Czuła Przewodniczka w moim życiu


Kiedy wspomniałam o tej książce na babskim spotkaniu, koleżanka odparła, że nie lubi tej książki, bo jest dla klasy średniej. To trafne spostrzeżenie. Kiedy kobieta walczy o materialny byt i każdy jej dzień to przetrwanie, nie wygeneruje jednej sekundy, aby pomyśleć czego sama chce, a co dopiero czy może to dostać.
Czego potrzebuje? - to pytanie nie ma szans paść, a co dopiero poszukiwanie odpowiedzi. Ona nie może dokonywać wolnych wyborów, wsłuchiwać się w swoją dziką dziewczynkę, dać sobie luz, czas na refleksje czy swobodną zabawę... być może nie ma możliwości, a nawet świadomości, że jej życie mogłoby wyglądać inaczej.

Ale z drugiej strony uważam, że ta książka i patrzenie na świat Natalii de Barbaro są dla każdego. Bo miłość jest dla każdego, niezależnie kim jest i jak żyje. Wartość jest w człowieku od chwili narodzin i nawet jeśli przez wiele lat, nikt dziewczynce nie dał uwagi, troski, opieki, ona ciągle może spróbować dać to samej sobie, jako dorosła. Choć dostęp do tej świadomości może być bardzo, bardzo trudny, to praca nad sobą jest świetnie opłacana, a walutą jest właśnie miłość:)
Kiedy inni na ciebie patrzą i odbierasz w ich wzroku co myślą o tobie, wcale nie chodzi o nich, tylko o własne spojrzenie na siebie. W tej obserwacji jest cały przekrój przekonań i opinii na swój temat, jaki mamy w danym momencie. Wszystkie są ok. Wszystkie są drogą do siebie. Mamy tyle zgody na innych, ile mamy na siebie.

Całe życie budowałam projekty i szukałam celu. Potrzebowałam wyzwań, czasem bawiąc się przy tym, tworząc i wtedy czułam w tym dużą pasje, która gasła, gdy tylko zaczynałam być spychana w jakieś ramy odgórnych oczekiwań albo konieczność dostosowania się. Wtedy stawałam się pełna samokontroli, nastawiona na dobrze wykonane zadanie. I szukałam sposobów by nakarmić w sobie głodną przygód dziewczynę, i przyszedł czas, kiedy już wiedziałam jakim wyczerpaniem kończy się emocjonalne głodzenie samej siebie.

Wsłuchiwanie i zaspokajanie własnych potrzeb było dla mnie odkąd pamiętam bardzo ważne. Dostałam rykoszetem, kiedy pojawiły się dzieci, bo mój egoizm musiał ustąpić zaspokajaniu potrzeb innych, nie tylko dzieci, ale wszystkich wokół. I dobrze znam wchodzenie w rolę, o których pisze autorka Czułej Przewodniczki. Motanie się, odgrywanie ról, zatracenie siebie. Boimy się, my wszystkie....

Męczennicy wydaje się, że bliscy nie będą jej kochać, jeśli nie będzie dla nich nic robić. Że nie jest wystarczająca, nie zasługuje, że musi się zaangażować ponad siły, poświęcić, aby zostać docenioną. Z lęku, że przestanie być dla innych ważna, wciska siebie w poczucie krzywdy, a innych w poczucie winy. 

Królowa lodu terroryzuje, krytykuje innych i samą siebie, ściga się z innymi, rywalizuje; z lęku, że okaże się gorsza nie pokazuje słabości; samoakceptacja, przyzwolenie na luz i błędy, są jej obce. Bez zrealizowanego planu, będzie bez wartości. 

Potulna myśli, jeśli wyrazi swoje zdanie w swój wybrany sposób, zostanie odrzucona przez innych, a wtedy sama siebie odrzuci. Z lęku przed odrzuceniem, robi wszystko, żeby inni ją akceptowali. Więc jest uległa, miła, potrzeby innych są ważniejsze od jej własnych, nie stawia granic, przytakuje na ataki biernej agresji i przeprasza kiedy myśli tylko o sobie.

Każda z tych ról wywodzi się z niezgody na siebie. Tylko kiedy czule przyjmiesz siebie i będziesz czuć się kochana, możesz obdarzać innych miłością - trafnie pisze Natalia de Barbaro.
Kiedy Czuła Przewodniczka na ciebie patrzy, widzi mądrą dziewczynę, która przeszła różne zmagania, popełnia błędy, a potem stara się je naprawiać. Widzi kogoś, kto buduje w sobie siłę, żeby otwierać na innych.

 
Od 13 lat jestem matką w ciągłej gotowości. Chwila dla siebie w codziennym pędzie już nie wystarczy, bo wieloletnia wyrwa nie zapełni się tak szybko. Pójście na jogę jest jak kradzież własnego czasu, kiedy mogę robić... NIC.

Nie da się nalać z pustego. Nie da się chronić innych, kiedy nie chroni się siebie.
Nieustannie zatracam w sobie i odnajduje, przeganiam i z powrotem nawołuje Czułą, Dziką i Dorosłą.
Wiem, że są. 


Bardzo polecam przeczytać:









Zdjęcie z: https://kulturalnysklep.pl/Odwagi-Dziewczyny-Siegnijcie-po-te-ksiazke-i-zacznijcie-zyc-po-swojemu-blog-pol-1621342593.html


Czytaj więcej >

Edukacja alternatywna. Wyjście z ED


Jeszcze do niedawna sądziłam, że rozpoczniemy 5 rok w ED w komplecie trójki dzieci. Życie zweryfikowało plany i idziemy w ED tylko w 8 klasie, z najstarszą, możliwe że ostatni rok, bo jej tęsknota za "normalnym" życiem rówieśniczym rośnie (obraca się w środowisku systemowo szkolnym bo pozaszkolnego w mieście wojewódzkim nie odnalazła...) 




Młodsze rozpoczęły przygodę z edukacją alternatywną.
Przyszedł moment na zmianę. To był proces decyzyjny. Szukanie możliwości. Próbowałyśmy z grupą matek stworzyć przestrzeń dla spotkań grupy dzieci, z różnorodnymi zajęciami pozaszkolnymi. Jednak to wymaga czasu i dobrej organizacji, zaangażowania i pełnienia nieodpłatnie funkcji koordynującej, trzeba mieć na okrągło odpowiednie zasoby. Przez rok doświadczenie tworzenia takiego miejsca, wypaliło mnie.  Idea cudna, ale... ciężko o równe zaangażowanie rodziców, o pogodzenie potrzeb, o sprawną organizację, która nie oprze się procesowi rozwoju (a ten jest ciągły). I tak oto wychodząc z planów (a może tylko marzeń?) zrobiliśmy w naszej rodzinie przewrót.
Z jakich potrzeb to wynikło?

Po pierwsze POTRZEBY DZIECI.
Moje dzieci szukały relacji.  Mają silną potrzebę kontaktu społecznego, interakcji, integracji, której nie zapewnie im będąc w ED. Mam tego pewność po 4 latach. A ciągle przebywanie ze mną nie jest korzystne dla żadnej ze stron. Nawet jeśli ciągle wyruszamy po nowe przygody i świetnie się ze sobą bawimy. Moje dzieci chcą budować relacje w grupie innych dzieci. A nam zależało, aby uczyły się komunikacji, współpracy, stawiania granic, dbania o potrzeby swoje i innych w sprzyjającym środowisku, bez pouczających dorosłych (też bez rodziców). Tego nie da się nauczyć inaczej niż metodą prób i błędów. Śmiało mogę postawić tezę, że w nowym środowisku przyszły przyspieszony TUS w praktyce i było to dla nich bardzo rozwojowe.

Po drugie ŚWIADOMY WYBÓR
Wybraliśmy miejsca ich edukacji świadomie. To nie są przypadkowe wybory. Nie będą w miejscach, które różnią się stylem życia i budowania relacji od tego, co wydarza się w naszej rodzinie. W których będą kary, oceny, formatowanie myślenia i konieczność walki o swoje granice, z góry przegranej... Ale w których mogą czuć się dobrze i być sobą ale które jednocześnie stawiają im wyzwania, nie tylko głaszczą ale też prowokują do samodzielności.

Po trzecie, JA!
Miałam głęboką potrzebę zmiany trybu życia. Przez ostatnie lata sporo byliśmy w trasie eksplorując przyrodę. Jednocześnie cały czas łączyłam ED z pracą i rozwojem zawodowym. To trudne, ale konieczne.
Statystycznie patrząc, to matki w ED są nieaktywne zawodowo (ojcowie pracują zarobkowo), przez co mogą wygenerować czas i być skoncentrowane tylko na swoich dzieciach. To przywilej tej grupy, do której kierowana jest cała współczesna coachingowo-psychologiczna produkcja. To dość szczelny świat.... ale nie mój.

Poprzez doświadczenia własne i z perspektywy zawodowej, gdzie kieruje działaniami wsparcia osób z grup zagrożonych wykluczeniem, których zasoby i wpływ są bardzo ograniczone, widzę ogromny rozłam między dzieciocentryzmem w środowisku ED, a życiem statystycznych normalsów.
Ale też nie mam ambicji zawodowych które upchnęłam w kąt, żeby zrealizować je kiedy tylko dzieci się odkleją. Pragnęłam spokoju, ładu życia codziennego, higieny psychicznej, żeby... złapać dobry kontakt ze sobą. Zatrzymać się i zobaczyć czego JA potrzebuje. Gdzie ja jestem w tym zdominowanym przez dzieci moim świecie?
Dopiero po kilku miesiącach, w procesie zmian, zdałam sobie sprawę, jak głęboko, przez ostatnie 13 lat bycia w gotowości rodzicielskiej, rozwinęło się moje sforsowanie. I mimo tego, ciągle w roli, gotowa na spełnianie oczekiwań i nowe wyzwania. Przestałam odbierać sygnały z wnętrza, reagować na sytuacje na które nie miałam zgody, utraciłam witalność. Nie było już z czego czerpać zasobów, dawałam z pustego.
Żeby pozwolić sobie odpocząć, trzeba się zatrzymać, ograniczyć działania, nadające sens i rytm codzienności. Przyjrzeć się poniesionym kosztom. Dostrzec własną reakcję na świadomość, jak bardzo zdegradowało się własne potrzeby. 

"Tęsknota za czasem wolnym to tęsknota za samym sobą. Jeśli nie dajesz sobie wolnego czasu, nie chcesz ze sobą pobyć" (Natalia de Barbaro)
Ja bardzo chciałam ze samą sobą pobyć. 

Wprowadziliśmy do życia nowy tryb, uporządkowanie, przewidywalność. Bardzo było mi go brak w życiowym chaosie i zmęczeniu.
A najważniejsze jest to, że nadal zostaje w każdym roboczym dniu sporo czasu, które możemy spędzić razem, aby budować codzienne pełne relacje dzieci z obojgiem rodziców.


Czytaj więcej >

Jak pomóc sobie? O wartościach (ćwiczenie)


Wiemy, że bycie matką w obecnych czasach to mega wyzwanie. Musisz być zaradna, czujna na potrzeby dziecka i zaangażowana w ich zaspokajanie, nieustannie gotowa na rozwój, zorganizowana i zasługująca na bycie zmęczoną. Nic odkrywczego. Mamy jeszcze wyraźny podział na matki które sobie radzą, matki nieroby, matki których wszystkim żal i matki których nikomu nie żal. Nie ma balansu. Dlatego tak mocno pragniemy normalności.




Należę do osób, dla których dzieci są sensem życia ale bardzo cenią swój komfort życiowy. Doskonale wiem, ile kosztuje ciągła walka między komfortem a dyskomfortem. I ile wymaga wysiłku, żeby ten cholerny balans, normalność, zatrzymać. 

Pomaganie nigdy nie było to moim celem, samym w sobie. Nawet nie umiem określić, czy to umiem. Prowadziłam grupy terapeutyczne dla kobiet, dla uzależnionych, dla rodziców, warsztaty rozwojowe, kursy zmiany myślenia...  Moim celem była interakcja i zawodowe wyzwanie. I w ten sposób, niejako przy okazji, nauczyłam się pomagać samej sobie. 

Praca z ludźmi którzy oczekują pomocy bywa męcząca. Bywa, że szukają drugi na skróty i oczekują zmian, nie chcąc zmienić nic w sobie. Nie chcą przyjąć, że część ich świata rozgrywa się w ich głowach. Że to, co czują, nie dzieje się w sercu, tylko mózgu. Też kiedyś tego nie rozumiałam. Przez lata, w procesie, stawałam się swoim oparciem, powierniczką. Dzięki swoim wyborom, uczeniu się i doświadczaniu, a przede wszystkim praktyce świadomego życia zdobyłam narzędzia i umiejętności. Potrafię wykorzystać trudne momenty i wiem robić (i czego nie robić) w słabszych chwilach. Werbalizuje problemy, żeby siebie usłyszeć. Cenię słuchaczy bez doradzania. Pozwolą puścić wentyl, żeby bez balastu poddać się autoanalizie, poobserwować z dystansu, wycisnąć z kryzysu mądrość, morał. 

Wsłuchuje się w emocje, ale sądzę, że przeceniamy ich rolę, za dużo na nich się fiksujemy. Wokół emocji skupia się za dużo uwagi. Podejmowanie decyzji i wyborów, zachowania i relacje 'bo tak czuję' bywa złudne. My po prostu czujemy cały czas inaczej. Emocje są zmienne, dynamiczne. Samopoczucie nie jest stanem stałym, wpływa na nie mnóstwo czynników. Kierując się emocjami i pod ich wpływem podejmując działanie,  trzymamy się kurczowo przeszłości i tego, co znamy, choć może nam się wydawać, że jest inaczej. Ciągle wracamy w emocjach do przeżyć, nie zdając sobie z tego sprawy. Jesteśmy sumą doświadczeń, nasze nawyki to nasza druga natura. 

Ale czy chodzi o to, aby zmienić sytuację czy samopoczucie?

Jeśli chcesz podjąć decyzję czy dokonać życiowych wyborów, sprawdź, czy są w zgodzie z Twoimi wartościami. Jeśli największą wartością twojego życia jest bliskość, rodzina, ważne są relacje i miłość, będziesz dążył to tego, aby cię otaczały. W zachowaniu, w emocjach, w codzienności.
Jeśli jednocześnie postawisz sobie ambitne zawodowe cele, będziesz dążyć do auto sabotażu, miotał się w wątpliwościach. Będziesz uciekał od ludzi, którzy cię od tego oddalą, choćby łączyły cię z nimi więzi. Działanie, aby było skuteczne i spójne, powinno być w zgodzie z życiowymi wartościami - nie z tym, co w danej chwili czujemy, bo emocje biorą się z myśli, a myśli z przekonań. Wartości nie zmieniają się tak, jak emocje, wynikają z dużo głębszych czynników. A emocje? Mogą być tylko informacją, aby dążyć do porozumienia ze sobą.

Za pomocą załączonego ćwiczenia, wyciągniesz zaskakujące wnioski, i przekonasz się, czy i w jakim stopniu dążysz do realizacji swoich małych i dużych celów, a może tylko do... snucia marzeń? 

(ćwiczenie wykorzystuję na swoim warsztacie "cele i wartości w procesie", inspirując się zajęciami z pracy z klientem uzależnionym)

                                                                   



Czytaj więcej >

Nielegalny zawód zaufania publicznego? Psycholog


Otóż tak!
W Polsce nie istnieje zawód psychologa, czy może precyzyjniej: nie ma osób, które mogą ten zawód wykonywać.




W obecnym stanie prawnym nie istnieje możliwość w pełni legalnego wykonywania zawodu psychologa. Sytuację prawną psychologów reguluje ustawa z 08 czerwca 2001 r. o zawodzie psychologa i samorządzie zawodowym psychologów. Zgodnie z ustawą, aby psycholog mógł wykonywać swój zawód, obok spełnienia szeregu wymogów, musi zostać wpisany na listę psychologów Regionalnej Izby  Psychologów. Prawo do wykonywania zawodu ma przysługiwać z chwilą wpisania na wspomnianą listę.

Dopiero po uzyskaniu wpisu, psycholog uzyskuje prawo wykonywania zawodu (art. 7 ustawy). Wpis ma zatem charakter kreujący, bez niego wykonywanie zawodu psychologa jest prawnie... niedopuszczalne.

W teorii wszystko jest jasne i proste. Zdobywamy wykształcenie. Uzyskujemy wpis na listę. Nabywamy prawo wykonywania zawodu. Pracujemy.
Niestety w praktyce jest inaczej. Regionalne Izby Psychologów, które są jednostkami organizacyjnymi samorządu psychologów (art. 30 ustawy), nie istnieją. Od chwili wejścia w życie ustawy w 2006 r. do dzisiaj nie powstał samorząd psychologów. Nie powstały ani Regionalne Izby ani Krajowa Izba Psychologów. Nie ma organu właściwego do prowadzenia wymaganych prawem list psychologów.
W konsekwencji nie istnieją też same listy.

To zaś powoduje, że mamy prawny pat i nikt w Polsce nie może legalnie wykonywać zawodu psychologa, bowiem nikt nie spełnia przewidzianych w ustawie wymogów koniecznych do nabycia prawa wykonywania zawodu. 

Wszystkie zawody korporacyjne (lekarze, komornicy, adwokaci itd.) mimo naturalnych wewnętrznych animozji, które targają każdą wspólnotą, mają swoje samorządy. Są w stanie zapewnić ich funkcjonowanie i w konsekwencji swojego zawodu. Natomiast psycholodzy, ludzie powołani do "leczenia duszy człowieka", od 2006 r. nie potrafią powołać własnego samorządu, w ten sposób zadbać o interes całej korporacji i zapewnić sobie możliwość legalnego wykonywania profesji. 


Na szczęście nie kończyłam psychologii i te dylematy mnie nie dotyczą. Studiowałam socjologię z wyboru*. Fascynowała mnie socjologia zdrowia i choroby, perswazja socjologiczna, socjotechniki, relacje w strukturze społecznej i następstwa uwarunkowań społecznych na relacje. Choć przyznaje, przed wyborem myślałam też o psychologii. Od wczesnych lat dorastania z pasją czytałam o zaburzeniach psychicznych, schizofrenii; wertowałam słowniki psychiatrii i uczyłam się łacińskich nazw zaburzeń (choćby Necrosis axialis), które brzmiały jak najpiękniejszy język świata. Takie hobby :)
Co mnie skłoniło do takich akurat zainteresowań? Myślę, że to zwykła ciekawość drugiego człowieka, potrzeba zgłębiania jego natury, która została mi do dziś. I oczywiście fascynacja metodami i narzędziami dążenia do zdrowego optymizmu, którego można się nauczyć.

(...)
Kiedy dorastałam, pojawił się wysyp poradników psychologicznych i kursów rozwoju osobistego, a także koncepcji wychowawczych, który spowodował wielki bum w świadomości ludzi. Ale z drugiej strony, za ogromnymi oczekiwaniami, szło ogromne rozczarowanie. Rzeczywistość nie poddawała się modelowaniu w tak prosty sposób, jak obiecywano. Nie dało się swojego Ja ani życia rodzinnego podstawić do wzoru. A my chcemy czuć się ekspertami od emocji! I od życia w ogóle.
I to na zupełnym legalu!
Niespójność teorii z praktyką, zamieszanie z legalnością zawodu psychologa i zajadłość środowiska** zniechęca...
(...)



* po magisterce poszłam na doktorat na nauki społeczne zgłębiać zawiłości życia społecznego. Doktoratu nie skończyłam, za to skończyłam Studium w Instytucie Psychologii Stosowanej (kierunek psychoterapia), coaching kryzysowy II stopnia i bardziej lub mniej praktyczne kursy metod i technik pomocy psychologicznej. Na legalu...;)

** istnieje pewna najmniej wspierająca i najbardziej zajadła grupa fejsbukowa, skupiająca 30 tysięczną społeczność psychologów i terapeutów, gdzie empatia i bezwarunkowa akceptacja występują rzadko.




Czytaj więcej >

4 lata edukacji domowej. Słodko-gorzka refleksja


Moja rodzina, ja i dzieci bardzo się zmieniliśmy przez ostatnie cztery lata. Jesteśmy jak pędzący pociąg z wagonikami. Kiedy któryś szwankuje, zatrzymujemy się. Tory prowadzą nas w nieznane, ale razem jedziemy do przodu. Dokąd zajedziemy? Kto to wie. Na razie skupiamy się na widokach za oknem.
Z pewnością duży wkład w zmianę ma fakt, że dzieciaki są w edukacji pozaszkolnej, że spędzamy mnóstwo czasu razem i mamy istotny wpływ na wewnętrzne relacje i zasady rządzące naszym życiem. Nie musimy walczyć z innymi ludźmi o dobro naszych dzieci. Nie musimy mierzyć się z niesprzyjającym otoczeniem, bo sami decydujemy kiedy i z kim spędzamy czas. Możemy swobodnie trenować kompetencje życiowe w bezpiecznym otoczeniu, komunikację, umiejętność osiągania własnych celów, współpracę z innymi, wiarę w siebie i radzenie sobie w ogólnie pojętym żywocie.

Nie trzeba znaleźć się w systemie szkolnym, żeby to przetrenować. Można w środowisku pozaszkolnym, w środowisku edukacji alternatywnej albo w rodzinie - szczególnie wielodzietnej, gdzie każdy chce wyrażać siebie, stawiać granice, czuć się ważny. Forsowanie swojego zdania, dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb (każdy ma inne) można ćwiczyć praktycznie non stop. Dorosły zyskuje na tym więcej niż na najlepszej terapii, bo nie ma lepszego nauczyciela, jak dziecko, w którym można przeglądać się jak w odbiciu lustrzanym. Oby bez strat, oby nie z pustego.... Wtedy zamiast chcieć zmieniać dziecko, zaczynasz zmieniać siebie. Przyglądasz się sobie i relacjom i masz cholernie dużo okazji, aby nazbierać mnóstwo wspólnych wspomnień.

Jako refleksję podaję kilka stereotypów, z którymi się spotkałam, odnośnie edukacji domowej. Mierzę się z nimi z naszej perspektywy (rodziców pracujących i rodziny wielodzietnej) i to jest moje podsumowanie: słodko-gorzka refleksja na rozpoczęcie piątego roku w ED.




Wychowujesz "śnieżynki", jak wrócą do "normalnego życia" to zderzą się ze ścianą

Spotykam się z zarzutem, że skoro "trzymam" dzieci w domu, to chcę je chronić przed złym światem, który wcześniej czy później je dorwie i wtedy będzie dla nich katastrofa. Określenie "pokolenie płatków śniegu" czy "dzieci - śnieżynek" wzięło się z książki "Fight Club” Chucka Palahniuka. Pada tam z ust bohatera Tylera Durdena tekst "Nie jesteś wyjątkowy. Nie jesteś pięknym i unikalnym płatkiem śniegu”. Pokolenie z rozbuchanym ego, nastawione na JA, egocentryczne, narcystyczne, egoistyczne, niezaradne i niesamodzielne. Przekonane o własnej wyjątkowości i przewrażliwione na swoim punkcie. Otaczane opieką przez rodziców na każdym kroku, "trzymane pod kloszem". Taki mniej więcej jest obraz "pokolenia płatków śniegu". 

Postrzeganie podziału na "normalne życie" i "życie w ED" w kategorii czarno-białe jest błędne.  Przekonanie, że jedynie środowisko pruskiego systemu szkolnego odpowiednio kształtuje człowieka, jest błędne. Tak, jak błędne jest przekonanie, że środowisko edukacji domowej jest idealne. Żadne rozwiązanie nie jest idealne, bo takie nie istnieją. Tak, prawdopodobnie nasze dzieci wiele razy zderzą się ze ścianą. Jak sobie z tym poradzą i jakie będzie miało to konsekwencje, nie zależy wyłącznie od tego, czy są w ED czy w szkole czy w edukacji alternatywnej - nie przede wszystkim od tego.
Clue leży w kompetencjach życiowych dzieciaka, bo jeśli otoczenie nie wspiera go w radzeniu sobie ze stresem, to przeżywany stres wcale nie uodporni i nie wzmocni, co najwyżej zbuduje grubą skórę, a pod spodem będzie tlił się wulkan. Jeśli dziecko czuje dużą potrzebę stawiania własnych granic, jest nadwrażliwe w którąś stronę, ma trudności osobiste i społeczne, to niewspierające środowisko szkolne prawdopodobnie mu nie posłuży. Zabierze mu sen i ruch. Swobodę wyrażania siebie i czas. Zabierze potencjał, wyjaskrawi słabości i "deficyty". 

Zazwyczaj dzieci w ED otoczone są dużą uwagą rodziców. Może to pójść w stronę nadopiekuńczości, która jest formą przemocy. Można być w ED i traumatyzować stresem, przerzucając na dziecko własne potrzeby, ambicje, kompleksy, popaść w męczeństwo rodzicielskie. Albo kompensować własne braki w życiu osobistym (brak rozwoju, pasji, bliskości w związku czy w ogóle partnera) i zawodowym (brak pomysłu na siebie, brak pracy), zbyt skupiając się na dziecku, łamiąc w ten sposób jego prawo do rozwoju osobistego i społecznego (tu Jean Liedloff pisze o niefortunnych konsekwencjach skupiania się na dziecku).

W moim odczuciu zbyt mało mówi się o ciemnych stronach edukacji pozaszkolnej, o cieniach i trudach tego typu stylu życia rodzinnego. Z jednej strony dobrze, że skupiamy się się na pozytywach, z drugiej pamiętamy fatalne skutki budowania wizerunku rodzicielstwa szczęśliwie spełnionego i idealnego, owe łał może ładnie wygląda na Instagramie ale jest czymś okupione, jakimś długiem osobistym, emocjonalnym, społecznym.

Integracja środowiska ED jest wciąż słaba i znacznie różnią się wspomniane style życia, potrzeby i oczekiwania, że ciężko mówić o uniwersalizmie.  
Tak czy siak przydało by się więcej obiektywizmu.


Przedszkole i szkoła są potrzebne, sama nie dasz dzieciom tego, co tam dostaną - tyle różnorodnych zajęć.

Też byłam dzieckiem. Nie chodziłam do przedszkola, siedziałam z babcią. Nie miałam żadnych dodatkowych zajęć zorganizowanych, nikt mi też ich nie organizował w domu. Bawiłam się tak, jak podpowiadała mi wyobraźnia. Do dziś lubię być sama ze sobą, a najlepsze rzeczy wymyślam, kiedy nikt nie podstawia mi nic pod nos. Kiedy już nasycę się byciem ze sobą, mogę wyjść do ludzi. Nie wyrosłam na socjopatkę czy głąba, choć do 7 roku życia nie chodziłam na sporty, języki, tańce czy szachy. Latałam za to sporo po podwórku. Ale ja byłam trochę odludkiem...

W podstawówce różnorodność zajęć polegała na tym, że chodziło się z sali do sali i drżało na kartkówki. Uczyłam się słabo i niechętnie, w niczym nie byłam dobra, poza pisaniem opowiadań. Przez te opowiadania przypięto mi łatkę humanistki, co w praktyce życiowej okazało się zupełną bzdurą.

Obserwując swoje dzieci, widzę, że jest to właśnie tym czego łakną najbardziej - niczym nie zakłócona, swobodna zabawa, przygoda, wiedza o otaczającym ich świecie i dużo ruchu. Podążanie za tym, czym same chcą się zająć. Pozwolenie im na swobodne obserwowanie świata, który ma sam w sobie mnóstwo bodźców. Nie mamy planu dnia, wypełnionego po brzegi ambitnymi zajęciami. I wiem, że nie jest to im potrzebne, ani mnie!
Przyjdzie czas, kiedy będą chciały więcej i wtedy to rozważę, ale argument, że to przyda się w życiu /na maturze / w pracy - jest oparty na wierze i myśleniu życzeniowym.


Kto się zaopiekuje dziećmi na ED? Co z pracą?

Teoretycznie zabierając dziecko z placówki, robimy to nie po to, aby organizować mu opiekę, ale po to, aby z nim być i budować więź opartą na wspólnie spędzonym czasie. Ale nie zawsze jest tak, nie każdy ma takie zasoby i przywileje. Jeśli pracujemy i nie możemy być w tym czasie z dzieckiem, to nie jest to sytuacja gorsza, ani bez wyjścia. To jedna z możliwych dróg. Można szukać alternatyw, wsparcia w opiece. Kooperatywy, prywatnych zajęć, opiekunki. Dylemat edukacja domowa albo praca to raczej kwestia okresu wczesnoszkolnego. Potem następuje usamodzielnienie i może być tylko łatwiej.

Jeśli nie mamy ogromnych kredytów, prawdopodobnie wypłata jednego opiekuna starczy na utrzymanie rodziny (jeśli opiekunów jest dwóch i jeśli jeden z nich może i chce nie pracować zarobkowo, a drugi z tego chce i może zrezygnować). W obecnych czasach mamy tę łatwość, że zawód, formę pracy i jej rodzaj można zmieniać i dokonywać różnych wyborów. Edukacja domowa to też wybór, niełatwy i ciągle będący przywilejem. W praktyce to niekoniecznie luźne szwendanie się po ambitnych wystawach, długie trasy po historycznych miejscach, czy sielskie liczenie koniczynek na łące. Oczywiście, można i tak, ale życie w edukacji pozaszkolnej to też proza, frustracja i zmęczenie rodziców, samotność, izolacja rodzin i dzieci. Będę to mocno podkreślać - edukacja domowa nie jest dla każdego dziecka i każdej rodziny.

Da się prowadzić dzieci w edukacji pozaszkolnej i pracować. Pytanie jakim kosztem. I czy dajesz z pełnego, czy z pustego? Czy dajesz z siebie bo chcesz, czy się poświęcasz?

Może być trudno, może być wspaniale.
 Niech każdy decyduje za swoją rodzinę i wybiera co jest dla niej najlepsze. 


Integracja w szkole z rówieśnikami jest niezbędna do rozwoju.

Zgadzam się, integracja, socjalizacja jest ważna. Czy koniecznie z rówieśnikami? Czy koniecznie w ławce? Niekoniecznie. Spędzanie iluś godzin w budynku nie gwarantuje, że rozwój społeczny będzie właściwy. I nie każdy ma szansę na integrację w szkole. Wypada wspomnieć o przemocy rówieśniczej, która jest galopującym zjawiskiem i rośnie w siłę. 

Czy nam - dzieciom z systemu - pobyt w szkole zapewnił umiejętność odnalezienia się w życiu: w pracy, w każdym nowym środowisku, nawiązywania codziennych relacji z innymi ludźmi? Czy szkoła tego naprawdę uczy? Pamiętam swoją klasę, grono osób z którymi się lubiłam bardziej i mniej. To był ważny dla mnie etap rozwoju. Pierwsze przyjaźnie, pierwsze silne emocje.
Ale może jest tak w wypadku szkoły, że działa jak katalizator wrodzonych predyspozycji każdego człowieka?
Bardziej obawiam się, że integracja w obecnych czasach globalnie zanika, nie jesteśmy już społecznością dzieci biegających z kijem i piłką po podwórku. Dzieci, które kiedyś po szkole biegały pod oknami, teraz mają szereg zajęć dodatkowych, albo są w wirtualnym świecie. 

Ale. Nie unikajmy tematu osamotnienia dzieci zarówno w edukacji pozaszkolnej i szkolnej. Samo wrzucenie dziecka w tłum nie gwarantuje rozwoju kompetencji społecznych, co najwyżej umiejętność przetrwania. 


Co dziecko robi cały dzień kiedy nie chodzi do szkoły?


Otóż to, co ono może robić poza szkołą? Nie może przecież nie robić nic. Musi mieć jakieś obowiązki, plan dnia, zajęcia i siedzieć posłusznie na tej twardej ławce, bo inaczej głupoty przychodzą do głowy, to jest nierozwojowe i dziecko dziczeje. Za to najbardziej nie lubię popkultury - lansuje ideę, że w życiu nie jest najważniejsze samo życie, że musi być coś więcej, coś extra. Że nie można napawać się, tym, że się jest, tylko trzeba być kimś i jakimś. Więc tylko chodzenie do szkoły zapewni odpowiedni rozwój. Jeśli dziecko zostaje w domu, to z pewnością odbija się od ściany do ściany, narasta w nim frustracja i to jest w ogóle jakaś patologia.
Więc co robią dzieci w edukacji domowej przez cały dzień? Po prostu żyją. 


Dzieci po ED mają problemy społeczne, muszą korzystać z terapii

Dzieci mogą mieć problemy społeczne z wielu powodów. A szkoła nie gwarantuje, że ich nie będzie, wręcz przeciwnie, patrząc na statystyki skolionofobii (fobii szkolnej). Dotyka dzieci szkolne i bynajmniej nie jest wymysłem, tylko przykrym faktem - to zaburzenie lękowe, potocznie zwane nerwicą szkolną, znajduje się w klasyfikacji zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania.
Pytanie, czy łatwiej stać się socjopatą dziecku wrzuconemu w tłum czy wyizolowanemu z tego tłumu? 


"Naszym zadaniem jest przygotować dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka".

Czytaj więcej >

Dzieciocentryzm to zuo


         Afrykańska matka jest ze swoim niemowlakiem non stop. Nosi ze sobą małe dziecie w chuście i wykonuje prace fizyczne. Jest z nim nierozłącznie, tego się od niej oczekuje, taka kultura, takie warunki. Opiekuje się bo to należy do jej rodowych obowiązków. Kiedy dziecię dorasta, odkleja się od matki i bawi się z innymi dziećmi, nikt już nie oczekuje od niej, żeby robiła z nim budowle z patyków, bawiła się w berka i wymyślała na całe dnie kreatywne i edukacyjne zabawy, a także dbała o jego wszechstronny rozwój osobisty. Europejska matka idąc wzorem matki rdzennej i idei bliskiego rodzicielstwa zaopatrzyła się w chustę, tudzież nosidło, i też praktykuje noszenie.
Różnica jest taka, że nie kopie w polu i poza podstawową opieką pełni wiele innych skomplikowanych ról wobec swego potomka, które czasem wpadają w masochistyczny dzieciocentryzm.




Kiedy moje dzieci były niemowlętami, lubiłam kiedy w mieszkaniu było czysto i systematycznie np. myłam podłogi. Ile to się nasłuchałam, że po co, że nie warto, że lepiej żyć z syfie ale pobyć z dzieciątkiem, że są ważniejsze rzeczy, a podłoga poczeka. Nie mogłam zrozumieć, skąd inni wiedzą, co jest dla mnie najlepsze (i dla moich dzieci). Mnie te czyste podłogi podnosiły samopoczucie. Psychologicznie patrząc, teoria głosi, że podobnie jest z pracą w ogródku - daje poczucie kontroli, jaką tracimy w naszym życiu. Posiadanie dzieci, szczególnie małych, przewala życie do góry nogami i kontroli nie ma żadnej. Umycie podłogi, naczyń czy włosów, może pomóc postawić do pionu nasze ego. 

Te i inne codzienne zachowania, mogą się z różnych przyczyn nie podobać innym, bo są kwestią potrzeb matki i nie koncentrują się wyłącznie na dzieciach. Życie matki, według wielu, ma być zdeterminowane przez bycie matką. Macierzyństwo powinno być celem i treścią jej życia. Rola europejskiej matki jest jednak dużo bardziej wielowymiarowa, niż matki afrykańskiej. Skomplikowała to kultura masowa, a dokładają do pieca.... inne matki.

Matka bywa w kryzysie. Szuka zrozumienia i oparcia. Dostaje obstrzałem mądralińskich ocen i złotych porad, bo cokolwiek się dzieje, to matka coś źle robi i konieczne powinna to naprawić wg uniwersalnych instrukcji.
Gdzie w matce jest człowiek? Poza byciem matką niewiele zostaje. Jest organizatorem życia rodzinnego, logistykiem, zaopatrzeniowcem, a na spotkaniach towarzyskich specjalistką od wizerunku. I oczywiście jest terapeutą rodziny. Dla swych dzieci musi być zawsze rozumiejącą i wspierającą. Kiedy przedszkolaki dają popalić, to wyrażają swoje głębokie potrzeby, na które musi pojawić się odpowiednia reakcja.
Kiedy dorastające trzaskają drzwiami i nie wykazują chęci współpracy, to pewnie zaznaczają granice i budują swoje terytorium - należy to bezwzględnie uszanować. Kiedy marudzą, wchodzą na głowę i nie współpracują, trzeba je bezwzględnie kochać, wspierać, doceniać, poświęcać się w całości i pracować nad swoimi złymi emocjami, kiedy się tylko pojawią.
A jeśli nie radzimy sobie z wychowaniem, to mamy problem i zróbmy coś z sobą, mamy ogromny rynek poradników, które możemy czytać po nocach.
Bo matka musi się kierować empatią a nie egoizmem! 

Moja mama opowiada, że kiedy ona wychowywała nas, nikt się tak nie skupiał na dzieciach jak dziś. Przede wszystkim mamy nie krytykowały się wzajemnie, nie pouczały i nie robiły wykładów o tym co czują i myślą ich dzieci. Tworzyły społeczność bez wyścigów o style wychowawcze.
Organizacja życia była dużo trudniejsza ale nikt na siłę nie udowadniał, że jest mu lekko - zapewne nie miał gdzie (nie było instagrama). 

Współczesne matki muszą się zmagać z oceną swojego zachowania i wyglądu na każdym kroku. Są rozliczane z tego, co mówią, jak mówią, co robią, a nawet co myślą. Nie jestem pewna, czy społeczeństwo dało matce prawo do wyrażenia rozczarowania, na tyle, na ile to deklaruje. Wychowywanie dzieci stało się środkiem do celu, jakim jest sukces życiowy; wyścigiem idealnych matek idealnych dzieci; domeną najbardziej zakompleksionej i pogubionej grupy społecznej.

Czy jest dla nas matek jeszcze jakaś szansa? ;) 


Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia