświadczający kryzysu są o wiele bardziej otwarci i podatni na zewnętrzną interwencję niż wtedy, gdy są w stanie równowagi.
G.Caplan (1964)





Kiedy idziemy do coacha?
Kiedy czujemy jakiś brak, szukamy drogi życiowej, chcemy osiągnąć sukces, którego nie mamy.
A po co chodzimy do coacha?
Żeby dostać to, co nam obiecuje (celem coachingu jest osiągnięcie przez klienta założonego celu).
Jeśli nie mamy tego, czego pragniemy jesteśmy sfrustrowani.
Czy sfrustrowanym, doświadczającym kryzysu ludziom pomoże coach?

Co nam oferuje coachingowy rynek?

Coach w garsonce czy gajerku uśmiecha się z monitora, zapraszając do korzystania z usług, z obietnicą poprawy jakości naszego życia w stylu "będziemy spełnieni, czując maksymalną satysfakcję z życia". Definicji hasła coaching jest co najmniej tyle, ile na świecie jest organizacji coachingu. Mnogość rodzajów coachingu powiększa te definicje definicji w trybie nieograniczonym.

Internationa Coach Federation definiuje coaching jako "partnerską relację z klientami opartą na prowokującym do myślenia i kreatywnym procesie, który inspiruje klientów do osiągania i wykorzystania najwyższego osobistego i zawodowego potencjału".
Podkreśla się głównie rozwojowy charakter coachingu oraz to, że standardy pracy coacha są tak wyśrubowane, że nikomu nie zaszkodzi.

Ale czy pomoże?

Coachem może zostać każdy. Z tego powodu mówienie, że coaching nie zaszkodzi jest twierdzeniem na wyrost.
Idziemy do coacha na płatną sesję, która może dać chwilowy polot, energię, ale nie przekuje jej w działanie, w rezultat i wreszcie, w cel coachingu – w zmianę, jeśli osoba która przychodzi do coacha, nie ma odpowiednich zasobów.
Bo coaching opiera się na złożeniu, iż klient posiada już zasoby, a zadaniem coacha jest ich "rozruszanie".

Tylko że kto, kto ma już zasoby, przychodzi po wsparcie?

Osoba, która nie potrafi konkretnie określić swoich potrzeb, nie wie czego chce, wie natomiast czego nie chce, koncentruje się na swoim bólu, na problemach, ma trudność z określeniem celu "nie nadaje się" do procesu coachingu.

W jaki sposób coach sprawdza czy klient ma zasoby i czy jest w stanie osiągnąć swój cel (o ile klient będzie w stanie go określić)?

Czy w ogóle sprawdza, jeśli na etapie autoreklamy obiecuje satysfakcjonujące życie? Czy potrafi dokonać prawidłowej i rzetelnej oceny naszych rzeczywistych potrzeb, oceny naszych zasobów, a następnie dobrać odpowiednie narzędzie? Czy jest to specjalista, który posiada wiedzę i doświadczenie, pozwalające mu dokonywać bieżącej oceny potrzeb i zasobów?

Lindemann i Caplan wprowadzili pojęcie kryzysu do psychologii i psychiatrii na oznaczenie reakcji człowieka zdrowego na trudną sytuację, której nie potrafi rozwiązać, gdyż jego umiejętności rozwiązania problemów okazały się niewystarczające (brak zasobów nie oznacza wyłącznie braku wiedzy). Rzadko sprawdzają się strategie "naprawy od ręki". Wiele problemów osób znajdujących się w kryzysie wynika z tego, że szukali właśnie takiej "naprawy od ręki", "drogi na skróty", szybkiej metody na zmianę życia bez większych nakładów.

Tego rodzaju "naprawa" może wytłumić bolesne reakcje, ale nie ma wpływu na wywołujący je bodziec i kryzys zamiast zniknąć, to się pogłębia.

Kryzys stawia ludzi w obliczu wyborów, z którymi mogą sobie nie poradzić, wymusza konieczność dokonania wyboru, przy czym unikanie wyboru również jest wyborem. Można mieć kryzys związany z wypaleniem zawodowym, ze stresem, kryzys małżeński, związany ze zmianą czy wiekiem, z ważnym wydarzeniem czy duchowością.

W jakim przypadku coaching nie pomoże?

Pojawia się jakaś przeszkoda, trudność, problem, stan, wydarzenie losowe. Po momencie zaskoczenia zaczynamy przeżywać poczucie niesprawiedliwości, niezrozumienia, bezradności, osamotnienia. Koncentrujemy się na trudnościach i problemie, przeżywamy. Możemy czuć się gorsi od innych lub próbować znaleźć elementy, dzięki którym możemy poczuć się od innych lepsi. Tracimy we własnych oczach, krytykujemy siebie, oceniamy. Czujemy, że sobie sami nie poradzimy, że jesteśmy w martwym punkcie. Że nie mamy wartości, a chcemy chcemy być wyjątkowi.
Marzymy o tym już od dzieciństwa - mamy wzorce superbohaterów, a jako dorośli wzorce nielicznych ludzi sukcesu, a raczej ich wizerunku.
Nie reagujemy tyle co na sam kryzys, a na fakt niedostępności strategii pozwalających nam poradzić sobie z trudną sytuacją (poddatność na doświadczanie kryzysu może być wynikiem niskiego poczucia własnej wartości, osoby takie są bardziej poddatne na stres i trudniej jest im stawić czoła problemowi, rozwiązać sytuację kryzysową).
To może trwać nawet miesiąc.
Następnie, kiedy mamy dość ciągłego napięcia, szukamy ulgi, szukamy rozwiązań, konstruktywnych albo nie.
Na tym etapie, jeśli już daliśmy sobie czas i prawo do przeżycia sytuacji na swój sposób, mamy w sobie gotowość aby poszukać wsparcia, jest dużą szansa że wtedy coaching przyniesie jakieś pozytywne efekty. Chyba, że pod postacią dawania sobie ulgi i redukcji stresu jest ucieczka w prace, alkohol, seks. Wtedy nadal kryzys trwa, nie jesteśmy nastawieni na żadne działanie i coaching będzie czasem straconym. Klucz w tym, że to my znaleźliśmy w sobie siłę, żeby o siebie zawalczyć, zmienić coś w życiu. Stać się we własnych oczach, a nie oczach innych, kimś pełnowartościowym, nie mniej nie więcej niż inni, ale w sam raz!


"Nie ma nic bardziej stresującego niż brak podstawowego zakotwiczenia w świecie i poczucia bezpieczeństwa, jakie gwarantuje zdrowe przekonanie o własnej wartości - przekonanie, że jest się wartym tyle samo, co każdy inny człowiek ale nie więcej. Jest ono kluczem do dobrego zdrowia, możliwości radzenia sobie, zdolności przetrwania i dobrostanu.
Czym jest poczucie własnej wartości? Nie ma nic wspólnego z samozadowoleniem czy nadmierną pewnością siebie. Jest spokojnym zadowoleniem z tego, kim jesteśmy, poczuciem własnej godności i wewnętrznej wartości i pokorą, bo musimy się wciąż wiele uczyć. Komuś, kto żyje w zgodzie ze sobą i czuje się dobrze z własnym JA, łatwiej być bezinteresownym, być stale wewnętrznie zadowolonym"
Glenn R.Schiraldi


Mamy coaching w biznesie, coaching kariery, life coaching, rodzicielski, kryzysowy.
Ten ostatni łączy coaching z interwencją kryzysową. Wyróżnia się tym, że pozwala rozpoznać zasoby i pracować terapeutycznie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie odsyła osoby w kryzysie, nie zaleca tworzyć mapy celów, nie minimalizuje istniejących problemów, coach kryzysowy ma wiedzę jak sobie z takim stanem rzeczy radzić, nie koncentruje się za wszelką cenę na jak najszybszym ich zniwelowaniu, ale na dogłębnym procesowym ich rozwiązaniu.

Można pomóc osobie w w zmianie poznawczej oceny sytuacji, ale tylko wtedy gdy ta osoba jest stabilna emocjonalnie!

"Nie zadziała żadne szkolenie czy coaching, nie przyniesie efektu jakakolwiek próba zmiany przekonań, przeformowania widzenia świata czy wartości, kiedy osoba odczuwa destrukcyjne emocje i jest niestabilna emocjonalnie, kiedy nie ma dostępu do własnych emocji. Zasoby mózgu, cała jego energia mentalna jest ukierunkowana na to, co dzieje się w ciele migdałowatym w układzie limbicznym i wtedy nie ma szans, żeby jakiś sensowny kawałek energii został przeznaczony na poziom kory nowej, gdzie jest kwestia wyobraźni, wizualizacji, planowania".
Piotr M. Łabuz, Akademia Coachingu Kryzysowego



Warto pamiętać, że przypadku kryzysów u podłoża których leży przewlekły stres, szybka poprawa bardzo rzadko następuje.


Sprawdź swojego coacha!

















04:10:00

Dlaczego nie przymuszam dzieci i nie stosuję kar

Dlaczego nie przymuszam dzieci i nie stosuję kar
Jeśli chodzi o moje dzieci, najważniejsze jest dla mnie co czują, jak czują, co za tym idzie i skąd się to wzięło. Nie postępy, nie wyniki, ale ich motywacje, potrzeby i życie wewnętrzne. Podstawą budującego systemu wychowania jest wzmacnianie u dzieci poczucia wartości. Nie wiary w siebie, nie pewności siebie, np. przez ciągłe pochwały czy oceny, ale wzmacnianie poczucia, że dziecku ma być dobrze ze sobą, z tym jak i co czuje, że jest ważne, słuchane, rozumiane, że umie zadbać o swoje granice, potrzeby i nie bać się własnych oczekiwań.
Skąd takie podejście? Siebie traktuję tak samo.

W uproszczeniu, bo nie w każdej sytuacji i nie w każdym wieku, ale daję dzieciom:
- możliwości decydowania co chcą zjeść, ubrać, jak i czym się bawić,
- co robią w wolnym czasie, jak spędzają ten czas zaspokajając własne potrzeby,
- wybór zajęć pozaszkolnych oraz czasu na odrabianie lekcji i sprzątanie,
- możliwość przeżywania na swój sposób sukcesów i porażek,
- prawo do błędów i szansę na ich naprawianie.



Moje dzieci nie dostaną kar.  Za złe zachowanie, za ocenę, za uwagę. Nie dlatego, że olewam system i doradzam olewać dzieciom, ale dlatego, że nie chcę żeby się przejmowały i czuły z tego powodu źle (to nie przynosi żadnego konstruktywnego efektu!) Najważniejsze dla mnie jest, jak się czują i co czują. Powody i wpływy. Przyczyny i skutki. Stawiam na rozmowę i egzekwowanie. Na szacunek i wymaganie. Jeśli szanuję, to też wymagam – odpowiedzialności i samodyscypliny. Przymus jest destrukcyjny. Manipulacje, szantaże i groźby tak samo. Niech dziecko wyciąga wnioski i konstruuje przyszłość. Niech ma szansę samo zrozumieć konsekwencje swoich zachowań. Niech się uczy na błędach. I wreszcie, niech myśli!
Co można i co warto naprawić? Po co? Co mi to przyniesie? Co da to innym?

Do obowiązków zachęcam, nie zmuszam. Mówię "zrób to" podając powody dlaczego warto, albo pytając to dziecko. Jeśli nie chce zrobić (co zdarza się rzadko) szukam wędki albo odsuwam w czasie). Kara jest przykra dla mnie jako rodzica. Smutek dziecka jest przytłaczający. Kiedy moje dziecko jest szczęśliwe, ja jestem szczęśliwa. Kiedy nie jest szczęśliwe albo zrobi coś głupiego, chce wiedzieć – dlaczego. Tu nie chodzi o wyręczanie kogoś, branie odpowiedzialności, wykonywanie za kogoś pracy – dzieci traktuję jak siebie, od siebie wymagam sporo i znam swoją wartość, swoje mocne strony i słabości.

Istotne jest dla mnie NIE to, jaką dostały ocenę, ale jaką mają satysfakcję. Z czego mają tę satysfakcję? Z publicznej pochwały, docenienia wysiłku, a może ze zdobytej wiedzy?
Istotny jest proces nauki, tworzenia, nie rezultat. Jeśli rezultat jest negatywny, trzeba wyciągnąć wnioski, sama „rozpacz” nic nie wniesie. Jeśli moje dziecko ryczy, bo nie idzie mu praca domowa, którą ma do odrobienia, zadaje pytanie:
„czego oczekujesz /do czego dążysz?” (tu zazwyczaj pada: chcę zrobić poprawnie zadanie).
Dalej pytam: „czy to zachowanie pomoże ci odnieść taki skutek” (odpowiada: no nie pomoże). Pytam: „to co trzeba zrobić, żeby zrobić? (durnowato brzmi, ale proste pytania są najlepsze).
I dodaję: „zobacz, ile już wysiłku poszło w zrobienie tego zadania, widzę, że się starasz” - nie mówię, dobrze /źle robisz, ładnie /nieładnie - „Czy podoba się Tobie?”
Zrobienie samodzielnie i poprawnie zadania powinno dać dziecku satysfakcję z dobrze wykonanej roboty, nie z oceny, nie z opinii, nie z rezultatu. Choć ocena i pochwała nie jest niczym złym - dopóki nie jest jedyną motywacją - wtedy rośnie mały perfekcjonista, który nigdy nie będzie z siebie zadowolony i zawsze będzie szukał potwierdzeń swej wartości u innych.

Co dzięki temu dzieci rozumieją?
Że każdy człowiek ma prawo spędzać swój wolny czas jak chce, zaspokajając swoje potrzeby (np. ja nie jestem na każde zawołanie, tak jak one nie są), jeść to co lubię i ubierać to, w czym dobrze się czuje, że ma prawo pobyć sam i nie chcieć odzywać się do nikogo, że może przeżywać różne emocje i to nic złego, że może się pomylić, zrobić coś głupiego, ale zawsze może to naprawić (z różnym skutkiem). I że za swoje samopoczucie i jakość życia odpowiada samo, więc to jego zadaniem jest o to zadbać.

Co to dzieciom daje?
To jest ćwiczenie charakteru, umiejętności podejmowania decyzji i wyborów, brania odpowiedzialności i ponoszenia konsekwencji za te decyzje i wybory, a przede wszystkim ćwiczenie woli. To nauka interpretacji swoich emocji, przyglądania się sobie, swoich reakcjom i zachowaniom, wyciągania wniosków, rozwoju. Nauka słuchania siebie i innych, szanowania siebie i innych. Moje metody są intuicyjne. Stawiam na rodzicielstwo emocjonalne. Czy to właściwe?
Moje dzieci mnie z tego rozliczą, nikt inny.


A Wy? Jak zachęcacie dziecko do czytania? Do sprzątania? Do mycia zębów? Do obrabiania lekcji? Podzielcie się;)

09:31:00

Jelita – uśpiony mózg, psychoneuroimmunologia i kawałek z życia

Jelita – uśpiony mózg, psychoneuroimmunologia i kawałek z życia
To jeden z dłuższych tekstów. Mógłby być jeszcze dłuższy, a nawet w odcinkach. Temat zdrowia to temat rzeka. Inspirujący i motywujący. Nie dla każdego, a szkoda, bo byłby z tego sam pożytek.
Zdrowie dzielimy na psychiczne i fizyczne. Zazwyczaj dzielimy - łączymy rzadko. Ja połączyłam i wyszłam na tym całkiem nieźle, czym postanowiłam się z Wami podzielić.




Czytam wywiad z dr n.med. gastroentologiem, badaczem mikrobioty i chorób ukł.pokarmowego W. Marliczem, o genach bakterii (wirusów przecież też) które w nas żyją, wpływając na funkcjonowanie całego organizmu; a także o kolejnym potwierdzeniu istnienia osi mózgowo-jelitowej:

„Większość chorób ma swoją przyczynę – choć nie zawsze bezpośrednią - w jelitach, a zwłaszcza w ich mikrobiocie, czyli florze bakteryjnej. Jeszcze nie tak dawno sądzono, że zbadanie wszystkich genów człowieka pozwoli poznać przyczyny wszelkich chorób i je skutecznie leczyć, ale już dziś wiadomo, że nie obejdzie się bez dokładnego zasiedlających nas bakterii, bo one też mają geny i te ich geny nawiązują dialog z naszymi komórkami, wpływając na funkcjonowanie całego organizmu. (…) 
wyniki badań nad mikrobiotą jelitową, które najbardziej mnie zaskoczyły, to te, które potwierdzają jej wpływ na centralny układ nerwowy. W naszym organizmie jest oś mózgowo-jelitowa, która działa w dwie strony – wszystko, co dzieje się w psychice, wpływa na przewód pokarmowy i odwrotnie. To oznacza m.in., że stres prowadzi do dysbiozy (zaburzeń mikrobioty), ale też dysbioza przyczynia się do np. podniesienia poziomu lęku, dekoncentracji, obniżeniu nastroju, czy nawet rozwjoju zaburzeń psychicznych np. depresji. To potwierdzone wielokrotnie.”

Aktualnie wiele tzw. naukowych dziedzin już dowodzi, że choroby zaczynają i kończą się w głowie, przy czym jelita to nasz drugi mózg – epicentrum immunologii. Równowaga jelitowa jest niezwykle istotna, bakterie jakie w sobie hodujemy w znaczącym stopniu decydują o tym, jak się czujemy, zachowujemy, czy chorujemy, czy i co nas boli.
Zdrowy człowiek to zdrowe ciało i zdrowe wnętrze (emocje, psyche). Potężna siła, która wibruje w człowieku, bezustannie.




Niektórzy zdrowie określają w kategoriach fizyki kwantowej, niektórzy jako wartość duchową, mnie najbliższe jest myślenie, że zdrowie dotyczy tego, co daje dobre samopoczucie i formę, co opiera się stabilnym kręgosłupie emocjonalnym (nastawienie do życia, poczucie wartości), na procesach świadomych i nieświadomych, przekonaniach, ocenie rzeczywistości. Podstawa zdrowia to dobre samopoczucie wewnętrzne i zadbane ciało.

Zaburzony organizm reaguje sygnałem.  Co z tym robimy? "Słuchamy" go? Czy i jakie wyciągamy wnioski? Czy dajemy mu powalczyć czy tylko przeszkadzamy?
Bo – kiedy choruje jakaś część naszego ciała – skupiamy się tylko na niej. Ale czy jesteśmy tylko nerką, dłonią, płucem, kolanem? Kiedy choruje nerka cierpi cały człowiek. Dlaczego więc leczony jest tylko jeden narząd? A co z naszym samopoczuciem, emocjami? Czy mają wpływ na ciało czy są odcięte i funkcjonują w dwóch rzeczywistościach?
Przewlekły brak dbałości o ciało i psychikę, byle jakie jedzenie, zaniedbane życie emocjonalne, niezagrzebane rany, niechęć do siebie i świata... Robimy w kółko to samo, dlaczego spodziewamy się odmiennych rezultatów?
Do tego mamy oczekiwania, by być zdrowym, szczęśliwym i rościmy pretensje, że tak nie jest?
A co realnie robimy, aby tak było?
Uciekamy do alternatywnych metod? Znieczulamy się? Pałujemy z "pozytywnym myśleniem"?


Temat wpływu diety i stylu życia na samopoczucie oraz zdrowie na OffMatce już poruszałam, tym razem zaczerpnę z własnego życia (pod tekstem bonus - kilka linków do przydatnych artykułów w temacie).
Fakt, że stan układu pokarmowego ma wpływ na psychikę i na odwrót, to dla mnie to żadna nowość. Odkryłam to jako nastolatka. Wtedy skoncentrowałam się bardziej na aspekcie psychoneuroimmunologii (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ktoś to naukowo bada i nazywa), która fascynuje mnie do dziś. PNI to interdyscyplinarny kierunek badań, który analizuje wzajemny wpływ zjawisk psychicznych, nerwowych i odpornościowych. Od lat wiadomo, że u znacznej części osób zwracających się do lekarza, u podstaw zgłaszanych przez nich dolegliwości leżą problemy psychiczne. Kryzys w życiu człowieka może być źródłem toksycznego myślenia i chronicznego stresu, co z kolei ma proste przełożenie na zaburzenia psychofizyczne i choroby, a nawet śmierć. Wiadomo przecież, że skutkiem życia jest śmierć 👀

No więc dwadzieścia lat temu, jako niespełna dwudziestoletnia dziewczyna miałam astmę, alergię na wszystko, bóle od zwyrodnień kręgosłupa, przewlekłe zapalenie żołądka, przewlekłe zapalenie pęcherza, wędrujące stany zapalne. Miałam za sobą trudne dzieciństwo w toksycznym otoczeniu, problemy w życiu osobistym, byłam zagubiona i krótko mówiąc zaburzona emocjonalnie. Miałam zjechane poczucie wartości, szalałam nie potrafiąc zbudować sensownej relacji. Pracowałam po nocach, zarabiając na utrzymanie, studiowałam, żyłam intensywnie, przeprowadzałam się i  walczyłam z codziennością. Bezwzględnie, to była nieustająca walka, z własnymi demonami głównie.
Aż wylądowałam w szpitalu.

Zaczęłam chodzić na spotkania terapeutyczne, prostować myślenie o sobie i świecie, rozprawiać się z przeszłością, naprawiać relacje, wybaczać i układać siebie na nowo. Chodziłam tak trzy lata. To była pierwsza ogromna przemiana w moim życiu, bolesny proces, który zmienił jakość mojego życia. Przede wszystkim zaczęłam je szanować, dbać o siebie. Poważnie podeszłam do kwestii własnych przekonań, zmiany od siebie. Widziałam spójność pomiędzy przekonaniami a samopoczuciem, stylem życia (odżywianie, ruch) a stanem organizmu. Poczułam siłę. Przestałam chorować na astmę. Zniknęły objawy alergii, stany zapalne, bóle.

Poczułam ambicję choć kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, że praca nad sobą to proces, że nic nie jest na zawsze. Że łatwo cały wysiłek zaprzepaścić i popełniać znów te same błędy. Zapragnęłam udowodnić sobie i światu, że ja – osoba z przeciętnej, robotniczej rodziny, z ojcem alkoholikiem i despotyczną neurotyczną matką, mogę być kimś więcej, kimś innym, lepszym!
Potem był doktorat, praca w korporacji, „kariera”.
I ciąża. Po 30.

8 lat temu, po urodzeniu pierwszego dziecka nie czułam się najlepiej. Z diagnozą hashimoto (badania z krwi i usg) i zaleceniem brania leków do końca życia nie chciałam się pogodzić. Zaczęłam czytać, poszukiwać. Postanowiłam zrobić gruntowny porządek z układem pokarmowym. Przeszłam na inny styl odżywiania, przez 3 miesiące jadłam wyłącznie warzywa, kasze, kiszonki. Zero cukru, owoców, nabiału i białej mąki, zero jakiejkolwiek pożywki dla bakterii i grzybów. Piłam wodę, pokrzywę i mielone siemię lniane z ziarnami i miodem. Mięsa nie jadłam bo nie miałam potrzeby, czasem jajka. Głodna nie chodziłam, fasola, soczewica, tłuste zupy, orzechy i siemię są mega sycące. Po 3 miesiącach wprowadziłam owoce, kombinowałam z wegańskimi pastami, jaglaną na 100 sposobów, polubiłam to kuchenne eksperymentowanie. Najbardziej brakowało mi ukochanej pizzy, ale na widok ciast robiło mi się niedobrze (pamiętam jak po wielu miesiącach takiego żywienia spróbowałam kawałek marsa, to była największa obrzydliwość jaką miałam kiedykolwiek w ustach, plastikowa i ohydnie słodka). Pizze nauczyłam się robić wegańską, nie suplementowałam, czułam się wyśmienicie, hemoglobinę w wynikach miałam powyżej 14 g/dl.
Czy wspominałam, że cały czas córkę karmiłam piersią?

Nie było mi łatwo, to był czas dużych zmian. Wzięłam spory kredyt, straciłam wieloletni etat, rozeszłam się z ojcem kilkumiesięcznego dziecka. Paradoksalnie właśnie pojawienie się dziecka skłoniło mnie do największych życiowych zmian. Osobistych, zawodowych, miejsca zamieszkania, stylu życia. Wcale nie od razu i nie od razu na lepsze. Zmiany wymagają czasu i poświęceń.
To były najlepsze zmiany, jakie mogłam wdrożyć w swoje życie, choć wtedy zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Moje poczucie wartości spadało na łeb. Oprócz zmian w stylu życia, starałam się mimo wszystko walczyć z negatywnym myśleniem, ze snuciem pesymistycznych wizji. Trzymałam się tego, aby ufać sobie. Miałam samodyscyplinę, pokorę. I dziecko, które nie pozwalało bezczynnie leżeć w łóżku i użalać się nad sobą.


Po kilku miesiącach powtórka badań, hashimoto zniknęło i do dziś (po 8 latach) mam wyniki tarczycy w normie, nie zmieniły tego kolejne ciąże, ani fakt, że od dawna już nie trzymam tak ścisłego "zdrowego" stylu żywienia. Jeśli choroba autoimmunologiczna cofnęła się, oznacza to, że organizm przestał reagować nadaktywnie, że układ odpornościowy przestał atakować organizm.
Ustabilizowałam swoje życie, doprowadziłam do ładu. Mam udany związek, zgraną rodzinę, rozwijającą pracę. Przyjęłam jak jest. Wypracowałam to. Nic nie przyszło łatwo. Najtrudniej być terapeutą samego siebie.

Staram się odżywiać mądrze, z odstępstwami co jakiś czas, znam swój organizm, dobrze wiem po czym gorzej się czuję, a co mi służy. Nie choruję na nic. 40letni okaz zdrowia! 👍





Istota choroby ma dla mnie sens holistyczny, jest znakiem, głosem i sygnałem. Nie walczę z chorobą ani ze sobą, działam dla siebie i dla czegoś. Kiedy się pojawia, zatrzymuję się i zastanawiam, dlaczego i po co. Jakie wydarzenia, sytuacje, fizyczne, psychiczne i emocjonalne okoliczności na to wpłynęły? Co teraz mogę zrobić?
Choroba jest objawem, ale przyczyna leży głębiej. Bo jeśli myśli czy przekonania zatruwają nam psychikę, pojawia się gniew, smutek, lęki... za tym idzie energetyka całego ciała, sposób odżywania i prowadzenia się, nie patrzymy na to, czy służy nam coś, czy nie. Pod pretekstem braku czasu, siły, możliwości czy wiedzy traktujemy siebie gorzej niż wroga, w którego możemy wrzucać śmieci i który nie zasłużył na dobre traktowanie.
Kiedy źle o sobie i świecie myślimy, to po co mamy dbać o cokolwiek...? Tworzy się zamknięte koło.

Jak do tego się ma psychoneuroimmunologia? Poza optymalnym odżywieniem, dbam o swoje emocje, o komfort psychiczny. Życiowy optymizm, życzliwość, dbanie o relacje. Kierowanie uwagi na zdrowie, a nie chorobę (wspaniale sprawdza się w przypadku dzieci).
"Dr Morris Rosenberg, jeden z ważniejszych naukowców zajmujących się poczuciem własnej wartości, słusznie stwierdził, że ie ma nic bardziej stresującego niż BRAK PODSTAWOWEGO  ZAKOTWICZENIA W ŚWIECIE i poczucia bezpieczeństwa, jakie gwarantuje zdrowe przekonanie o własnej wartości”. Jest ono kluczem do dobrego zdrowia, możliwości radzenia sobie, zdolności przetrwania i dobrostanu.”*
Przełomowy wpływ na postrzeganie świata miało u mnie poznanie technik Racjonalnej Terapii Zachowania. To metoda autoterapeutyczna do pracy z własnymi przekonaniami. Propaguję od lat jej idee. Pomaga zdrowo postrzegać siebie i otoczenie, zmieniać negatywne nawyki, wzmacnia racjonalne podejście do życia przy jednoczesnym głębokim rozumieniu własnych emocji.
Wkrótce o niej napiszę więcej, bo warto!





Jelita to nasz drugi mózg
Mikrobiom. Nasz nastrój zmienia się w jelitach
Mikroorganizmy w naszych jelitach decydują, jakimi ludźmi jesteśmy



* Schiraldi Glenn R. "10 prostych sposobów na poczucie własnej wartości".

12:28:00

Uzależniony czyli chory, słaby i najlepiej żeby zniknął

Uzależniony czyli chory, słaby i najlepiej żeby zniknął

Temat uzależnienia nie jest mi odległy. Znam go z domu rodzinnego. W tej historii nie było wygranych. Cierpi cała rodzina, jeśli do uzależnionego dołączy druga patologiczna jednostka, tym gorzej dla całej reszty. Nie przez przypadek zostałam terapeutką rodziny i uzależnień. Teoria teorią (choć przy procesie certyfikacji teorii było najmniej), ale doświadczenie życiowe to szkoła, jakiej nie da żadna instytucja. Lata dojrzewania w centrum zmagania się z chorobą, lata autoterapii i trudnych treningów intrapsychicznych nie zastąpią nawet najlepsze studia psychologiczne.

Człowiek przesiąka tematem, dorasta w nim i od niego zależy co z tym dalej zrobi. Okoliczności może mieć sprzyjające lub krytycznie niekorzystne, może powtórzyć los rodzica, lub zupełnie przeciwnie – zostać mistrzem świata.



Byłam wczoraj w kinie na filmie „Najlepszy”*. Ponury i przygnębiający listopadowy wieczór został wchłonięty bez pamięci przez historię z życia wziętą. Ciężko uzależniony facet, narkoman, wraca do życia, do sportu i osiąga najwyższy szczyt. Sportowy i życiowy. Chciał udowodnić sobie, że da radę. I dał! Pada w tym filmie wiele mądrych sentencji.
Jak ta, że każdy, kto wychodzi z nałogu, jest mistrzem świata.

Dlatego ja też się nią czuję – mistrzynią. Nie musiałam zmagać się z odwykiem, ale miałam trudny start, ogromne obciążenia i wiele razy stałam na krawędzi, z której tylko mały kroczek dzielił mnie od upadku. Mam mnóstwo samozaparcia, woli życia, obowiązkowości – być może rodzinna szkoła życia tego mnie nauczyła. Przeżyłam i mam całkiem nie-byle-jakie to życie!


Drogi do świadomości samego siebie są różne, prowadzą przez labirynty, przez kryzysy, przez sukcesy, przez lepsze i gorsze momenty. Niektórzy twierdzą, że musi nam się przytrafić jakaś katastrofa, ciężka choroba czy kryzys, żeby spojrzeć na swoje życie i otaczający świat inaczej.
Z pewnością nie ma lepszej drogi do samoświadomości niż samodoświadczanie, samopoznanie.
Taką drogą może być UZALEŻNIENIE.
Może, bo wcale nie musi. Może, pod warunkiem, że zostanie wykorzystane jako bodziec do działania, a nie jako kajdany skazanego.

Bycie człowiekiem uzależnionym czy pochodzenie z takiego środowiska, to ciągle w naszych realiach coś wstydliwego, stygmatyzującego. Nie dotyczy nas, dotyczy gorszych. Nie afiszujemy się z tym, z obawy o wrzucenie w szufladkę „patologia” lub po prostu ze wstydu. Takie pojęcia jak trzeźwość czy abstynencja są abstrakcyjne, niemodne, wzbudzają podejrzenie. A jednocześnie panuje społeczne przyzwolenie na picie do woli, przez każdego, przy każdej okazji.



Dlaczego uzależnieni są stygmatyzowani? 
Jest wiele powodów. Obarcza się ich odpowiedzialnością za zdegradowanie samego siebie, za rozpad rodziny, krzywdę parterów i dzieci. Ocenia się ich jako słabeuszy, bez silnej woli, podatnych na wpływy, nieudolnych i niedojrzałych. Wrzuca hurtowo do worka marginesu społecznego, niezależnie od okoliczności. Traktuje jako hedonistów i egocentryków, skupionych wyłącznie na zaspokajaniu swoich przyjemności.

Często to prawda. Są tacy, co przegrywają tę walkę, o ile w ogóle ją podejmą. Nie zależy im, nie mają celu, ani motywacji. Nie mają wsparcia, nawet najlepszemu terapeucie nie będzie zależeć na wyjściu z nałogu, tak jak powinno osobie chorej czy jej rodzinie. Ale to nie znaczy, że trzeba ich potępić, uznać za straceńców bez szans na zmianę.

alkoholicy wysokofunkcjonujący tzw. HFA (High Functioning Alcoholics). Istna plaga. Mają status zawodowy, rodziny, majątki. Dla nich alkoholik to menel, margines. Ale nie oni, w życiu! 
To może być Twój kolega czy koleżanka, stale na lekkim rauszu, bo gatunkowe wino czy droga brandy nie są przecież takim samym uzależniającym C2H5OH jak tania nalewka...
Nie zdają sobie sprawy, że alkohol to niewielki fragment całego problemu. Że problem w tym, że nie radzą sobie z własnym życiem. 



Żeby zrozumieć, jak poprzez uzależnienie można odmienić swoje życie na lepsze, trzeba podkreślić wagę terapii. Długiej, żmudnej, trudnej terapii psychologicznej, złożonej z kroku z przód i dwóch w tył, kiedy kształtujemy na nowo wolę przetrwania i sens egzystencji. Po kilkuletniej terapii, będącej transformacją życiową, nabieramy innego poglądu na świat wartości i zasad. Terapia jest szansą, którą można wykorzystać bądź nie. Ale z pewnością jest ogromną pracą nad samym sobą. Wysiłkiem i walką. Osoba uzależniona, po terapii, „czysta”, to ktoś, kto stawił czoła wielkiemu problemowi. Stawił mu czoła i dał radę. Pomimo destrukcyjnych szponów nałogu, podjął wyzwanie i zmienił jakość swojego życia, oraz życia swojej rodziny, o ile jej wcześniej nie stracił bo i tak bywa.


To nie buła z masłem, to nie kurs asertywności, to nie szkoła coachingu. To długi proces, wieloetapowy. W terapii trzeba się zetknąć z druzgoczącym poczuciem winy, wybaczyć sobie, znaleźć nowe wartości, wzmocnić kręgosłup tak, aby nie musieć uciekać od siebie. Pokora wobec siebie i ogółu życia, jaką przejawiają w postawie życiowej trzeźwi uzależnieni, jest godna szacunku i podziwu, warto dawać ją za przykład, zamiast tępić słowa podając za wzór ludzi, którzy nigdy nie zaznali słabości, a patrzą na innych z pouczeniem, jak należy żyć.

Jeśli miałeś trudności i pokonałeś je – nie masz potrzeby, by pouczać innych. Osobista zgoda na rzeczywistość pozwala innym żyć swoim rytmem, każdy ma z osobna swój scenariusz i sam reżyseruje swoje życie.
Zawsze chciałam pracować z ludźmi i dla ludzi. Nie zarządzać ale wspierać, dzielić się wiedzą, wskazywać kierunek, podnosić świadomość i kompetencje społeczne. Nie władać, ale wzmacniać. Uwrażliwiać.
Poszukiwałam, testowałam. Relacje biznesowe zamieniłam na relacje terapeutyczne. Wtedy zaczęłam przyglądać się ludziom baczniej. Jakie mają potrzeby, czego poszukują. Uczyłam się, jak dopasować swoje możliwości do ich potrzeb.

Szybko się rozczarowałam – ludzie szukają szczęścia i zdrowia podanego na tacy. Chcą iść na skróty. Chcą szybkich metod, łatwych narzędzi, czarodziejskich technik. Prosto to wykreować i sprzedać, poddając naiwną wiarę psychomanipulacji. Wystarczy chcieć, by wykorzystać bezlitosny rynek. Człowiek potrzebuje spójności, będzie się męczył w tej hipokryzji. Wszystkie te czarodziejskie szybkie metody będą znieczulającym plastrem, którego działanie mija szybko.

Kogo obchodzi uzależniony alkoholik? Komu zależy, żeby wrócił do aktywnego życia? Ośrodki uzależnień są niedofinansowane, w dużych miastach przeładowane, próżno szukać darmowych grup DDA. Po terapii zamkniętej lub dziennej, uzależniony wraca do swojej rzeczywistości. Jeśli znajdzie wsparcie w organizacji pozarządowej, to fajnie, ale nie każdy chce chodzić na AA, które jest ruchem przykościelnym, opartym na wierze religijnej i modlitwie do Boga.


Z uzależnionymi nie pracuje się po wierzchu, nie wmawia się im złotych idei, nie pakuje się ściemy. Niektórzy próbują iść okrężną drogą ale życie szybko weryfikuje ten wątpliwy wysiłek. Kiedy zobaczą w jakim są punkcie życia, kim są, co za nimi a co być może przed, chcą pracować w prawdzie, nie zamydlać sobie oczu – tu szybkie i łatwe metody polegną. Już wiedzą, że praca nad sobą wymaga wglądu, że to proces, który trwa całe życie. Wiedzą, ile stracili, ile mogli stracić i jak łatwo jest tracić. Doceniają, co mają. Mają pokory, szacunku do zwykłego życia, do prostych życiowych wartości. Nie bez lęku, nałogi są podstępne. Ale, jeśli trwają w trzeźwości, mają więcej zgody ze sobą i pokoju, niż niejeden „zdrowy”.

Nie wstydzą się słabości. Przyznają do błędów. Starają się przyjąć, jak jest. I żyją w nieustającej czujności. Nie ufają swoim emocjom i stanom, kontrolują się. Wiedza, że mogą przyjść kryzysy i trudności, nadaje im bycia człowiekiem z krwi i kości. Tylko głupiec uparcie i ślepo wierzy, że zawsze będzie pięknie bo „myśli mają moc przyciągania”. W jakimś stopniu tak, mamy wpływ na swoje samopoczucie poprzez siłę mentalną, ale nie mamy wpływu na wszystko, życie jest zmienne, dynamiczne, nieprzewidywalne. Takie dyrdymały dla masonerii, to oszukiwanie siebie. Nikt po długim uzależnieniu i długiej terapii tego nie łyknie.

Dlatego, zanim ocenisz i wystawisz osąd, zobacz z kim naprawdę masz do czynienia.
Oni idą per aspera ad astra, przez trudy do gwiazd… 






* Film „Najlepszy” - reż. Ł.Palkowski 2017
Wyszłam z kina poruszona, pod ogromnym wrażeniem historii i tego, jak została pokazana. Warto!

03:50:00

Dojrzała osobowość i dobrostan psychiczny? Psychologio, pozwól żyć

Dojrzała osobowość i dobrostan psychiczny? Psychologio, pozwól żyć

Dojrzała osobowość.... Co to w ogóle jest?  Tak sobie myślę, że te teorie i modele naukowe, których na co dzień nie używamy, może nawet nie znamy, które są podstawą psychologii, wyznacznikiem "prawidłowości", mogą być narzędziem do sprawdzenia stanu naszej dojrzałości, sprawdzenia stanu dojrzałości partnera, rodzica, a nawet całego społeczeństwa.

Wnioski mogą nie być powalające….  Bo ilu z nas praktykuje na co dzień takie elementy jak racjonalizm, skrystalizowany światopogląd, zdolność rozumienia siebie, entuzjazm?
Dojrzała osobowość to w skrócie zgodność z samym sobą, funkcjonowanie świadome, spójne i racjonalne. W społeczeństwie, w którym żyjemy na kredycie w pożyczonych domach, fałszujemy nagminnie rzeczywistość i jaramy się tym, jesteśmy żywą personifikacją Stefka Burczymuchy, wierzymy że kawałek wafla to ciało Boga którego urodziła dziewica, tworzymy swój wyidealizowany wizerunek i wciskamy go innym, mylimy pychę z pewnością siebie a chamstwo z asertywnością, arogancją zastępujemy kompetencje o których tylko mówimy że je mamy, dążymy do „szczęścia i spełnienia” które nie wiemy w sumie czym jest,  kompletnie nie potrafimy dokonać rzetelnej samooceny, kierujemy się nie rozsądkiem a emocjami plus zawiścią, strachem i chciwością, dopasowanie teorii dojrzałej osobowości graniczy z cudem.

Co na to teoria naukowa w psychologii?
Twórcą hasła "dojrzała osobowość" (w 1961r.) jest Gordon Allport. Na dojrzałą osobowość składa się:

  • posiadanie dobrze rozwiniętego i rozbudowanego obrazu siebie; zdolność rozumienia siebie
  • umiejętność opanowania potrzeb wewnętrznych bez konfliktów 
  • posiadanie bezpieczeństwa emocjonalnego
  • funkcjonowanie z dozą optymizmu, posiadanie naturalnego entuzjazmu
  • zdolność obiektywizacji samego siebie - umiejętność widzenia siebie w kategoriach zewnętrznych: krytykowanie siebie, poczucie humoru
  • posiadanie jednoczącej filozofii życia -  umiejętność patrzenia na wszystkie dziedziny życia, integrowanie się człowieka w świecie

Natomiast model dobrostanu psychicznego w dorosłości autorstwa Carol Ryff, czyli model tego, jak funkcjonuje osoba dojrzała pod względem osobowości:


  • wyraża pozytywny stosunek do samego siebie, lubi i szanuje siebie, akceptuje swoje słabe i mocne strony oraz samoświadomość siebie, nie marzy o tym aby być kimś innym i nie pragnie dokonywania zmian w sobie
  • wyznacza sobie wartościowe cele nadających sens i wartość życiu, umie pokierować swoimi dążeniami, nie żyje z dnia na dzień 
  • ma poczucie ciągłego osobistego rozwoju, postrzegania siebie jako osoby, która wzrasta, jest otwarta na nowe doświadczenia i realizowanie własnego potencjału, samodoskonali siebie
  • ma zdolność panowania nad innymi, zarządzania otoczeniem tak, by móc postępować w zgodzie ze swoimi wartościami, zaspokajać potrzeby oraz wykorzystywać pojawiające się życiowe szanse, kontrolować własne działania, skutecznie rozwiązuje codzienne sprawy
  • ma poczucie niezależności w myśleniu i działaniu oraz umiejętność opierania się presji społecznej, nie podporządkowuje się, nie jest zależna od opinii, oceny i aprobaty innych
  • posiada ciepłe, satysfakcjonujące, pełne zaufania relacje z innymi, troszczenie się o innych, zdolność do empatii, uczuć i bliskości, umiejętność dzielenia się i brania w relacjach, brak tendencji do izolacji, jest ciepły i otwarty na innych, nie ma trudności w kontaktach społecznych.


Na koniec podsumowanie OffMatki. Osobiste, oparte na przekonaniach i indywidualnym światopoglądzie. Powyższy naukowy obraz osobowości dojrzałej i dobrostanu psychicznego, nie jest opisem człowieka, a zracjonalizowanym zestawem oczekiwań człowieka względem Boga. Żaden człowiek nie spełni tych „norm”, w zasadzie wewnętrznie sprzecznych, bo jak niby wyznaczać sobie życiowe cele i rozwijać się otwierając na nowe doświadczenia, a jednocześnie nie pragnąć dokonywania zmian w sobie? Żyć chwilą i jednocześnie nie żyć z dnia na dzień?
Gdzie tu spójność, która przecież jest elementem osobowości dojrzałej (ale też teorii naukowej)?
Psychologio, nie stawiaj ludziom oczekiwań niemożliwych do zrealizowania. Daj żyć.

Życzę zdrowego rozsądku, bo chory nie istnieje.

03:13:00

Wychowuj człowieka, nie płeć

Wychowuj człowieka, nie płeć
Pierwsze lub drugie pytanie, jakie pada, kiedy dowiadujemy się, że znajoma jest w ciąży, to: „chłopiec czy dziewczynka”? Nie jak samopoczucie, czy czegoś potrzebuje, czy wszystko w porządku, gratuluję i koniec kropka.
Bo to pytanie, po prostu MUSI paść.
A zaraz za nim komentarz.



Automatycznie identyfikujemy ciążę z płcią. Ciąża staje się płcią i staje się publiczna, zaczynamy dopasowywać cały majestat kolorystyczny i ubraniowy do płci, mamy wizję różowości / niebieskości, dopasowujemy rodzeństwo („znów chłopiec? ojej szkoda”; „kolejna dziewczynka, ale będzie babiniec!”, lub „będzie parka? Idealnie!”), komentujemy wygląd „widać, że chłopak, bo pięknie wyglądasz, a dziewczynka zabiera urodę” albo „widać, że dziewczynka, bo brzuch taki mały, dziewczynki się kulą do mamusi”. „Kolejna dziewczynka – mąż pewnie chłopca chciał?”, „oj, drugi chłopak, pewnie wolałabyś dziewczynkę?”




W naszej rodzinie wychowuje się dzieci. Ludzi. Nie narzucamy im czym i jak mają się bawić, tylko dlatego, że ktoś wymyślił, że dane zabawki są odpowiednie dla danej płci. Nie kupujemy im dedykowanym płciom gadżetów, książeczek, nie wymuszamy zachowań „właściwych dla płci”, nie uczymy nawyków „prawidłowych” dla płci.
Ubieranie, czesanie to kwestia indywidualna ale nie powinna bezpośrednio wynikać z myślenia, że coś wypada albo nie, że coś będzie miało wpływ na psychikę dziecka (np. długie włosy u chłopaka to będzie „spedalony” albo krótkie włosy u dziewczyny to będzie „brak wdzięku i powabu” bo przecież wdzięk można pokazać tylko przez kokardy i falbany…). A największa bzdura, jaką wymyślono, to: „z chłopcem ciężko dać sobie radę, chłopcy to łobuzy, dziewczynki są łatwiejsze w wychowaniu”.

Ostatnio obserwowałam dyskusję w necie na temat koloru wózka. Ponoć rodzice (no ok, głównie matki…) „podkreślają płeć dziecka” kolorem wózka. Wózki dziecięce już nie są dla dzieci. Są dla płci. Dotąd wydawało mi się, że istotna jest funkcjonalność wózka. Wygoda dziecka. Myliłam się. Najważniejszy jest design i kolor!
Nie do końca wiadomo jak płeć podkreślać np. wózkiem niebieskim czy zielonym, pasuje bardziej do dziewczynki czy do chłopca? Ale już różowy, fiolet, pomarańcz to tylko dla dziewczynki! Argument? Bo tak. Bo chłopiec z różowym śmieszy. Ale kogo śmieszy? Kolor śmieszy, czy dziecko? I dlaczego właśnie różowy ma być jakiś uwłaczaniem, powodem do nabijania się z dziecka?
Czy ktoś mi wyjaśni, dlaczego kolor różowy jest nieprawidłowy dla chłopaka?


Ludzie, wychowujmy ludzi. Niech nasze dzieciaki nie czują, że ze względu na płeć muszą być jakieś, niech mają poczucie człowieczeństwa i prawo do bycia kim są. Nie doszukujcie się w tym podtekstów ideologicznych, feminizmu, unisexu, „lewactwa”. Bo to się nazywa rozsądek.





Schabowy chłopaka i kluseczki dziewczyny. O stereotypach PŁCI
Wychowanie bez różnicowania płci. Konstruktywne rodzicielstwo czy wymysł gendera?
GENDER srender. Czyli facet potrzebny jak rybie rower



Copyright © 2016 OffMatka , Blogger