Dlaczego inteligencja nie gwarantuje życiowego sukcesu? Tropem Seligmana



Dlaczego inteligencja nie gwarantuje życiowego sukcesu?
Dlaczego oceny szkolne nie mają sensu?
W jaki sposób sam rodzic kształtuje w dziecku postrzeganie świata, a potem oczekuje od niego całkiem innej postawy?
Co to jest styl wyjaśniania, dlaczego warto go w sobie (i swoim dziecku) modyfikować, dla lepszego życia?







Część rodziców uznaje pewne parametry za kluczowe w osiągnięciu przez dziecko życiowego sukcesu. W tym: oceny szkolne, czerwone paski, osiągnięcia oraz wysoki iloraz IQ.
Niestety, żadne z powyższych nie gwarantuje sukcesu życiowego dziecka. Nie mają realnego wpływu na powodzenie w dorosłości. Sukcesy życiowe osiągają niekoniecznie osób najbardziej utalentowane! No, chyba, że przy odpowiednim talencie odznaczą się jednocześnie czymś jeszcze.
W czym tkwi clue?

(Dlaczego uważam, że oceny szkolne są bez sensu, a także o tym, co jest ważniejsze od wysokiego IQ dziecka piszę na końcu). 
Tymczasem zbadano, dokonano odkryć i postawiono wnioski, które od dziesięcioleci nie mają szans przebić się do polskiego systemu edukacji i rozsądku polskich rodziców, tym samym realnie pomóc naszym dzieciom mieć tzw. dobre życie.

Profesor psychologii, twórca teorii wyuczonej bezradności oraz psychologii pozytywnej, Martin E.P. Seligman, badał m.in. osoby rekrutujące się na wyższe uczelnie.
Mianowicie rekrutacja kandydatów na wyższe studia nie dość, że nie przewidywała postępów przyszłych studentów, to błędnie oceniała ich możliwości w toku studiowania. Rekrutacja była chybiona – po półroczu i dalej większość rokujących kandydatów odpadała ze studiów.
Co znaczyło „rokujących” w oczach działu rekrutacji? Miały być to osoby, które uzyskiwały określony wynik i dzięki temu były przyjęte na listę studentów. Wynik był liczony na podstawie ocen ze szkoły średniej, oceny komisji kwalifikacyjnej oraz rezultatów testu wstępnego na studia. Był to tzw. test SAT (Stanford Achievement Test).

Założono, że im wynik wyższy, tym większa gwarancja, że przyjmuje się dobrych przyszłych studentów, który będzie miał równie wysokie oceny – znamy to, prawda? Jest tak obecnie w szkołach średnich i wyższych w Polsce. Potrzebne są punkty w podstawówki, żeby dostać się do liceum i punkty z liceum, żeby dostać się na uczelnię. Ważny jest test wstępny oraz oceny komisji, co niekoniecznie wskazuje czy nadajemy się do owego profilu i czy damy sobie na danym kierunku radę (weźmy na przykład taką uniwersytecką psychologię – zdaje się test ogólny wiedzy ze szkoły średniej, czytanie ze zrozumieniem a czasem test na IQ; psychologie na prywatnych uczelniach nie mają egzaminów, tylko wysokie czesne, które decyduje o możliwości studiowania tego kierunku).
Ogólnie, musimy się dobrze wyuczyć podstawy programowej, żeby dać innym poczucie, że jesteśmy zdolni i nadal będziemy utrzymywać wysoki poziom nauki. 

W 1987 poddano studentów pierwszym testom autorstwa Seligmana – kwestionariuszowi ASQ (Attributional Style Questionnaire) mierzącemu STYL WYJAŚNIANIA zdarzeń.


Najpierw przybliżę, co to jest STYL WYJAŚNIANIA. Jest to nawykowy, względnie trwały sposób, za pomocą którego ludzie wyjaśniają wydarzenia, które mają miejsce w ich życiu. 
To, jak myślisz o swoich problemach, chorobach, niepowiedzeniach – może je pogłębić lub przeciwnie – osłabić. Mając  PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA bezradność nie będzie lekcją, ale porażka może pchnąć Cię w otchłań depresji, niezależnie od Twojego IQ.
Optymista porażki życiowe traktuje się jako zdarzenia chwilowe, których nie jest bezpośrednio winny poprzez np. brak kompetencji czy słabość, jako zdarzenia o niewielkim wpływie na jego życie, natomiast sukcesy interpretuje jako zależne od niego samego, od jego własnych kompetencji i zalet, jako zdarzenia stałe, mające wpływ na jego życie.
Z pesymistami jest dokładnie na odwrót.


Wróćmy do badania.
Po pierwszym semestrze, długiej sesji egzaminacyjnej, współzawodnictwie w szkole wyższej, wielu prymusów szkoły średniej, którzy wypadli świetnie w testach SAT, polegało, a wielu średniaków wypadło dużo lepiej, niż zakładano. Studenci, którzy dali sobie radę o osiągnęli wyniki lepsze niż zakładano (oceniając ich zdolności za pomocą testu wstępnego) byli OPTYMISTAMI! I analogicznie, ci, którzy wypadli dużo gorzej, niż powinni, byli pesymistami.

Wyniki pokazały, że te metody rekrutacji są do niczego, to czysta absurdalna statystyka, która nie przekładała się na uczelniane realia. Studenci, którzy mieli sobie świetnie radzić, radzili sobie gorzej, niż przewidywano, a znaczna cześć osiąga lepsze wyniki, niż wskazywały ich punkty przy rekrutacji.
Tym samym, dużo zdolnej młodzieży nie dostaje się do wybranych szkół i uczelni, a przyjmowani są tacy, którzy odpadają albo się męczą.

Przejdźmy do innego badania Seligmana, w tym przypadku dzieci - uczniów klas 4.
Podobne wnioski jak z badania kandydatów na studia dotyczyły właśnie tego badania. Wniosek brzmiał mniej więcej tak: „PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA u dzieci może być podstawową przyczyną ich depresji i marnych osiągnięć”.
Większość niepowodzeń w szkole nie jest wynikiem braku zdolności dziecka. Dzieci mające PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA wykazywały się bezradnością wobec niepowiedzeń, niechęcią do wykonania zadań, nie doceniały tez swoich osiągnięć. Kiedy dzieci wychodziły z założenia, że NIE MOGĄ NIC ZROBIĆ, przestawały próbować, poddawały się, brakowało im też umiejętności dochodzenia do siebie po niepowiedzeniu.

Wiemy już, że STYL WYJAŚNIANIA decyduje o naszym powodzeniu.
Pytanie skąd u dzieci taki, a nie inny STYL WYJAŚNIANIA zdarzeń (porażek)?
Seligman to zbadał. Są 3 źródła wpływów.

Pierwszy to forma wyjaśnień przyczyn niepowiedzeń, które stale słyszy z Twoich ust – szczególnie jeśli jesteś matką, bo to jednak matka spędza z dzieckiem znaczną większość czasu. Jeśli wyjaśniasz przyczyny niepowodzeń optymistycznie – dziecko również będzie je tak wyjaśniać.
Drugi to forma uwag krytycznych, które serwujesz dziecku kiedy mu się coś nie uda. Jeśli koncentrujesz się na stałych przyczynach (ty ciągle, ty zawsze, ty nigdy…. czyli niepowodzeniom nie będzie końca...) oraz zasięgu uniwersalnym (czyli że obecna sytuacja wpłynie negatywnie na wszystko wokół), a do tego personalizujesz (przyczyna wynika z jego winy czyli kreujesz ofiarę), to prawdopodobnie serwujesz dziecku zasady organizacji jego świata w jakie uwierzy na stałe.
Trzeci to natura urazów i strat, jakie doświadcza dziecko. Im bardziej są stale obecne w jego życiu, wyrabia w sobie pogląd, że niepowodzenia ciężko przezwyciężyć.

Pomijając ważny aspekt środowiska, mamy ogromny wpływ, jako rodzice, na formułowanie się  STYLU WYJAŚNIANIA. Dając komunikaty i oceniając zdarzenia, kształtujemy w dziecku rozumienie świata. Kształtujemy optymistę lub pesymistę. Kogoś, kto będzie szukał przyczyn swoich niepowiedzeń w sobie lub zjawiskach trwałych, albo w zjawiskach chwilowych, zmiennych, postrzegając problemy jako rozwiązywalne, krótkotrwałe i o ograniczonym zasięgu.



Na koniec osobiste zdanie nt. ocen szkolnych.
Oceny kosztują dziecko ogrom pracy i wysiłku, stresu, marnotrawienia czasu (siedzenie w podręcznikach jest zawsze kosztem czegoś). Oceny uczą, że nagrody (uznanie, prezenty) zdobywa się nie za to jakim się jest, ale za to jak bardzo spełnia się oczekiwania dorosłych, wchodząc w określoną przez nich odgórnie rolę. Zdobywanie wiedzy dla oceny jest jak sprzątanie swojego pokoju dla nagrody pieniężnej. Bez wewnętrznej motywacji, chęci, potrzeby, wykształcenia zdrowej konstruktywnej postawy. Bez entuzjazmu, który nadaje sens działaniom.
 Bo… nie matura lecz chęć szczera zrobi z dziecka bohatera!
:)
A co jest o niebo ważniejsze od wysokiego IQ dziecka? Jego umiejętność budowania relacji. Umiejętność współdziałania, współpracy, kompromisu, komunikacji, empatii. Czyli to, bez czego nie jesteśmy w stanie dobrze funkcjonować w przyjaźni, związku
i rodzicielstwie. W życiu :)



Treści na podstawie "Optymizmu można się nauczyć. Jak zmienić swoje myślenie i swoje życie" Martina E.P. Seligmana.

Ciekawe wyniki badań polskich:
Edukacyjna skuteczność optymizmu – optymizm a oceny szkolne, wytrwałość w realizacji celów i przystosowanie szkolne

Czytaj więcej >

Żałuje rodzicielstwa...




Dzieci dominują twoje życie. Przejmują nad nim kontrolę i władzę. Koncentrujesz się na ich potrzebach. Poświęcasz im każdą chwilę. Dbasz, karmisz, wycierasz nosy. Wstajesz po nocach, albo wcale się nie kładziesz. Czujesz miłość, euforię emocji, więź przeplataną z poczuciem winy i wyrzutami sumienia, kiedy coś idzie nie tak. Dążysz do bycia rodzicem idealnym, albo choć wystarczająco dobrym.





Przychodzi moment, kiedy zmęczenie staje się faktem towarzyszącym ci na co dzień. Działasz jak w trybiku. Rutyna i dzień świstaka. Czasami dzień świra.
Łapiesz stany, kiedy ledwo stoisz na nogach. Masz zawroty głowy. Drgania mięśni. Idziesz ulicą i czujesz, że zaraz padniesz. Zemdlejesz, umrzesz. Nie, to tylko panika przeplata się z racjonalnym umysłem który krzyczy - a co wtedy się stanie z moimi dziećmi??? Więc prostujesz plecy i ruszasz dalej, idziesz i idziesz. Tylko przestajesz się uśmiechać. Nie masz już siły na zabawy sensoryczne z dziećmi. Na puzzle, malowanki i te wszystkie super zajęcia, które robią z dziećmi super rodzice. Na ćwiczenia "usprawniające rozwój", na pilnowanie żeby było RB, NVC i otoczenie Montessori. Bycia zwartym i gotowym w każdej sekundzie na całościową odpowiedź na potrzeby dziecka.
Rytm dnia wyznaczają posiłki. Kupić, ugotować, podać. Zjeść to, co zostanie, na stojąco, w pośpiechu. Znosić kapryszenie i zachcianki. Fochy i wrzaski.
Znosić dominacje nad twoim życiem, umysłem, ciałem, planami, celami, potrzebami.


Fejsbuczkową stronę "Żałuję rodzicielstwa" poleciła mi koleżanka. Że to taka "grupa wsparcia". Zajrzałam. Rzuciło mi się w oczy:
"TA STRONA MA BYĆ MIEJSCEM DLA KOBIET, KTÓRE NIE CHCĄ BACHORÓW, KTÓRE MAJĄ."

Twórcy strony mieli dobre intencje, chcieli stworzyć miejsce, gdzie pogubieni rodzice "nie do końca odnalezieni w rodzicielstwie" mogą o tym anonimowo opowiedzieć. Ale tylko część komentujących stara się rozumieć i nie oceniać. Ta druga część krytykuje, stygmatyzuje, nienawidzi. Nie oceniam tych indywidualnych anonimowych historii, w postach na grupie. Poruszają mnie, jako matkę, córkę i terapeutkę. Dobijają mnie komentarze. Złote rady, porady, presja, krytyka, hejt.
Wyczytałam tam, że posiadanie dzieci i zmuszanie ich do oglądania przepracowanych i przemęczonych rodziców to egoizm. Mocne.

Tak sobie myślę, że żeby nie zwariować, trzeba wyluzować.






Tu pisałam wcześniej o kryzysie matki 
a tu o wymaganiach wobec roli matki
Czytaj więcej >

Behawioralne metody wychowawcze czyli socjoterapia w domu


Wielu kojarzy behawioralne metody z wychowywaniu dzieci z behawioralną tresurą psów.
Z rzucaniem zabawki i krótkim komunikatem: przynieś! Przez co odrzucają je jako krzywdzące i niedopuszczalne, a rodziców którzy je stosują uważają za bezdusznych treserów.
Nic bardziej mylnego!




Problemy z zachowaniem nie dotyczą przecież tylko psów, dotyczą też ludzi.
Behawioryzm oznacza zachowanie. Behawiorysta jest obserwatorem. Obserwuje, opisuje zachowania jakie widzi, a następnie dąży do ich modulowania i zmiany.
W psychologii behawioralnej w centrum uwagi jest zachowanie dziecka. Terapia behawioralna ma na celu nauczyć dziecko określonych zachowań.
Techniki behawioralne można stosować z powodzeniem w domu. Sprawdzają się szczególnie u dzieci, które mają w nosie ogólnie panujące zasady współżycia, nadpobudliwe, nadruchliwe, nieradzące sobie ze swoją wrażliwością i emocjami.

Mówiąc do nadwrażliwego dziecka, że jest nam smutno i przykro, bo ono coś zrobiło co nam się nie podoba, zrzucamy na nie odpowiedzialność za to co my czujemy. Dziecko czuje się winne naszych emocji, choć samo nie umie jeszcze panować nad tym co samo czuje i robi. Tu mogą sprawdzić się właśnie techniki behawioralne, które nie skupiają się więc na przyczynach problemu (czasem banalnych i niepotrzebnie rozdmuchanych w wyobraźni dziecka), potrzebach czy emocjach, które mogą powodować  zachowania dziecka. Metody behawioralne uczą odpowiedniego zachowania, które ma zastąpić to niewłaściwe czy krzywdzące, czasem dla samego dziecka.

Dlaczego behawioralne metody wychowawcze mogą być socjoterapią w domu? 
Socjoterapia zmierza do tego, by stwarzać dzieciom warunki do budujących doświadczeń społecznych, uczyć prawidłowych społecznych wzorców zachowań, nawiązywania relacji,  funkcjonowania w grupie. Podczas socjoterapii dzieci mogą doświadczać różnych sytuacji społecznych, ucząc się, które z ich reakcji są właściwe, a które nie, jak je zmieniać, jak  reagować, konstruktywnie wyrażać emocje, rozwiązywać konflikty.

Techniki behawioralne opierają się na stałych zasadach. W którym domu ich nie ma?  :)
Te zasady uczą również prawidłowych społecznych wzorców zachowań. Mają niwelować wzmacnianie negatywnych zachowań dziecka jak np. koncentrowanie na sobie uwagi poprzez wybuchy złości czy fochy. Behawioryści radzą, aby poświęcać dziecku dużo uwagi, wzmacniając jego pozytywne zachowania, ignorować te niewłaściwe i wyciągać konsekwencje behawioralne.

Czyli konkretnie co?

- Wspólne ustalenie zasad, granic i reguł (jak to wygląda u nas, opisałam w tekście „Zasady współżycia w rodzinie. Praktyczny poradnik”).
- Niezmienność tych zasad w zależności od widzimisię i nastroju rodzica
- Jasne i zrozumiałe, szczegółowe oczekiwania wobec zachowań dziecka, oparte na krótkich komunikatach, najlepiej sformułowane pozytywnie, np.
„po zjedzeniu obiadu posprzątasz biurko”
„mów do mnie wyraźniej, bez krzyku”
- Stosuje się pochwały opisując zachowanie jako fakt, nazywając cechę, określając pozytywną emocję, np. „twój rysunek jest gotowy, bardzo się postarałaś, jest piękny”
- Stosuje się konsekwencje, zapowiedziane i wprowadzane bezpośrednio po niewłaściwym zachowaniu

Tu się zatrzymam. Bo co do konsekwencji w metodzie behawioralnej, w wychowywaniu dzieci, niestety jestem kompletnie niekonsekwentna. Dlaczego nie stosuję kar pisałam w tym tekście.

Nieustająco się staram ale wychodzi różnie, no cóż już jestem taka miękka buła, jeśli chodzi o dzieci, labilna matka, która najpierw nawrzeszczy, potem naprzeprasza ale zawsze stara się zrozumieć potrzeby dzieci, bo one stanowią klucz do wszystkiego i jednocześnie rozwiązują każdą zagadkę…. Dlatego mam dystans i luz, jeśli chodzi o presje wywierane na matkach, w kwestii stosowania określonych metod wychowanych. Co oznacza, że nie potrzebuję mieścić się w żadnych ramach, w żadnych ideologiach, filozofiach i innych narzuconych odgórnie koncepcjach.
Stawiam na emocje – co opisałam w: „Rodzicielstwo emocjonalne. Przestań myśleć, zacznij czuć”


Behawioryści stosują różne techniki wspierające zmiany zachowań. Szerzej opisano to w dokumencie np. „Zastosowanie metod behawioralnych w pracy z dzieckiem przedszkolnym” 
oraz
10 rzeczy, których możesz nauczyć się od behawiorystów


A tu o medialnym fałszywym i zgubnym obliczu koncepcji Rodzicielstwa Bliskości



Czytaj więcej >

Jak ZMIENIAĆ swoje życie?


Ono i tak się zmienia. Ty się zmieniasz. Czy tego chcesz, czy nie. Natura życia nie jest stabilna ani stateczna. Jest DYNAMICZNA. Nie płyń z wiatrem, miej bezpośredni wpływ na kierunki życia, to cenne i budujące, daje poczucie kontroli steru na bujającym się statku.


Ale jak zmieniać?






Nie chodzi przecież o to, jak zmienić swoje życie, ale jak je zmieniać, zmiana jest procesem ciągłym, kontrolowanym lub nie. Innych chętnie chcemy poznawać i zmieniać, zacznijmy od siebie! Co takiego pomaga wpływać na zmiany, na konstruktywny rozwój, jakie metody i narzędzia wykorzystać, jak zmieniać na lepsze, nie na gorsze?

Przedstawiam mój osobisty punkt widzenia, czy lepsze może być uniwersalnie lepsze dla każdego, oceńcie sami.


Rób podsumowania swojego życia


W określonych ramach czasowych np. ostatnie 20 lat, 5, rok. Jak w tym czasie wyglądało moje życie, kto w nim uczestniczył, co robiłem, co zmieniłem.
Nie roztkliwiaj się, nie żałuj, nie miej pretensji. Skup się na faktach. Zobacz, gdzie byłeś wtedy, gdzie jesteś dziś. Doceń, jak się zmieniłeś! Ile w tym czasie zdobyłeś doświadczeń. Jak to cię rozwinęło. Jak zmieniały się twoje przekonania, upodobania, pasje. Ludzie wokół ciebie. Miejsca pracy. Związki. Wygląd. Ciało. Spędzanie czasu. Poglądy. Postrzegania świata. Nawyki. Smaki….

Zobaczysz jakim jesteś ciekawym człowiekiem i jakie masz bogate życie, ile w nim ważnych momentów, które warto wspominać.



Stawiaj sobie trudne i niewygodne pytania


I szukaj na nie odpowiedzi.
Dlaczego chcę coś zmienić? Jakie powody za tym stoją? Czego mi najmocniej brak? Dlaczego mi to przeszkadza? Gdzie są moje granice? Czemu on/ona mnie denerwuje? Co sprawia, że czuję że naprawdę żyję….?
Świadome rozważanie tego, co się dzieje i dlaczego, pomaga poznać swoje potrzeby, oczekiwania, zasoby. Choć nie na wszystko i nie zawsze musimy znaleźć odpowiedź. Albo nie od razu.
Inwestuj czas wolny w monolog ze sobą. Medytuj, rozmyślaj, pytaj i miej odwagę odpowiedzieć:)

(Inny tekst o tym, dlaczego warto mieć wgląd w siebie)



Stawiaj siebie przed trudnymi wyborami


W życiu i tak dokonujemy ich wiele i ciągle, ale to nie znaczy, żeby ich nie prowokować. Po co? Bo to rozwija. Uczy konsekwencji. Daje poczucie bycia odważnym, poczucie samokontroli. Wybór to zawsze wyjście z jakiejś sytuacji. Czasem dobre, czasem gorsze. Ale jakieś, a nie żadne.
Testuj siebie. Szukaj swoich rozwiązań.
Im stawiamy sobie trudniejsze wyzwania, tym sprawniej uczymy się podejmować decyzje. Strach przed zmianą jest największym wrogiem… zmiany. Szczególnie tej świadomej.



Odkryj rolę kryzysu


Kryzys może być źródłem frustracji, albo inspiracji. Ale bez kryzysu nie ma zmiany. To część naszego życia. Kryzys to przełom i zwrot. Wymaga zmiany myślenia i działania, podjęcia wyzwań, decyzji, działań. W kryzysie rzeczywistość widzimy smutno, krytycznie. Trudniej wtedy poszukiwać rozwiązania, ale w żadnej sytuacji innej niż kryzys, tak bardzo nie pragniemy zmiany!
Kryzysy są różne, ich podłoża są różne, ale koncentruj się budującej roli kryzysu.
Po deszczu zawsze wchodzi słońce.

„Kryzys stawia ludzi w obliczu wyborów, z którymi mogą sobie nie poradzić, wymusza konieczność dokonania wyboru, przy czym unikanie wyboru również jest wyborem.”




Myśl o śmierci, najlepiej własnej


To jedyna pewna rzecz w życiu - wszyscy umrzemy. W tej perspektywie codzienne troski i problemy zmieniają gabaryty. Większość przestaje być źródłem stresu. Ważne stają się relacje, więzi, pasje. Pieniądze, dobytek, praca lądują gdzieś na kocu priorytetów, kto myśli o karierze zawodowej w obliczu śmierci? Kto wspomina jak harował? A jednak na co dzień praca nas wysysa...

To samo z chorobami. Póki jest zdrowie, jest ekstra. Problemy ze zdrowiem generują mnóstwo innych problemów, organizacyjnych, ekonomicznych, emocjonalnych. Czasem dopiero choroba lub wypadek powodują wewnętrzne przemiany. Ale czy naprawdę chcemy takich rozwiązań? Skupmy się na rzeczach ważnych, dobrych, optymistycznych, prostych i pięknych. Na kolekcjonowaniu wrażeń i wspomnień, wartościowych chwil, miłych gestów, życzliwych postaw.

(Inny tekst o pozytywach myślenia o śmierci)



Bądź aktywny społecznie


Możesz być aktywistą, społecznikiem, obywatelem świadomym. Wspieraj sąsiada, działalność lokalną, organizację społeczną. Zostań wolontariuszem i wspieraj tych, którzy nie mają tego, co ty. Podziel się swoim czasem, uwagą, mądrością, pasjami.
To wzbogaca, dowartościowuje, uwrażliwia, rozwija, pomaga nabrać dystansu do siebie i swoich problemów. To działania, które potrafią zmienić w człowieku wszystko. Na lepsze ;)



Stawiaj sobie cele


Zarówno zadaniowe, jak i emocjonalne. Po co? Kiedy celem jest dobre samopoczucie, nie chodzi o ambicje, aby być w czymś najlepszym i wybijać się. Bo dobre samopoczucie to osiągnięcie najwyższej klasy;) To daje radość z życia. Chęci i energię, aby szukać kolejne cele i je realizować. Kiedy dobrze się czujesz, łatwiej przyjdzie ci wychodzić poza strefę komfortu, ewoluować, wyznaczać granice, działać w zgodzie ze sobą, testować i sprawdzać własne możliwości, potrzeby, oczekiwania.



Wymieniaj otoczenie


I to dosłownie! Nie chodzi tylko o wyjazdy, wycieczki, podróże i spacery, ani o tzw. widok za oknem. Ale o ludzi wokół. Tych, którzy cię otaczają i czasem zatruwają powietrze którym oddychasz. Bliscy, dalsi – toksyczni, inwazyjni, podkopujący twoje poczucie wartości, osądzający.
Wyeliminuj ich ze swojego życia, tak jak oni eliminują ciebie z twojego własnego, bo zamiast cieszyć się spokojem, znosisz krzywdy jakie ci wyrządzają. Nie oczekuj zmian, tkwiąc w sytuacji która ci nie odpowiada, wśród ludzi, którzy cię ranią.
 Wymień otoczenie, a zmiany przyjdą same ;)



Czytaj więcej >

Dlaczego warto podróżować wewnętrznie. Herstoria dobrego stanu


Proces zmiany jest niezwykłą podróżą.
Jeśli lubisz poznawać nowe miejsca, kultury, osoby – wybierz się w najlepszą podróż, w głąb siebie.

Zamiast autoterapia powinno być: introspekcja albo samointrospekcja. Podróż przez wewnętrzny samorozwój. Ładniej brzmi...?
WGLĄD W SIEBIE. Interpretacja własnych emocji. Zgoda i otwartość na siebie. Twórcze wątpienie i poszukiwanie. Samo-dystans...
Proces poznawania siebie to fascynujące ale zarazem trudne i bardzo absorbujące zajęcie.
Dlaczego?
Bo daje ogromną satysfakcję, ale czasem trzeba przedreptać drogę cierniową…
Po co?
Celem jest DOBROSTAN.





DOBROSTAN to zaniedbany termin. W języku i w życiu. Oznacza subiektywnie postrzegane przez człowieka zadowolenie z fizycznego, psychicznego i społecznego stanu własnego życia (WHO). W DOBRYM STANIE swojego życia człowiek jest pełen pozytywnych emocji, przy niskim poziomie szkodliwych nastrojów i wysokim poziomie zadowolenia z życia. Wie i czuje, że ma wiele zalet i możliwości, aby je doskonalić. Że jego ogromnym zasobem jest optymizm, który ma wpływ na jego samopoczucie, zdrowie, jakość życia.


Pierwsze moje podróże wewnętrzne w kierunku tzw. świadomego życia, poprawy stanu psychicznego, zmiany negatywnych przekonań i pozbycia się chorób przez pracę z emocjami i ciałem, miały miejsce, kiedy zaczynałam samodzielne życie. A że nie było lekko i z górki, na różnych zakrętach gubiłam cele i priorytety. Podróżowałam, studiowałam, pracowałam, balowałam. Żyłam hedonistycznie.  Brak mocnej stabilizacji i gruntu pod stopami, zmiany i zmiany. Przykre, bolesne, traumatyczne  wydarzenia. Takie życie w cierniowych chmurach. Wlekła się za mną smutna przeszłość, trudne dzieciństwo. Bywałam autoestrukcyjna. Motałam się jak motyl w klatce. Chorowałam. Zwalczałam dolegliwości płytko i chaotycznie, doraźnie i bez należytego zaangażowania.
O boksowaniu się z życiem pisałam też w tekście „Jelita – uśpiony mózg, psychoneuroimmunologia i kawałek z życia” .

Drugie poważne zmiany pojawiły się wraz z przyjściem na świat pierwszego dziecka. Wywróciło ono życie do góry nogami, paradoksalnie wtedy - gdy stabilizacja jest potrzebna - dokonałam największych zmian. Czy uratowało moje życie przed marazmem i upadkiem? Na pewno. Ale to były zmiany zmiany życiowe materialne, bo emocjonalne miały dopiero nastąpić.

Kolejne lata, kolejne podróże wewnętrzne.  Zmiana trwała kilka lat. Krok do przodu, dwa z tył, wielki wyskok a potem wielki padół. Jak to twierdził mistrz F.Nietzsche "Sam siebie chciej spalić we własnych płomieniach - jak masz stać się na nowo, jeśliś wpierw nie stał się popiołem?"
- tak więc spłonęłam i z popiołu powstałam, jakkolwiek to brzmi.
Praca nad sobą nie musi, ale czasem wiąże się z trudem i znojem. Jest procesem, nic nie jest na skróty.
Nie wiem na ile można "zostawić przeszłość za sobą". Na pewno zależy to od nas. Nie chodzi tylko o fizyczne, symboliczne odcięcie się, porzucenie, czy - jak prowadzi idea coachingu: zaczęcie od nowa, pójście przed siebie bez oglądania się w przeszłość. Jesteśmy zakorzenieni w przodkach i naszej historii, w dziedziczonych przekonaniach i przekazanych genach. Chodzi o emocjonalne pożegnanie z ranami, trudnymi wspomnieniami, bólem. Nie musimy przerabiać przeszłości w nieskończoność, choć psycholodzy tak doradzają. Nie musimy grzebać w przeszłości i ciągle wracać do bolesnych wspomnień, bo wielu przyczyn nie poznamy. „Przerabianie przeszłości” to tylko kolejny przymus świata, którym rządzi nieistniejący ideał zharmonizowanego człowieka. Wiele przyczyn jest tu, w tej chwili, w tej myśli i tę myśl należy zmienić, a przynajmniej dać sobie taką szansę ;)

Ocenianie własnych odczuć jako tych „właściwych” i tych „niewłaściwych”, samokrytyka, odbiera  możliwość doświadczania nowego, zamyka na zmiany. To jak grzebanie kijem w mieliźnie. W wielu przypadkach nie jest tak, że MUSIMY, bo jest jakiś wybór i można go dokonywać zgodnie z własną skalą wartości. Odcięłam się od ludzi, którzy mi szkodzili, bez znaczenia kim byli. Zmieniłam otoczenie, bez poczucia uwięzienia w lojalności. Myślałam, co ja mogę zrobić, żeby nie czuć, że inni mnie ranią, że mi szkodzą. Zaszczepiałam w głowie nowe przekonania. Zdrowy dystans jest na wagę złota. Dobrze odpuścić, wybaczyć (rozumiejąc czym jest wybaczenie), co się da - naprawić i wyrzucić żal, który zżera i wiąże z przeszłością jak 30-letni kredyt ;)
I nie traktować siebie zbyt poważnie. Życie wcale nie jest poważne, wręcz przeciwnie. To nam brakuje zabawy.

Wyrzucenie z siebie złogów emocji, których ja nie dopuszczałam do świadomości z różnych przyczyn, wiązało się z wewnętrzną transformacją. Podróżowałam po obcych lądach, w ciemności, w deszczu i zimnie. Wtedy nie wiedziałam, że zaraz  wejdę z inną przestrzeń, w spokój, poczucie wdzięczności i siły – nagrody za wysiłek włożony w naprawienie siebie.

Żeby dokonać zmiany, trzeba rozstać się z tym, co dla nas niedobre. Żeby czegoś się pozbyć, trzeba to przetrawić, jak to w naturze bywa. Jeśli pojawiało się dużo trujących emocji, proces trawienia może trwać i może być bolesny. Będzie się odbijało, ulewało, wzdymało.

Skumulowane emocje znajdą ujście przez zakamarki ciała. Spektrum stanów chorobowych jest szerokie. Pracując nad wewnętrzną i zewnętrzną zmianą, prawdopodobnie nie będziemy już potrzebować truć się jedzeniem i używkami. Zauważymy, że nasze ciało to mieszkanie naszego umysłu, o które należy zadbać – bardziej niż o mieszkanie – dom!
Kto o nas zadba lepiej, niż my sami?

Kiedy zaczynamy zdrowieć (nabierać formy), przychodzi stan skupienia i koncentracji. Jest to też czas pewnego napięcia, bycia „do środka”, odkrywania siebie na nowo. Nie łatwo być otwartym i gotowym na niewiadomą zmianę. Ale warto ufać. To czas nauki akceptacji, wsłuchiwania w siebie i słuchania innych, wdzięczności, życzliwości. To zmiana postawy, przekonań, przeprowadzka do nowego po czasie tułaczki. Potrzebujemy pozytywnej energii! Jesteśmy na nowo jak dzieci, które dopiero się uczą. Być ciekawym siebie jak dziecko świata - wspaniałe!
Pozwolić sobie na różne reakcje, emocje, uczucia i stany, porzucenie złudnej kontroli na rzecz kierowania się dobrą intencją. Koncentracja na dobrych stronach życia. Zdrowy wgląd w siebie. Dbałość. Uważność.
Podróże po przyjaznych lądach…. Kierunek? DOBROSTAN.…………. 😍




Czytaj więcej >

Psychologia choroby zakaźnej. Czy optymizm może uratować ludzkość?

Leki i szczepionki ratują nas od choroby, ale żeby ratował optymizm? Co ta psychologia wymyśliła? Ano wymyśliła, a nawet udowodniła.

Pozytywne zdrowie psychicznie nie jest tym samym co brak choroby psychicznej. Tak samo jak zdrowie fizyczne nie jest wyłącznie brakiem choroby. Jest czym więcej. Zdrowie jest czymś realnym, jest „pełnią fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu człowieka, a nie tylko brakiem choroby czy kalectwa” (WHO 1946)




Psychologia chorób fizycznych czy też psychologia choroby. W skrócie bada i obrazuje, jak bezradność, a konkretnie wyuczona bezradność, podkopuje zdrowie i siły witalne, oraz w drugą stronę - jak przeciwieństwo bezradności czyli stan kontroli okoliczności wzmacnia zdrowie a nawet leczy. O sile placebo i wpływie kondycji psychicznej pisałam też w tekście:
Jelita – uśpiony mózg, psychoneuroimmunologia i kawałek z życia

Nasza psychika, stan ducha, emocje mają wpływ na stan organizmu. Jak działają osoby, które mogą mieć decydujący wpływ na myślenie innych o własnym zdrowiu? Przykładowo lekarze. W swoich gabinetach, gdzie przychodzimy zatroskani ze swoimi dziećmi. Zdarzyło Wam się, aby lekarz pytał dziecko co czuje, co przeżywa? Pytał o obciążenia psychiczne i emocjonalne, stresy?
Albo w taki sposób wyjaśniał diagnozę, aby to nie brzmiało jak wyrok? Albo unikał bezpośredniego negatywnego komunikatu czy snucia zastraszających wizji, że nasze dzieci na pewno podupadną na zdrowiu i będą mieć nieuniknione powikłania (choć nie ma ku temu pewności)?

Analogicznie, w gabinecie medycyny alternatywnej, przy użyciu np. biorezonansu czy innych podejrzanych diagnostyk, najpierw słyszymy ciężką wizję człowieka wraka, zarobaczonego i zagrzybionego, następnie radosną wizję cudownego uzdrowienia po skorzystaniu ze wskazanej kuracji. To działa na psyche, prawda? (o sile instrumentów wpływu tu pisałam:
Na skróty można iść przez miasto, nie przez życie. o sile instrumentów wpływu”)


Ciekawe badania przedstawia Martin E. P. Seligman w książce „Pełnia życia”. Na zwierzętach i ludziach, z udziałem grup kontrolnych, wielokrotnie powtarzane, o powstawaniu zjawiska bezradności wyuczonej i jej szkodliwym wpływie na zdrowie. Jednocześnie wysnuto tezę, że poczucie kontroli wzmacnia siły witalne.  Seligman pisze:
„Psychologia i medycyna, patrzą na świat przez pryzmat patologii i interesują się wyłącznie toksycznymi skutkami niekorzystnych zdarzeń. Zostają postawione na głowie, kiedy zadajemy pytanie o przeciwieństwo patologii – wzmacniające skutki zdarzeń korzystnych.” Według niego, każde medyczne przedsięwzięcie – nieważne, czy będzie dotyczyć żywienia, układu immunologicznego, systemu opieki – które skupi się wyłącznie na leczeniu i usuwaniu złych skutków, pozostaje ślepe, skoryguje deficyty ale nie zbuduje siły. Jakie to prawdziwe!
Seligman opisuje mechanizmy wpływu na choroby fizyczne, takie jak choroby układu krążenia, choroby zakaźne, nowotwory, czy śmierć poprzez wyuczoną bezradność albo poczucie kontroli, czyli popularne stany: pesymizm i optymizm (nie chodzi o optymizm bierny, związany ze sprawczością zewnętrzną).



Zatrzymajmy się przy chorobach zakaźnych. Seligman pisze o wpływie emocji na tego typu choroby: „Chciałbym, aby nauka potwierdziła, że ludzie mający ‘silniejsze’ układy odpornościowe są odporniejsi na choroby zakaźne, jednak nie jest to kwestia rozstrzygnięta. O dziwo jednak znacznie lepiej udało się rozstrzygnąć, jak stany psychologiczne wpływają na podatność na przeziębienia."

Jak rozwikłano problem wpływu emocji na choroby zakaźne? 

Prof. psychologii Sheldon Cohen zaraził ochotników rinowirusami. Najpierw jednak przeprowadził z nimi liczne testy i wywiady, mające na celu oszacowanie  średniego nastroju badanych, pozytywnych i negatywnych emocji przez nich odczuwanych, oraz czynników zewnętrznych jak wiek, płeć, stan zdrowia, styl życia, poziom przeciwciał itp. Następnie poddani zostali kwarantannie i obserwowano rozwijające się u nich przeziębienie, zarówno pod kątem odczuwanych objawów, jak i ilości kataru czy stopnia zatkania nosa. Poniżej wyniki.
Co ważne, czynnikiem decydującym o chorobie wyraźnie okazały się emocje pozytywne, a nie negatywne.





Jaki mechanizm biologiczny może sprawiać, że pozytywne emocje ograniczają
 podatność na przeziębienia? 

Kluczowa różnica dotyczyła poziomu  interleukiny-6, białka pobudzającego procesy zapalne. Im wyższy był u badanych poziom pozytywnych emocji tym niższy notowany u nich poziom interleukiny-6 i mniejszy stan zapalny. Badanie powtórzono dla wirusa grypy, wynik był taki sam.




Do szczegółów dotyczących nowotworów, śmiertelności i odpowiedzi na pytanie, czy wpływ optymizmu na choroby fizyczne jest ograniczony, a także do poznania badania neurologa Kraffta-Ebinga z 1897 roku, dzięki któremu wyeliminowano najczęstszą chorobę psychiczną XIX wieku i ocalono życie setek tysięcy ludzi odsyłam do lektury „Pełni życia” Martina E. P. Seligmana.

A my? Mówmy dzieciom, że są zdolne, dzielne, mądre, piękne i zdrowe.







Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia