Moja edukacja domowa. Bo z dziećmi trzeba lubić być.

 

Jesteśmy w ED trzeci rok. Edukacja domowa dziecka, stała się edukacją całej rodziny. Przelała się na młodsze dzieci i na nas. Ma tak istotny wpływ na funkcjonowanie całej rodziny, tak mocno kształtuje jej tożsamość i każdego jej członka z osobna, że role się mieszają, czasem to dziecko uczy rodzica. Wszyscy przechodzą transformację
i określają się na nowo.
ED rozwija niesamowicie, podkreśla kompetencje, obnaża niedociągnięcia. 

Przede wszystkim wyzwala z presji pierwszego zawodu, określonej filozofii życia, myślenia tzw. szkolnego, przestawia klepki i pozwala poznać siebie nawzajem z zupełnie innej strony. 

Od początku nie chciałam być nauczycielką własnego dziecka. Nie czuję się dobrze w tej roli. Nie mam potrzeby nauczać, tego co należy, kontrolować stan zrozumienia, sprawdzać i rozliczać. Czułam, że mogę tylko wspierać,
a luz i wolność w ED bardzo odpowiadał mojej hierarchii wartości i temperamentowi. 

Sposobów i postrzegania ED jest tyle, ile rodzin. Nie ma uniwersalnych metod i sposobów na istnienie w ED.
Składa się na to wiele czynników, takich jak: indywidualne potrzeby, możliwości, organizacja życia codziennego, ilość dzieci i ich wiek, sytuacja zawodowa.
Wszystko ma plusy i minusy, ED też. Z dziećmi trzeba lubić być. Wcale nie trzeba robić z nimi wymyślnych rzeczy i nauczać ich codziennie. Można ich wcale nie nauczać! Ale w ED nie da się nie budować z nimi relacji. Czyli tego, co stanowi dla mnie fundament rodziny. I arcyważne są dla mnie kompetencje osobiste i społeczne moich dzieci. Bo ani poziom wiedzy szkolnej, ani IQ nie gwarantują życiowego sukcesu.
Ich miłość własna, poczucie wartości, umiejętność radzenia sobie w życiu, krytyczne myślenie, samodzielność, indywidualizm, rozwiązywanie problemów, budowanie relacji, wzajemne zrozumienie.




Pamiętam z czasów jeszcze szkolnych mojego dziecka, skupienie pedagogów na deficytach, brakach, niedociągnięciach, wadach. Eksperci z poradni też to lubią. Wywlekanie problemów i kreatywność w wymyślaniu kar. „Dzieciom nie wolno” to szlagier. Podcięte skrzydła córki udało się skleić, a na pożegnanie z systemem stwierdziła „szkoła nie poradziła sobie ze mną”.


Codzienność w ED to nie jest sam miód. Kryzysy też bywają. Szczególnie zmęczenie, nadmiar obowiązków, dezorganizacja. Trudności indywidualne dziecka.
Ale swojej uwagi nie warto na to kierować. Na mnóstwo rzeczy nie mamy wpływu. Lepiej skupić świadomość na radości, jaką przynosi obcowanie z własnymi dziećmi. Bo jest czas na rozmowy, na zabawę, na tworzenie, na bycie razem. Odpuszczanie to trudna umiejętność, ale jakże przydatna. 

W wychowywaniu dzieci kieruję się dwoma wartościami. Empatią i intuicją. Kiedy jest trudniej nie myślę co zrobić – skupiam się na emocjach. Współodczuwanie pomaga mi zrozumieć, oddalić się od własnych oczekiwań. Pomaga zaufać. 

A intuicja to wspaniała rzecz, zawsze podszeptuje najlepsze rozwiązania. Kierując się intuicją przestałam cisnąć dziecko do wymaganej nauki. Puścił stres i presja, zyskaliśmy chęć na robienie rzeczy, które sprawiają nam przyjemność. Idziemy własnym tempem, żyjąc dniem dzisiejszym.  

Jutro wydaje się być takie pogodne...

Czytaj więcej >

Gifted czy Asperger?


Mamy czasy diagnozowania, kwalifikowania pod tezę, oceniania, orzeczeń, opinii i badań naszych dzieci. Normy są wyśrubowane i mało który dorosły się na nie łapie, ale to przecież normy dla dobra naszych dzieci, żeby im pomagać, żeby mogły się prawidłowo rozwijać. Jeśli nie łapią się na normy, już czeka terapia i ekspert, w ramach odskoczni od opresyjnego środowiska systemu edukacji.




Nie generalizuję, diagnozy też są potrzebne. Ale jako samodzielnie myśląca matka, która stykała się
z powierzchownym, nieobiektywnym, krytycznym osądem otoczenia, w tym tzw.specjalistów od dzieci, oraz widząc, jak łatwo przylepia się łatki innym dzieciom, zdążyłam wyrobić sobie własne zdanie. 

Mamy czasy, kiedy skupiamy się na dzieciach tak bardzo, jak nawet w połowie nie skupiamy się na sobie samych. Chcąc zaspokoić wszystkie potrzeby dzieci, te rzeczywiste i te, które nam się wydaje, że ich potrzebami są, przestajemy zajmować się sobą - źródłem realnych wzorców. Chcemy dzieci naprawiać, ze sobą nie robiąc nic.
I tak oto wpędziliśmy dzieci w kozi róg - dzieci muszą spełniać oczekiwania otoczenia i nasze, są bombardowane sprzecznymi wzorcami (pomagaj/bądź dobry/dziel się vs bądź najlepszy/wygrywaj/tylko ty się liczysz), są wystawiane na nieustanną ocenę, mają się dostosować ale być wybitne, mają być posłuszne i asertywne jednocześnie, mają być podręcznikowo sprawne, rozwinięte według akademickich norm. 

Rodzic, który widzi, że z dzieckiem "coś jest nie tak" (albo słyszy to od innych) szuka informacji w internetach a następnie leci do ekspertów, których lista rośnie i wcale nie mam na myśli nazwisk tylko tzw.tytuły. Tytułowani eksperci, o których istnieniu kilka lat temu nikt nie słyszał, okazują się niezbędni na drodze naszego rodzicielstwa (niezbędni nam ale i czasem dzieciom).
Zdarza się, że ich teorie się wykluczają. Albo, że szukają potwierdzenia pod tezę skrupulatnie opisanego przez rodzica i podanego im pod nos problemu (którego nie zobaczą u dziecka przez 30 minut będąc z nim sam na sam). Wypisane w elaboracie diagnozy można z łatwością dopasować do większości, nikt z nas nie jest homogeniczny. Jesteśmy zagubieni w oceanie wskazówek, zaleceń, niezrozumiałych sformułowań, dziwnie brzmiących terminów. Stajemy się zagubieni i labilni emocjonalnie, jak to dziecko w gabinecie.

No bez wujka googla i fejsbukowych grup wsparcia się nie obejdzie.

Wiem, że jest druga strona medalu. Wiem, że są dobrzy specjaliści i skuteczne terapie.  Ale dziecko to nie jest zbiór ustandaryzowanych, stereotypowych cech, a jeśli rodzic ma potrzebę dookreślenia dziecka to niech idzie do specjalisty po diagnozę, wtedy, kiedy uzdolnień nie widać a trudności przerastają ich w codziennym życiu. Dlaczego wtedy? Żeby nie zderzyć się ze ścianą polskich standardów kategoryzacji dzieci (uczniów). Polski system nie ma pomysłu na zdolne dzieci.
Publikacje naukowe pokazują nam o wiele szerszą perspektywę problemu.
Np. na stronie amerykańskiej Davidson Institute znajdziemy wyjaśnienie różnic między uzdolnieniami
a zespołem Aspergera
(tekst z 2009!), dlaczego w Polsce jesteśmy tak daleko w tyle z tą fachową wiedzą?

Zdolne dziecko z trudnościami, dziecko gifted, dziecko podwójnie wyjątkowe 2E, dziecko z asynchronią rozwojową, ponad przeciętnie zdolne z rozpoznaniem ASD, IS, SPD, ADHD, ADD, Hyperfocus... 

GADC to klinicznie opracowane narzędzie - lista kontrolna dziecięcych uzdolnień vs. zaburzeń Aspergera, która ma pomóc nauczycielom, ekspertom i rodzicom określić, czy:
nieodpowiednie, nieelastyczne lub nierealne środowisko edukacyjne przyczynia się do niezwykłego lub niewłaściwego zachowania dziecka, ma wskazać, które działania, te dla zdolnych czy te z zespołem Aspergera będą najbardziej odpowiednie i pomogą, a nie zaszkodzą. 





Publikacja i bibligrafia: https://www.davidsongifted.org/search-database/entry/a10900

Czytaj więcej >

Automiłość. I nie opuszczę się aż do śmierci.

 

Z perspektywy 40 lat życia mam taki wniosek, że najbardziej istotną sprawą w życiu, od której właściwie wszystko się zaczyna – to, jak wygląda nasz związek, relacje, praca, w ogóle życie – jest relacja ze sobą samym. Tu – w naszym wewnętrznym świecie, wszystko zaczyna się i kończy.

Miłość do siebie – wyświechtane, patetyczne, narcystyczne? Banalne i infantylne?
A może to rozwiązanie problemów, szyfr do udanego życia, do zdrowia i pogody ducha?

Zaczęłam orientować się w tym, kiedy urodziłam pierwsze dziecko. To ono dało mi szkołę życia i pokazało, że macierzyństwo to miłość do dziecka, ale też do siebie. Daje dowód, czy i jak potrafimy o siebie zadbać. I uczyłam się tej miłości. Miłości własnej. Pojmowałam ją, rozumiałam. Ale poczułam nieco później. Co innego jest coś rozumieć, a coś poczuć. To jak z tym, że są rzeczy na które nie mamy wpływu. Możemy to rozumieć, ale dopiero kiedy to poczujemy i odpuścimy, da nam to spokój. Podobnie jest z miłością własną.

Społeczeństwo buduje naszą wiarę w siebie na bazie naszej skuteczności. I potem My-matki wartościujemy, jak bardzo jesteśmy skuteczne w wypełnianiu codziennych obowiązków, planów, celów, w podołaniu wyzwaniom i codziennemu wychowaniu dzieci. Potem i my budujemy nasze poczucie wartości na bazie skuteczności (pamiętajmy o różnicy pomiędzy wiarą w siebie, a poczuciem własnej wartości). W poczuciu miłości do siebie już nie musisz sprostać niczyim oczekiwaniom. A szczególnie własnym. 

Miłość do siebie to uważność na siebie. Nieocenianie. Próba zrozumienia. Nie oczekiwanie jednak, że się zrozumie. To wyrozumiałość. To ochrona i troska.

To dbanie o siebie. O formę, kondycję, ciało, o zdrowie psychiczne, higienę ciała i ducha. Jestem niewierząca jednak prowadzę bogate życie duchowe. Medytuję, pamiętam o wdzięczności, pielęgnuję współodczuwanie i wrażliwość, których mam w nadmiarze. 
Staram się być dla siebie życzliwa. Okazując sobie życzliwość, przestajesz wymagać. Jest Ci miło, że po prostu jesteś. Jako wartość sama w sobie. Bez porównywania się.

Opiekując się sobą odcinam się od zajęć, które mnie męczą; ludzi, którzy mi szkodzą, substancji, które mnie trują i miejsc, w które mi nie służą.

Miłość własna to poczucie, że jest ci dobrze tam, gdzie jesteś. Że nie musisz czegoś mieć i gdzieś być, żeby było ci ze sobą dobrze. To akceptacja, która daje spokój. Co by się z Tobą nie działo, jakie emocje i stany by się nie pojawiły, przyjmujesz to. 
Miłość do siebie tworzy poczucie własnej wartości.

Kiedy pojawia się u mnie podły nastrój czy niepokój, próbuje to zmienić. Kiedy nie wychodzi, odpuszczam sobie. Regeneracja to słowo-klucz. Może potrzebuje odpocząć, może się wyżyć. Nie muszę tego rozumieć. Nie muszę od siebie wymagać. Nie muszę wszystkiego wiedzieć, wszystko umieć, wszystkiego pamiętać i wszystko ogarniać. Nie porównuję się do innych, jestem wartością samą w sobie.



Czy chciał(a)byś być tak przez kogoś traktowany? Z troską, akceptacją, zrozumieniem? Któż by nie chciał. Podaruj sobie to, co chciałbyś dostać. Nie oczekuj, żeby ktoś ci to dał. Najpierw zajmij się sobą.

Miłość do siebie to największy potencjał, jaki możesz pomóc wykształcić swoim dzieciom.




Czytaj więcej >

Dwie rzeczy których nie kupisz ale możesz mieć


Są rzeczy, których nie dostaniesz w genach, nie kupisz ani których nie nauczy cię szkoła.
Ale możesz je w sobie rozwinąć.





Nie ma jedynych najlepszych uniwersalnych metod ani na wychowanie ani na rozwój osobisty.

Ludzie są różni. Spokojni i żywiołowi. Otwarci albo zamknięci. Konkretni albo chaotyczni. Współpracujący albo nonkonformiści. Mają też różne style życia. Samotniczy, rodzinny, aktywny, bierny, od karierowicza poprzez podróżnika do pani domu.

Ludzie czyli dorośli i dzieci - każdy inny, z tego powodu wyjątkowy i niepowtarzalny, choć czasem to powód niewystarczający, usilnie chcemy żeby miał talenty, osiągnięcia, wybitne zdolności pożądane według jakiś rankingów i czyiś oczekiwań. Budujemy poczucie wartości na podstawie  starań. Jak bardzo postaraliśmy wywiązać się z celów, zadań, projektów – tym jesteśmy lepsi, wartościowsi. 

Mamy za dużo informacji. Mamy gotowce metodyczne na wychowywanie, zależy co jest aktualnie na topie. Oryginalne jest to, co zostało urobione pod czyjeś potrzeby.  Oryginalny musi być skonkretyzowany, odgrywać jakąś rolę.

Na kształcenie jest ciśnienie, musi być sprecyzowane i konsekwentne.

Na leczenie - słuchamy albo lekarza albo Zięby, siebie nigdy. Jak się odchudzamy to Dąbrowską, jak ćwiczymy to Chodakowską.

Oglądamy filmy na YT, czytamy opiniotwórcze blogi. Słuchamy innych i podążamy za trendami. Tym samym chcąc być innymi, stajemy się podobnym do siebie tłumem.

Zatracamy albo wcale nie używamy dwóch najwspanialszych rzeczy / cech, których nie da się kupić, ale da się wykształcić. Za darmo ;)

Myślenie Krytyczne 

Polski system edukacji nie wykształca krytycznego, samodzielnego i twórczego myślenia. 

Szkoła nie uczy krytycznej analizy przyswajanej informacji, wyciągania samodzielnych wniosków i czytania ze zrozumieniem. Szkoła uczy odtwórczego podejścia do informacji i wiernego odtwarzania tekstu. Sądzę, że myślenie krytyczne to ceniona i poszukiwana kompetencja w życiu.

Jeśli nie chcesz spędzić życia na próbach daremnego dotarcia do miejsca, gdzie nieboskłon styka się z ziemią lub na poszukiwaniu dowodów na związek Kubricka z ładowaniem na księżycu, ucz się sztuki krytycznego myślenia. Umiejętność ta jest wyjątkowo cenna, bowiem może uchronić przed łapaniem się na lep różnorakich głupot, których mnóstwo pleni się w otaczającym nas świecie.

Jak nauczyć tego swoje dziecko (i przy okazji odszkolnić siebie)? Niech zadaje pytania i szuka odpowiedzi.  Niech mówi, to co myśli, a nie to, co inni oczekują. Niech szuka własnych rozwiązań, daje swoje propozycje. Niech ocenia dowody, rozpoznaje argumenty.

Pyta o politykę, o zdrowie społeczne? Nie rzucaj haseł, niech samo znajdzie.
Refleksja nad tym, co mu się przydarza? Analiza tego co myśli i czuje? Niech tworzy własną interpretację. Niech będzie wnikliwe. Niech uczy się rozumieć, że może być inaczej, niż podpowiadają mu emocje.

Niech trenuje przedstawianie własnego punktu widzenia, nawet jeśli ma to ciebie kosztować wezwanie na dywanik szkolny;)


Intuicja

Jej też nie uczą w szkole.

Potocznie nazywana wewnętrznym głosem, przeczuciem, szóstym zmysłem, błyskiem myśli, niezrozumiałym racjonalnie rozumieniem zjawisk czy przewidywaniem przyszłości. Albo prekognicją. Czymś co jest sprzeczne z głosem rozsądku. 

Portugalski profesor neurologii behawioralnej António Rosa Damásio zbadał i opisał zjawisko intuicji w książce „Błąd Kartezjusza. Emocje, rozum i ludzki mózg”. Potwierdził naukowo, że intuicja istnieje. Badacz twierdzi, że jesteśmy wspierani przez emocjonalne sygnały z naszego ciała, których nie powinniśmy lekceważyć i to jest właśnie intuicja: „Pamiętajmy, że de facto nigdy nie jesteśmy sami w podejmowaniu decyzji – partneruje nam zawsze intuicja. Od nas zależy, czy uznamy ten sygnał za pomocny, czy nie”.

Intuicja rodzica prowadzi za potrzebami dziecka. Ale zamiast wsłuchać się w jego potrzeby wolimy słychać obcych specjalistów. Oni pokażą nam braki, niedociągnięcia, nieprawidłowości, deficyty. Szufladki opinii zostaną zapełnione definicjami. Mamy przekonanie, że inni się znają, a nam brak kompetencji. Nie pytamy, bo boimy się ośmieszenia. 

Intuicja pomaga odczuwać intencje ludzi i odnajdować słuszne dla nas rozwiązania. Im więcej mamy połączenia z własnymi emocjami, tym mocniej odczuwamy intuicję. „Jeśli matka odczytuje sygnały płynące z podświadomości, z emocji, uważa je za cenne, wsłuchuje się w nie, to najprawdopodobniej jej dzieci będą działały w podobny sposób” - twierdzi Damásio.

Z kolei „aby rozwinąć intuicję, musisz poznać się lepiej i w pełni siebie zaakceptować” – pisze amerykańska psychoterapeutka i pedagog Cate Howell w swojej książce pt.”Intuicja. Uwolnij jej siłę”. Proponuje siedmiostopniowy program rozwijania intuicji i używania jej do ulepszania codziennego życia, w tym medytację, empatię, kreatywność, pozytywne nastawienie, słuchanie siebie i własnego ciała. 

Praktykuję, popieram i polecam! 







Czytaj więcej >

Pan Demia czyli masowa produkcja życiowych fajtłap


"Wygląda na to, że to nie sam wirus jest dla nas dużym zagrożeniem, ale nasz styl życia." pisze na swoim fejsie Aga Maciąg. Boimy się wirusa, ale co zrobiliśmy, żeby poprawić stan naszego zdrowia i samopoczucie? Chlejemy, żremy byle co, palimy, nie ruszamy się i prowadzimy niechlujne życie emocjonalne. 
Czy powinniśmy się bać samych siebie? A może tego, co robimy dzieciom...




Terapeuci J.E.Young i J.S.Klosko, pisali o schematach myślenia i funkcjonowania jako autodestrukcyjnych wzorców osobowościowych - pułapek życiowych. Jednym z nich jest schemat podatności na zagrożenie i zranienia. Podstawowym uczuciem towarzyszącym temu schematowi jest lęk. Ryzyko niebezpieczeństwa jakie może cię spotkać rośnie i rośnie, za to minimalizuje się zdolność do radzenia sobie. 

Jak to się dzieje? 
Pułapki życiowe to wzorce, które powstają w okresie dzieciństwa i wywierają wpływ na całe życie. Determinują sposób w jaki myślimy, czujemy i zachowujemy się. 
Jeśli dorastasz w osamotnieniu i poczuciu emocjonalnego opuszczenia, w dorosłym życiu odtwarzasz stan odizolowania. Jeśli dorastasz w poczuciu ciągłego zagrożenia, wśród komunikatów, że świat nie jest bezpiecznym miejscem, w dorosłym życiu nigdzie nie będziesz czuł się wystarczająco bezpieczny i spokojny. Jeśli dorastasz w poczuciu własnej bezwartościowości i "wybrakowania", w dorosłym życiu będziesz przekonany, że każdy kto bliżej cię pozna, nigdy cię nie pokocha, i mimo społecznego uznania, ciągle będziesz czuł się niespełniony i niepotrzebny. Jeśli dorastasz, stawiając potrzeby innych ponad swoje, w dorosłym życiu nie będziesz mógł zaspokoić własnych potrzeb - nawet nie będziesz w stanie ich określić. Kiedy dorastasz w poczuciu nieprzewidywalności, będziesz za nią podążał, dręcząc samego siebie.

Nadwrażliwość może dotyczyć zdrowia i choroby. Żyjesz w przekonaniu, że możesz nosić ciężką chorobę. Albo, że coś złego ci się przydarzy. Jesteś wrażliwy na sygnały płynące z ciała, niektóre wywołują ataki paniki. Upał, zimno, wysoko, nisko, ruch itp. Jesteś czujny nieustannie. Nadmierny, nieadekwatny lęk o swoje zdrowie sparaliżował twoje życie.
Nadwrażliwość może dotyczyć bezpieczeństwa twojego i najbliższych. Gdziekolwiek jesteś, masz poczucie braku bezpieczeństwa. Nieproporcjonalne do realnego poziomu zagrożenia. Nie ufasz nikomu, jesteś podejrzliwy. Obawiasz się wyzwań, związków, podróży, zmian, chorób, napadu, wszystkiego... Złapany w te pułapkę życiową, żyjesz w nieustanym niepokoju i napięciu. 

Kiedy byłeś dzieckiem, Twoi opiekunowie byli nadopiekuńczy w przemocowy sposób, nadmiernie martwili się o ciebie, powtarzali ci że może spotkać cię coś złego. Byłeś otoczony nadmierną i podszytą lękiem opieką, wykluczony i odizolowany, z poczuciem zagrożenia płynącego z każdej strony. Bo nie tylko rodzina ma wpływ na twoją przyszłość. Kształtuje cię też środowisko, komunikaty które słyszysz, obrazy które oglądasz. 

Dziecko, aby dobrze się rozwijać, potrzebuje m.in. podstawowego bezpieczeństwa. Czy widok zamaskowanych ludzi, izolacja, zamknięte place zabaw, niestabilna sytuacja, zewsząd płynące ostrzeżenia o potencjalnym zagrożeniu i ewentualnej chorobie to fundamenty do prawidłowego rozwoju?

Do czego to prowadzi? Wieloletnie przewlekłe problemy życiowe. Depresje, nerwice, uzależnienia, kompulsje, obsesje, zaburzenia, nieumiejętność zbudowania relacji. Jakość życia dużo niższa, niż by tego chcieli.
Dupy wołowe i śpiące królewny.

Jaki będzie świat naszych dzieci?



Terapia życiowej pułapki jest opisana w książce "PROGRAM ZMIANY SPOSOBU ŻYCIA" J.E.Young i J.S.Klosko,
którą bardzo polecam :)

Obraz enriquelopezgarre z Pixabay.   
Czytaj więcej >

Jak nie dać własnego życia spieprzyć dziecku?




Natknęłam się na książkę Marceli Mikołaj o tytule "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku". Nie zgłębiając jej środka i skupiając się na tytule, z automatu pomyślałam, że tematem sprawy powinno być jak nie dać własnego życia spieprzyć dziecku? Nie będą nam gówniarze psuć krwi! Na to pozwolić nie wolno!





Jak nie pozwolić, aby własne dziecko spieprzyło nam życie? Czy nie pozwolić, oznacza zabronić? Jeśli zabronić, to czego - no chyba wszystkiego, co może nas doprowadzić do ruiny. Zabronić wkurzania nas, umęczenia, wpędzania w poczucie winy, odejmowania wartości.
Na pewno zabronić nas złościć, a nawet doprowadzać do szału, co robią na każdym kroku. Karać, bezwzględnie karać, kiedy przez nich nie dbamy o własne potrzeby, albo kiedy znów na coś nas naciągnęli, mali manipulanci. Karać za to, że ulegliśmy gdy bezczelnie wymuszali i szantażowali nas emocjonalnie. Tępić kiedy pyskują, są niewdzięczni i robią nam tyle przykrości.
Robić to wszystko tak długo, aż się odczepią , my odetchniemy z ulgą i zapanuje święty spokój...

Oczywiście to wszystko to droga do kapitulacji rodzicielskiej. Droga najgorsza z możliwych. Bo to nie dzieci nas dręczą, męczą, manipulują nami, złoszczą nas i robią nam źle, bo takie są i robią to celowo.
O dzieciach trzeba myśleć jak o dorosłych. To nie ludzie nas denerwują, smucą, dręczą i złoszczą. To my się na nich denerwujemy i złościmy, to my czujemy się dręczeni przez innych i przez nich ranieni, zasmucani. Kiedy dajemy się ponieść albo nie dbamy o własne potrzeby, to nie dzieje się przez innych ludzi.

Nasze życie emocjonalne jest w naszych umysłach i zawiera się w naszych myślach. Z naszych przekonań powstają nasze stany emocjonalne. Inni ludzie, dorośli czy dzieci, nie mogą zmieniać naszego myślenia w naszych głowach, to niemożliwe.
Emocje nie biorą się z serca. Biorą się z głowy, są konsekwencją tego, jak myślimy. I tylko my możemy to zmienić.
Myślisz, że inni decydują o tym, jak się czujemy?
To wygodne, bo łatwiej jest powiedzieć, że inni mają się zmienić, niż zmienić coś w sobie samym.

Nie daj swojemu dziecku spieprzyć sobie życia. Nie wmów mu, że Twoje uczucia to jego wina, że Twoje decyzje to jego odpowiedzialność. Nie pozwól by ono dźwigało ciężar Twojej niedojrzałości, nieudolności i słabości.
Swoje życie możesz spieprzyć tylko sobie sam.



********************************
Styl wyjaśniania rzeczywistości -  optymizm i pesymizm
Więcej o kryzysie
O kryzysie i roli coachingu
Jak zmieniać swoje życie?

Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia