Rodzicielstwo Wolności




Wychowując trójkę dzieci i pracując, przyznaje że czasem żyje dość niechlujnie. Co mam na myśli?
Że zapominam o... sobie.
Zapominam, że moje myśli tworzą moje przekonania, a te kreują mój świat.
Zmęczenie, rutyna i pogoń potrafią nieźle namieszać. Wtedy zdarza się, że zapominam o swoich emocjach.
To one przypominają mi o sobie i czynią człowiekiem bez skóry.
Wtedy odpuszczam.
To pozwala wyzwolić z siebie to, co najlepsze. Wyzwolić siebie.




Bycie rodzicem wolnościowym to odpuszczanie, wybaczanie, rezygnowanie, minimalizowanie, darowanie sobie 
i innym wolności.
To odstawanie od norm i wytycznych narzuconych w społeczeństwie i życie nawet na przekór, ale po swojemu.
To rodzicielstwo niepoukładane, niezaplanowane.
Pełne silnych emocji i wątpliwości, spontanicznych decyzji, zwrotów, prawdy.
Wolne od presji, od ideologii, od udowadniania i udawania.
Bez teorii rodzicielskich i bujdy, że jako rodzic znam się na wszystkim i mam patenty na wychowanie. Bez potrzeby gromadzenia poradników rodzicielskich.
Bez konieczności nieustannej obserwacji dziecka, kontroli, lęku, oceniania, przymiarki do norm, diagnozowania, dawania mu zajęć rozwojowych kogoś zdaniem właściwych, a nawet koniecznych. W zgodzie na odrębność i autonomię.
Wolne od używek i ucieczek.
Wolne sumieniem, szczere, świadome, uczciwe.
Wolne duchem. Bez wpływów narzucających jak postępować, jak myśleć.
Wolne od kredytów. Dzieci przytulę tak samo na 55m2 i na 150m2. Cenię spokój i daje mi komfort większy 
niż cokolwiek materialnego.
Wolne od presji posiadania, podróżowania, wyglądania. Od podziałów zajęć i obowiązków według płci.
Wolne od przemocy domowej, szkolnej, od porównywania, rywalizacji, umniejszania, krytyki i tresury.
Wolne od ambicji!

Rodzicielstwo Wolności... to moje rodzicielstwo.
Czytaj więcej >

Mam kryzys! I nie zawaham się go użyć...



Pisałam już o kryzysie matki. W pewnym sensie stan, w którym jestem jest też kryzysem matki.
Jest też kryzysem edukatorki edukacji domowej, partnerki, pracownika, trenera, córki i przyjaciółki.






Zaczęło się od zwykłego zmęczenia. Przytłoczenia obowiązkami. Zlecenie które wzięłam wymagało ode mnie pracy przy komputerze. Robię to wtedy, gdy dzieci pójdą spać, a ja mogę się skupić (chaos dnia na to nie pozwala).
Jest to średnio po 21:00.
Nie jestem sową, ale to jedyny czas kiedy praca tego typu się udaje. W ciągu dnia, nawet gdy usiądę za biurkiem, czy w kawiarni, moją uwagę pochłaniają bieżące rzeczy, które staram się dzielić na pilne i ważne.
Potrafię pracować wieczorem długo, co ma swoje konsekwencje w niedospaniu. Ten permanentny stan skutkuje zmęczeniem i mimo satysfakcji z pracy, w pewnym momencie zauważam spadek sił witalnych.
Czy dzieje się to szybciej czy później, zależy od okoliczności.
Tym razem były nimi: przygotowania do pierwszych egzaminów córki (5 klasa ED), enterowirusy które mnie przeorały, dodatkowe obowiązki zawodowe oraz domowe, których zawsze jest full. I śmierć kolegi, starszego idę mnie o 4 lata, z którym znaliśmy się od 20 lat, z którym spędziliśmy wiele nocy na dyskusjach przy piwku i z którym nigdy nie miałam romansu. Serdeczna znajomość, którą bezczelnie zgarnął nowotwór.

Efekty?
Obniżony nastrój, zaniżona samoocena, kłopoty z zaśnięciem i niespokojny sen, problem ze skupieniem uwagi, rozdrażnienie,  niepokój, negatywizm, osłabienie i ogólna padaka.
Przy tym nie można wziąć urlopu (matki nie biorą wolnego...) Nie można przespać 12h lub więcej. Nie ma jak nadrobić. Wysłuchujesz jak wszyscy wokół opowiadają co ich trapi, ale sama się nie zwierzasz bo nie lubisz. A nikt nie pyta... Poczucie odosobnienia narasta... KRYZYS?!

Kryzys to żaden wstyd. Kryzys to żadna słabość, żadna porażka. Kryzys jest częścią życia każdego człowieka. Miewają go wielcy artyści i zwykli śmiertelnicy. Może być niebezpieczny, bo kryzys to stan, w którym dochodzisz do momentu, po którym albo wzlecisz albo spadniesz. Albo na chwilę wzlecisz, a po tej chwili lecisz na łeb. Może być też twórczy, transformujący.
Bo "ludzie doświadczający kryzysu są o wiele bardziej otwarci i podatni na zewnętrzną interwencję niż wtedy, gdy są w stanie równowagi" (G.Caplan 1964)

Lindemann i Caplan wprowadzili pojęcie kryzysu do psychologii i psychiatrii na oznaczenie reakcji człowieka zdrowego na trudną sytuację, której nie potrafi rozwiązać, gdyż jego umiejętności rozwiązania problemów okazały się niewystarczające (brak zasobów nie oznacza wyłącznie braku wiedzy). Rzadko sprawdzają się strategie "naprawy od ręki". Wiele problemów osób znajdujących się w kryzysie wynika z tego, że szukali właśnie takiej "naprawy od ręki", "drogi na skróty", szybkiej metody na zmianę życia bez większych nakładów. Pod postacią dawania sobie ulgi i redukcji stresu szukamy pocieszenia,  zabawy, seksu, alkoholu, pracy lub szybkiej sesji u jakiegoś "speca", co nas uzdrowi swoją energią, ziołami, prądem, czy innym narzędziem wpływu. Wizyta u coacha też niestety może zdać się psu na budę.
Tego rodzaju "naprawa" może wytłumić bolesne reakcje, ale nie ma wpływu na wywołujący je bodziec i kryzys zamiast zniknąć, to się pogłębia.

Kryzys stawia ludzi w obliczu wyborów, z którymi mogą sobie nie poradzić, wymusza konieczność dokonania wyboru, przy czym unikanie wyboru również jest wyborem. Można mieć kryzys związany z wypaleniem zawodowym, ze stresem, kryzys małżeński, związany ze zmianą czy wiekiem, z ważnym wydarzeniem czy duchowością.
Może ja mam z wiekiem? 👀


W tekście "KIEDY I DLACZEGO NIE POMOŻE CI COACH?" opisuje jak wygląda klasyczny książkowy kryzys. Co z tym fantem zrobić i do czego skubańca wykorzystać?


Kryzys boli najbardziej tych, którzy chcą być w czymś dobrzy, bardzo dobrzy, profesjonalni. Wymagają od siebie, są bardziej samokrytyczni. Coś jak psychologiczny efekt Dunninga-Krugera...
Nie reagujemy tyle co na sam kryzys, a na fakt niedostępności strategii pozwalających nam poradzić sobie z trudną sytuacją (poddatność na doświadczanie kryzysu może być wynikiem niskiego poczucia własnej wartości, osoby takie są bardziej poddatne na stres i trudniej jest im stawić czoła problemowi, rozwiązać sytuację kryzysową).
Trudny stan może trwać nawet miesiąc.
Następnie, kiedy mamy dość ciągłego napięcia, szukamy ulgi, szukamy rozwiązań, konstruktywnych albo nie.
Po tym etapie, pod warunkiem, że daliśmy sobie czas i prawo do przeżycia sytuacji na swój sposób, mamy w sobie gotowość, aby poszukać wsparcia. Zaczyna chcieć nam się coś robić, działać. Całe sedno w tym, że to MY znaleźliśmy w sobie siłę, żeby o siebie zawalczyć, zmienić coś w życiu. Stać się we własnych oczach, a nie oczach innych, kimś pełnowartościowym, nie mniej nie więcej niż inni, ale w sam raz! Najlepiej wychodzi nam przecież bycie sobą, prawda?
Bądźmy sobą, bo wszyscy inni są już zajęci! ❤


Jedyne do czego można użyć kryzys to przyjęcie go jako nieoderwalnego elementu życia. Jako części całości. Części nas samych. A kiedy doskwiera, wziąć go za kołnierz i położyć do kąta.
Niech leży. A my z nim. Nie walczmy z kryzysem, nie walczmy z sobą!


Tekst inspirowany treściami z życia oraz mojej strony - MOTYWATORKI KRYZYSOWEJ
Czytaj więcej >

6 rzeczy, który czynią mnie lepszą wersją siebie


Mogłabym napisać o rzeczach które czynią mnie gorszą wersją siebie, znalazłabym takie bez najmniejszego problemu, ale instynktownie wolę koncentrować się na pozytywnej wizji ludzkiej natury, na korzyściach, jakie da się wyciągnąć ze wszystkiego 😍







W tekście „MOJE DZIECI SĄ IDEALNE, TYLKO MATKĘ MAJĄ TRUDNĄ” pisałam o tym, jak  dużo emocji w nas wzbudzają nasze dzieci. Jak trudno mi czasem być rodzicem i ile wysiłku wkładam w to, aby siebie samą poukładać. Używam do tego sposobów i rzeczy, które czynią mnie lepszą wersją siebie – to


Pasje, Wdzięczność, Ludzie i relacje, Aktywność, Dbałość o siebie, Dystans 



 Pasje

Żadne tam osobliwości. Nie chodzi o to, aby szukać po drugiej stronie globu spektakularnego czegoś, co mianujemy pasją, ale chodzi o to, aby uczynić pasję z czegokolwiek. Żeby tej pasji z drobiazgach życia codziennego szukać. Żeby z pasją żyć!
Bez swoich radości nie byłabym sobą, nie kochałabym tak mocno życia, nie miałabym takiego wielkiego serca dla otoczenia 💗✌ dają mi oddech, rozwijają, wyciszają.
Wiadomo, że życie samo w sobie jest pasjonujące, że dobrze jest patrzeć na nie jak na fascynującą podróż podczas której możemy odkrywać niezliczoną ilość rarytasów. Owszem, są też trudy i gorsze chwile. I dlatego warto mieć swoje małe przyjemności albo duże idée fixe, żeby to bez straty przetrwać.

Jako nastolatka pisałam wiersze. Mam ich kilkadziesiąt, a może kilkaset napisanych na maszynie, wpiętych w segregator i w różnych zeszytach, notesach,z datami 1995...1998….2000…


Są tam też złote myśli w stylu:
„jestem naiwna sądząc, że 
przeżyję 
niczego nie przeżywając
jestem naiwna sądząc, że nie umrę czekając”



Albo wiersz z błędami, który kieruje do Satre’a (w 1997 byłam świeżo po lekturze „Mdłości”) i pod wierszem dopisek odręcznie pisany już 22 lata temu: „przepisywałam to 7 razy i za każdym razem była pomyłka. 8 raz nie przepisze” 😁
Jest też sporo ciężkich tekstów - rozważań egzystencjalnych, napisanych pod wpływem The Cure i Ministry, których słuchałam przez lata namiętnie, do których lubię czasem powrócić i przypomnieć jaką byłam wrażliwą i szaloną dziewczyną.





OffMatkę stworzyłam z potrzeby pisania. Kiedyś pisałam na blogu widokzokna, potem psyche i logos. Dawno temu pisałam do gazety, a nawet byłam redaktorką naczelną pewnego znanego portalu :) Offmatka powstała 3 lata temu i tak swoim tempem rośnie jej objętość. OffMatka miała być offowa i całkowicie moja, pisana jak chce i o czym chce.
Przy tym kolejna radość – stronę OffMatka zrobiłam sama, jestem samoukiem i lubię zajęcia, gdzie efekty widoczne są praktycznie od razu i są trwałe, dają mi samodzielność i możliwość kreacji, działania. Uczę się, próbuję do skutku a błędy mnie napędzają. Moja upartość jest pomocna 😋

Fotografowanie
Nigdy nie uczyłam się fotografii i zawsze mi było szkoda kasy na aparat. Mój tata był fotografem-amatorem, mieliśmy pracownię-ciemnię w łazience, pamiętam proces powstawania zdjęć, coś fantastycznego! Dzięki niemu mam mnóstwo czarno-białych zdjęć z dzieciństwa. I pewnie miłość do cykania mam w genach, na 40 urodziny kupiłam aparat i teraz cykam bez opamiętania, czego efekty można podejrzeć na INSTAGRAMIE.



Wdzięczność

Pomimo trudnego dzieciństwa, traumatycznych przeżyć i otarcia się o ryzykowne środowiska, zawsze spadałam na cztery łapy. W podstawówce kiepsko się uczyłam, byłam „niegrzeczna” więc mama posłała mnie do zawodówki. Wtedy też wyprowadziłam się z domu i zaczęłam żyć na własny rachunek. Imprezowałam i cieszyłam się życiem, a w międzyczasie moja przekora i zawziętość w dążeniu do celu wbrew innym, skłoniły mnie do skończenia wieczorowego liceum. Maturę zdawałam zimową. A potem poszłam na studia. Zaoczne. Cały czas pracowałam, by utrzymać się samodzielnie, mieszkając w wynajmowanych kątach – to była niezła szkoła życia. W międzyczasie chodziłam na terapię DDA, łapałam wolontariaty, angażowałam się w różne ciekawe inicjatywy, podróżowałam, poszukiwałam.
Czuję ogromną wdzięczność za bogactwo przeżyć z tamtego okresu, za wszystkie doświadczenia, wydarzenia, napotkane osoby. Gdyby nie to, nie byłabym teraz tą, którą jestem. Dzięki temu jestem bogata wewnętrznie i doceniam to, co mam. Niektórzy twierdzą, że te pozytywne zbiegi okoliczności to opieka aniołów albo Boga. Ja jestem niewierząca. Nie potrzeba mi enigmatycznej siły wyższej, a tym bardziej religii, wystarczy mi moje własne sumienie, kodeks moralności, miłość do ludzi wokół i od ludzi wokół.
Kocham drobne radości, chwile. Bo wszystko zawsze jest tak, jak TERAZ powinno być. Co oznacza, że nie musimy czegoś, co możemy zmienić, pozostawiać takim, jakim jest teraz.





Ludzie i relacje. Przyjaźń, Miłość i Seks

 Ci, których spotykam na swojej drodze, których spotkałam i których spotkam. Staję się lepsza dzięki trudnym relacjom i dzięki przyjaźniom. Ludzi potrzebuję i uwielbiam ich obserwować, słuchać.  To, co myślimy o innych, mówi dużo o nas samych. Widzimy siebie w innych ludziach.
Najważniejsi są najbliżsi. Dzieci i mąż, mój najlepszy przyjaciel. Dzięki nim dokonałam największych metamorfoz w życiu i sobie.
Ludzie to też ja, jako człowiek. Jestem wdzięczna sobie, że traktuję siebie dobrze, wybaczam błędy,  że pracuję nad swoimi słabościami a kiedy trzeba potrafię siebie nieźle opieprzyć i nie ma ulgi 😈
Przyjaźń mnie wzrusza i nie wyobrażam sobie bez niej życia. Ma wartość głębszą niż miłość. Przyjaźnię się z mężem, z dziećmi i to jest baza do miłości w naszej rodzinie.
Miłość jest intencją z jaką można patrzeć na życie. Życząc innym dobrego (dlaczego tak mało w nas życzliwości?), nie zazdroszcząc, nie złorzecząc.
I seks! Kiedy jest zgodny i chciany, jest przypieczętowaniem miłości, przyjaźni czy ognistej relacji, relaksuje, dodaje energii, wyzwala instynkty, przybliża do natury, ociepla relację. Jest absolutnie niezbędny ludziom, zaprzeczanie temu, wyrzekanie się go, nie ma sensu.


Aktywność 

Zawsze był w moim życiu jakiś ruch, amatorskie sporty, fitnessy i sauna. To mnie resetuje, relaksuje. Teraz najczęściej korzystam z miejskiego roweru, wtedy korzysta ciało i umysł –  podczas jazdy intensywnie myślę, planuję, projektuję. Rower to nie tylko środek transportu, to platforma, na której jeżdżąc zyskuję – świeże spojrzenie, nowy pomysł. Nie wiem jak to działa, ale działa 🚴

Aktywność zawodowa jest mi niezbędna do spełniania moich potrzeb: realizacji celów, obowiązkowości, pracowitości i kreatywności. Mam kilka dyplomów i zawodów, bo lubię rozwój i nie waham się zaczynać czegoś od początku, kiedy poczuję zew. Pracowałam w dużej korporacji i w NGO. W tabelkach i w ludźmi. Przy biurku i w terenie. A także w domu, między pieluchą i zupką, prowadząc przedsiębiorstwo społeczne, które nauczyło mnie mnóstwo o sobie samej i realiach kraju, w jakim żyję. Ciągle mam kłopot z tu i teraz, bo nieustająco poszukuję wyzwań. Aktualnie robię staż z improwizacji i pozbywania się perfekcjonizmu 😎






Dbałość o siebie

Zdrowy styl życia to ważny dla mnie aspekt. Jeśli zdrowie to cielesne i psychiczne. Dbanie o  higienę psychiczną pozwala być lepszą dla siebie i innych. Gospodaruje czas wolny od wszystkiego. Chodzę do kina i na saunę. Uświęcam spokojne, ciche wieczory. Odżywiam się, myśląc o tym, że jestem tym co jem. Całe życie unikam mięsa. Staram się nie przejadać, unikam zapychaczy. Znam siebie na tyle, że wiem, co mi szkodzi, a po czym jest mi dobrze. Nie piję alkoholu i nie palę, jedyną moją używką jest kawa, od której też robię detoksy.
Fizjoterapię kobiet odkryłam późno, bo po 3 ciąży. Nie miałam problemów, które mogą pojawić się po porodach naturalnych (mam na koncie 3), ale została mi piłeczka na brzuchu. I planowałam ją przetrenować, na szczęście wcześniej wybrałam się ekspertki Marty Soloch z Fizjo Intima Lady i była to genialna inwestycja w siebie! Wizyty u fizjoterapeutki kobiet powinny być standardem w opiece medycznej, profilaktyką bezwzględnie konieczną, kobietki - zadbajcie o swoje kręgosłupy, miednice, pęcherze!

I jeszcze coś. Oszczędzam czas i pieniądze nie picując się na co dzień, co daje mi też niezależność od nakazów mody i społeczeństwa. Używam kosmetyków naturalnych, albo sama je robię od 10 lat. My-matki, dbamy o innych, a o siebie przy okazji. Ta kolejność wymaga korekty. Lubię uszczęśliwiać innych ludzi, więc dlaczego nie siebie?


Dystans

Mówią, że im więcej masz w sobie dystansu do świata, do siebie przede wszystkim, tym większy masz w sobie życiowy optymizm i tym mocniej cieszysz się życia. Tym łatwiej wprowadzać w swoim życiu zabawę, czy masz lat 20 czy 50. Ludzkość od zarania dziejów organizuje sobie rozrywkę. A my pędzimy, pracujemy, sprzątamy, gotujemy, wieczorami padamy na krótki sen. Zabawa ma nas oderwać od tych realiów, potrzebujemy jej. A gdyby tak bawić się życiem, zamiast traktować go tak śmiertelnie serio? Dystans daje nam też spokój, a tego nigdy dość. Ktoś kiedyś powiedział, że szukał szczęścia, a znalazł spokój.... I tak wszyscy znajdziemy się po drugiej stronie tęczy….


Mogłabym tak jeszcze wymieniać wiele rzeczy, dzięki którym staję się lepszą wersją siebie. Np. poranną kawę którą podaje mi do łóżka mąż, albo minimalizm, czy kupowanie używanych ciuchów i zabawek (i wymiana). 
Dla mnie lepsza wersja siebie oznacza staranie, aby tych rzeczy było więcej, bo doceniać to, co się ma, jest tak proste, jak trudne.







Czytaj więcej >

Kocham cię w konflikcie. 12 zasad kłótni konstruktywnej


Kłótnia jest naturalną dramą. Nic w niej nadzwyczajnego czy dziwnego, kto się nigdy nie kłóci? Kłótnia zdarza się każdemu. Ale jest bolączką idealistów, bo złość jest ich znakiem rozpoznawczym – chcieliby, żeby wszystko odbywało się tak, jak to oni sobie obmyślą.

Z dedykacją dla nich 12 zasad kłótni konstruktywnej, które kilka lat temu wspaniałomyślnie na warsztacie przekazał słuchaczom Jarek Kusza, reżyser, trener, pedagog dramy, który posiadł dar niezwykłego łączenia celów artystycznych z terapeutycznymi.

Może spróbujesz?



1. Wysłuchaj do końca, bez przerywania (żeby znaleźć prawdziwą przyczynę dlaczego się kłócicie). Szanuj tę drugą osobę i niech będzie dla ciebie ważna kiedy jest dobrze i kiedy jest źle.
Myśl: kocham cię też w konflikcie.

2. Nie układaj repliki, dopóki ta druga osoba nie skończy mówić tego, co chce tobie powiedzieć. Daj jej czas na namysł, nie wcinaj się.

3. Odróżniaj merytoryczność od emocji. Skup się na treści kłótni, nie na emocjach, które w tobie buzują.

4. Odczytaj, co jest prawdziwą przyczyną wybuchu tej kłótni.

5. Nie mieszaj swoich pretensji do niego z jego pretensjami do ciebie.

6. Agresja to maska cierpienia, pamiętaj o tym.

7. Nie używaj w konflikcie słów: nigdy oraz zawsze. Nic nie jest nigdy i zawsze. To krzywdząca generalizacja, zamykająca cię na druga osobę.

8. Nie odwołuj się do minionych zdarzeń z przeszłości, jako argumentów w konflikcie – to lipne i mało wiarygodne tendencyjne dowody.

9. Nie bądź stroną konfliktu. Kochaj prawdę nieważne czyją jest.

10. Odróżnij agresję od gniewu. Agresja to stare lęki, które eksplodowały (w ogóle nie na temat), są wybuchem małego dziecka, zalęknionej dziewczynki lub chłopczyka, wybuch objawia się brakiem kontaktu wzrokowego, silna gestykulacją, nieustannym dreptaniem. Gniew to twoje prawo do sprzeciwu wobec naruszenia twoich praw, prawo do sprawiedliwości i szacunku.

11. Nie walcz w kłótni w myśl tego, że w kłótni musi być zwycięzca. Nie musisz pokonać drugiego człowieka, tym bardziej bliskiego. Kłótnia to wymiana racji a nie rywalizacja.

12. Sprawdź, czy ty w ogóle umiesz przyznać komuś rację, przyznać się do błędu? I to nie tylko dla świętego spokoju!

Czytaj więcej >

Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru vol.2





Wracam do swego tekstu o RB sprzed lat, który znajdziecie pod linkiem: 
"Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru" kontynuując tutaj temat w nieco zmienionej perspektywie.
Wtedy patrząc przez pryzmat całkiem małych dzieci, skrupulatnie skomentowałam wywiad z Agnieszką Stein, znaną ekspertką w temacie. Cóż, dziś napisałabym to samo, albo i więcej, właśnie dlatego, że teraz myślę też o nastolatkach, nieco poszerzył mi się rodzicielski punkt widzenia ;)







0-4 latkowi chcesz uchylić nieba, reagujesz na każdą jego potrzebę, na każde oczekiwanie, stęk i jęk, chcesz żeby zawsze i wszędzie mogło wyrazić siebie i tylko siebie, wybierać i decydować, w sposób jaki potrzebuje i chce, ma przecież do tego prawo, a Ty jesteś rodzicem bliskościowcem i stosujesz się do reguł Rodzicielstwa Bliskości. To są oczywiście założenia skrajne i wychodzące się z medialnego oblicza RB jakie opisałam krytycznie w I części i jest to zjawisko aktualne powszechne – wyznawane fanatycznie, krzywdząco rozumiane rodzicielstwo. 

Nawet dojrzałe umysły mają problem z takim wyrażaniem swoich emocji, żeby nie ranić innych.
Wymaga to samoświadomości, samokontroli, samoregulacji a także empatii. Im bardziej osoba ekstrawertyczna, ekspresyjna i wrażliwsza tym trudniej wypracowuje mechanizmy zachowania, tym trudniej jej mieć na wodzy emocje. W przypadku nastolatka gdzie te emocje buzują jak w wulkanie przed erupcją, wyuczone nawyki zachowań, jakie wpoił mu błędnie pojmujący idee wychowawcze i ślepo zapatrzony w uniwersalne trendy rodzic, przejdą w postawę, która obije się bolesną czkawką u rodzica, a przede wszystkim dziecka, które pójdzie z takim bagażem w świat. 

Na przykład, twoje małe dziecko uwielbia hałasować, krzyczeć i nieustannie ci przerywa, a RB mówi, że potrzeby dziecka i jego swobodna zabawa i są najważniejsze, więc dajesz na to przyzwolenie (prosząc i tłumacząc bez rezultatu też). 
Albo w przesadnej trosce (nadopiekuńczości) mówisz dziecku, co i jak ono czuje ("rozumiem, co czujesz" lub "jesteś wściekły"), albo co ma mówić innym ("powiedz Kasi, żeby ...") czy nam ("powiedz, że czujesz .../chciałeś /nie chciałeś ...") tak naprawdę mówiąc to do siebie i dla swojego poczucia kontroli nad dzieckiem i sytuacją.
Inny przykład. Dziecko jest uczone, że nie bierze odpowiedzialności za emocje innych, czyli postawy wysoce terapeutycznej :) To prawda, nikt nie bierze odpowiedzialności za odczucia emocjonalne innych osób. A kiedy dziecko zrobi coś przykrego rodzicowi, kopnie, opluje, powie że nienawidzi lub jako xx-latek nażłopie się alkoholu lub naćpa, gdy powiemy mu, że jest nam przykro i nasze serce rodzica wyje, a ono odpali - to Twój problem, ja nie jestem odpowiedzialny za to jak się czujesz. 
No racja, nie jest i ono nie ma problemu, wychodzi na to, że TY go masz.
Jeśli dziecko przez lata było uczone, że jego potrzeby i emocje są najważniejsze, że zawsze jest w centrum, że spełniane są wszystkie jego potrzeby oraz zachciewajki, że ma nieograniczoną swobodę w wyrażaniu siebie i jeśli innym się to nie podoba to mają problem, to wyobraźmy siebie teraz taką wyuczoną postawę u dorosłego. To narcyzm, skrajny egoizm, egocentryzm, arogancja.
Do mechanizmów wychowawczych dochodzą cechy indywidualne, charakter, temperament, możliwości rozwojowe. Jeśli dziecko ma np. zaburzenia rozwojowe, w procesach biochemiczych czy np. genetyczną skłonność do ADHD, to wysiłki rodzica mogą przynieść efekty co najmniej odwrotne do oczekiwanych, przeceniając rolę stylu wychowania ponad wszystko inne.

A co tam internetowe matki piszą?

Matka Skaut pisze o rodzicielskich interpretacjach zasad rodzicielstwa bliskości, które dla niej, jako psychologa, są co najmniej niepokojące, np. 
- kiedy matka przedkłada przyzwyczajenia swojego dziecka nad swój podstawowy komfort psychiczny,
- kiedy nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby postawić swoje potrzeby przed potrzebami dziecka nawet raz na jakiś czas,
- kiedy pojawia się założenie, że dziecko w ogóle nie ma możliwości (i obowiązku) kontrolowania swoich emocji i że ma prawo wyrażać je zawsze i wszędzie tak, jak chce,
- kiedy zdanie dziecka jest tak samo ważne, jak zdanie rodzica
I trafnie opisuje Internetowy terroryzm, czyli jak ortodoksy RB wieszają psy na każdym kto zdecyduje się myśleć inaczej. 
Znam takie przypadki kiedy bliskościowe, zafiksowane na swoich jedynakach mamuśki (w sumie sama jak miałam jedno dziecko to napaliłam się na temat jak szczerbaty na suchary, a to były czasy Tracy Hogg) klasyfikują-opiniują-krytykują-oceniają bo one o wychowywaniu wiedzą wszystko, a Ty nic...
I w tym miejscu muszę napisać, że odnoszę wrażenie, że tym mamuśkom przede wszystkim brak luzu i dystansu, te wszelkie mądre poradniki stanęły im w kręgosłupach jak kije od szczotek!


Matka tylko jedna opisuje, że jej 4-latek wściekł się, bo wdepnął w zamek, który budował, i z tej wściekłości zaczął tłuc i kopać matkę. Matka nic nie zawiniła, ale oberwała kopniaki! Zgoda na odczuwanie silnych emocji przez dziecko zostało pomylone ze zgodą na dowolne ich wyrażanie. Czy dorosły któremu nie wyjdzie coś w pracy może zacząć się drzeć, walić pięściami i kopnąć szefa?? 

Matka pod prąd zachwyca się rodzicami Peppy czyli bajkowymi świnkami, którzy są wg niej godnym naśladowania wzorem RB, bo szanują uczucia dzieci swoim kosztem, nigdy nie krytykują, traktują ich na równi z dorosłymi oraz reagują natychmiast! na ich potrzeby.



Pytanie na koniec – skąd się bierze ten fanatyzm, brak refleksji? 
W wychowywaniu dzieci sięgamy po mądre teorie, które nas przerastają, bo mamy w sobie bałagan, tak sądzę. Krzywdy, rany, niepoukładane sprawy. I zapominamy (albo wypieramy), że wszystko zaczyna się w nas, że żadne mądre porady nie zmienią tego, co mamy w swoich głowach. 
Żadne sztuczne postawy szacunku nie nauczą go innych, jeśli nie szanujemy siebie samych.
Myślę sobie o tym za każdym razem, kiedy spotykam taką postawę u kogoś - "ja wiem na czym polega dobre wychowanie, powiem ci co masz robić, bo robisz źle", umniejszającego innym, zbzikowanego rodzica.
Żal ale co poradzić, niech żyją jak chcą, byle w oddali ;)

Czytaj więcej >

Dlaczego inteligencja nie gwarantuje życiowego sukcesu? Tropem Seligmana



Dlaczego inteligencja nie gwarantuje życiowego sukcesu?
Dlaczego oceny szkolne nie mają sensu?
W jaki sposób sam rodzic kształtuje w dziecku postrzeganie świata, a potem oczekuje od niego całkiem innej postawy?
Co to jest styl wyjaśniania, dlaczego warto go w sobie (i swoim dziecku) modyfikować, dla lepszego życia?







Część rodziców uznaje pewne parametry za kluczowe w osiągnięciu przez dziecko życiowego sukcesu. W tym: oceny szkolne, czerwone paski, osiągnięcia oraz wysoki iloraz IQ.
Niestety, żadne z powyższych nie gwarantuje sukcesu życiowego dziecka. Nie mają realnego wpływu na powodzenie w dorosłości. Sukcesy życiowe osiągają niekoniecznie osób najbardziej utalentowane! No, chyba, że przy odpowiednim talencie odznaczą się jednocześnie czymś jeszcze.
W czym tkwi clue?

(Dlaczego uważam, że oceny szkolne są bez sensu, a także o tym, co jest ważniejsze od wysokiego IQ dziecka piszę na końcu). 
Tymczasem zbadano, dokonano odkryć i postawiono wnioski, które od dziesięcioleci nie mają szans przebić się do polskiego systemu edukacji i rozsądku polskich rodziców, tym samym realnie pomóc naszym dzieciom mieć tzw. dobre życie.

Profesor psychologii, twórca teorii wyuczonej bezradności oraz psychologii pozytywnej, Martin E.P. Seligman, badał m.in. osoby rekrutujące się na wyższe uczelnie.
Mianowicie rekrutacja kandydatów na wyższe studia nie dość, że nie przewidywała postępów przyszłych studentów, to błędnie oceniała ich możliwości w toku studiowania. Rekrutacja była chybiona – po półroczu i dalej większość rokujących kandydatów odpadała ze studiów.
Co znaczyło „rokujących” w oczach działu rekrutacji? Miały być to osoby, które uzyskiwały określony wynik i dzięki temu były przyjęte na listę studentów. Wynik był liczony na podstawie ocen ze szkoły średniej, oceny komisji kwalifikacyjnej oraz rezultatów testu wstępnego na studia. Był to tzw. test SAT (Stanford Achievement Test).

Założono, że im wynik wyższy, tym większa gwarancja, że przyjmuje się dobrych przyszłych studentów, który będzie miał równie wysokie oceny – znamy to, prawda? Jest tak obecnie w szkołach średnich i wyższych w Polsce. Potrzebne są punkty w podstawówki, żeby dostać się do liceum i punkty z liceum, żeby dostać się na uczelnię. Ważny jest test wstępny oraz oceny komisji, co niekoniecznie wskazuje czy nadajemy się do owego profilu i czy damy sobie na danym kierunku radę (weźmy na przykład taką uniwersytecką psychologię – zdaje się test ogólny wiedzy ze szkoły średniej, czytanie ze zrozumieniem a czasem test na IQ; psychologie na prywatnych uczelniach nie mają egzaminów, tylko wysokie czesne, które decyduje o możliwości studiowania tego kierunku).
Ogólnie, musimy się dobrze wyuczyć podstawy programowej, żeby dać innym poczucie, że jesteśmy zdolni i nadal będziemy utrzymywać wysoki poziom nauki. 

W 1987 poddano studentów pierwszym testom autorstwa Seligmana – kwestionariuszowi ASQ (Attributional Style Questionnaire) mierzącemu STYL WYJAŚNIANIA zdarzeń.


Najpierw przybliżę, co to jest STYL WYJAŚNIANIA. Jest to nawykowy, względnie trwały sposób, za pomocą którego ludzie wyjaśniają wydarzenia, które mają miejsce w ich życiu. 
To, jak myślisz o swoich problemach, chorobach, niepowiedzeniach – może je pogłębić lub przeciwnie – osłabić. Mając  PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA bezradność nie będzie lekcją, ale porażka może pchnąć Cię w otchłań depresji, niezależnie od Twojego IQ.
Optymista porażki życiowe traktuje się jako zdarzenia chwilowe, których nie jest bezpośrednio winny poprzez np. brak kompetencji czy słabość, jako zdarzenia o niewielkim wpływie na jego życie, natomiast sukcesy interpretuje jako zależne od niego samego, od jego własnych kompetencji i zalet, jako zdarzenia stałe, mające wpływ na jego życie.
Z pesymistami jest dokładnie na odwrót.


Wróćmy do badania.
Po pierwszym semestrze, długiej sesji egzaminacyjnej, współzawodnictwie w szkole wyższej, wielu prymusów szkoły średniej, którzy wypadli świetnie w testach SAT, polegało, a wielu średniaków wypadło dużo lepiej, niż zakładano. Studenci, którzy dali sobie radę o osiągnęli wyniki lepsze niż zakładano (oceniając ich zdolności za pomocą testu wstępnego) byli OPTYMISTAMI! I analogicznie, ci, którzy wypadli dużo gorzej, niż powinni, byli pesymistami.

Wyniki pokazały, że te metody rekrutacji są do niczego, to czysta absurdalna statystyka, która nie przekładała się na uczelniane realia. Studenci, którzy mieli sobie świetnie radzić, radzili sobie gorzej, niż przewidywano, a znaczna cześć osiąga lepsze wyniki, niż wskazywały ich punkty przy rekrutacji.
Tym samym, dużo zdolnej młodzieży nie dostaje się do wybranych szkół i uczelni, a przyjmowani są tacy, którzy odpadają albo się męczą.

Przejdźmy do innego badania Seligmana, w tym przypadku dzieci - uczniów klas 4.
Podobne wnioski jak z badania kandydatów na studia dotyczyły właśnie tego badania. Wniosek brzmiał mniej więcej tak: „PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA u dzieci może być podstawową przyczyną ich depresji i marnych osiągnięć”.
Większość niepowodzeń w szkole nie jest wynikiem braku zdolności dziecka. Dzieci mające PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA wykazywały się bezradnością wobec niepowiedzeń, niechęcią do wykonania zadań, nie doceniały tez swoich osiągnięć. Kiedy dzieci wychodziły z założenia, że NIE MOGĄ NIC ZROBIĆ, przestawały próbować, poddawały się, brakowało im też umiejętności dochodzenia do siebie po niepowiedzeniu.

Wiemy już, że STYL WYJAŚNIANIA decyduje o naszym powodzeniu.
Pytanie skąd u dzieci taki, a nie inny STYL WYJAŚNIANIA zdarzeń (porażek)?
Seligman to zbadał. Są 3 źródła wpływów.

Pierwszy to forma wyjaśnień przyczyn niepowiedzeń, które stale słyszy z Twoich ust – szczególnie jeśli jesteś matką, bo to jednak matka spędza z dzieckiem znaczną większość czasu. Jeśli wyjaśniasz przyczyny niepowodzeń optymistycznie – dziecko również będzie je tak wyjaśniać.
Drugi to forma uwag krytycznych, które serwujesz dziecku kiedy mu się coś nie uda. Jeśli koncentrujesz się na stałych przyczynach (ty ciągle, ty zawsze, ty nigdy…. czyli niepowodzeniom nie będzie końca...) oraz zasięgu uniwersalnym (czyli że obecna sytuacja wpłynie negatywnie na wszystko wokół), a do tego personalizujesz (przyczyna wynika z jego winy czyli kreujesz ofiarę), to prawdopodobnie serwujesz dziecku zasady organizacji jego świata w jakie uwierzy na stałe.
Trzeci to natura urazów i strat, jakie doświadcza dziecko. Im bardziej są stale obecne w jego życiu, wyrabia w sobie pogląd, że niepowodzenia ciężko przezwyciężyć.

Pomijając ważny aspekt środowiska, mamy ogromny wpływ, jako rodzice, na formułowanie się  STYLU WYJAŚNIANIA. Dając komunikaty i oceniając zdarzenia, kształtujemy w dziecku rozumienie świata. Kształtujemy optymistę lub pesymistę. Kogoś, kto będzie szukał przyczyn swoich niepowiedzeń w sobie lub zjawiskach trwałych, albo w zjawiskach chwilowych, zmiennych, postrzegając problemy jako rozwiązywalne, krótkotrwałe i o ograniczonym zasięgu.



Na koniec osobiste zdanie nt. ocen szkolnych.
Oceny kosztują dziecko ogrom pracy i wysiłku, stresu, marnotrawienia czasu (siedzenie w podręcznikach jest zawsze kosztem czegoś). Oceny uczą, że nagrody (uznanie, prezenty) zdobywa się nie za to jakim się jest, ale za to jak bardzo spełnia się oczekiwania dorosłych, wchodząc w określoną przez nich odgórnie rolę. Zdobywanie wiedzy dla oceny jest jak sprzątanie swojego pokoju dla nagrody pieniężnej. Bez wewnętrznej motywacji, chęci, potrzeby, wykształcenia zdrowej konstruktywnej postawy. Bez entuzjazmu, który nadaje sens działaniom.
 Bo… nie matura lecz chęć szczera zrobi z dziecka bohatera!
:)
A co jest o niebo ważniejsze od wysokiego IQ dziecka? Jego umiejętność budowania relacji. Umiejętność współdziałania, współpracy, kompromisu, komunikacji, empatii. Czyli to, bez czego nie jesteśmy w stanie dobrze funkcjonować w przyjaźni, związku
i rodzicielstwie. W życiu :)



Treści na podstawie "Optymizmu można się nauczyć. Jak zmienić swoje myślenie i swoje życie" Martina E.P. Seligmana.

Ciekawe wyniki badań polskich:
Edukacyjna skuteczność optymizmu – optymizm a oceny szkolne, wytrwałość w realizacji celów i przystosowanie szkolne

Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia