Jak pomóc sobie? O wartościach (ćwiczenie)


Wiemy, że bycie matką w obecnych czasach to mega wyzwanie. Musisz być zaradna, czujna na potrzeby dziecka i zaangażowana w ich zaspokajanie, nieustannie gotowa na rozwój, zorganizowana i zasługująca na bycie zmęczoną. Nic odkrywczego. Mamy jeszcze wyraźny podział na matki które sobie radzą, matki nieroby, matki których wszystkim żal i matki których nikomu nie żal. Nie ma balansu. Dlatego tak mocno pragniemy normalności.




Należę do osób, dla których dzieci są sensem życia ale bardzo cenią swój komfort życiowy. Doskonale wiem, ile kosztuje ciągła walka między komfortem a dyskomfortem. I ile wymaga wysiłku, żeby ten cholerny balans, normalność, zatrzymać. 

Pomaganie nigdy nie było to moim celem, samym w sobie. Nawet nie umiem określić, czy to umiem. Prowadziłam grupy terapeutyczne dla kobiet, dla uzależnionych, dla rodziców, warsztaty rozwojowe, kursy zmiany myślenia...  Moim celem była interakcja i zawodowe wyzwanie. I w ten sposób, niejako przy okazji, nauczyłam się pomagać samej sobie. 

Praca z ludźmi którzy oczekują pomocy bywa męcząca. Bywa, że szukają drugi na skróty i oczekują zmian, nie chcąc zmienić nic w sobie. Nie chcą przyjąć, że część ich świata rozgrywa się w ich głowach. Że to, co czują, nie dzieje się w sercu, tylko mózgu. Też kiedyś tego nie rozumiałam. Przez lata, w procesie, stawałam się swoim oparciem, powierniczką. Dzięki swoim wyborom, uczeniu się i doświadczaniu, a przede wszystkim praktyce świadomego życia zdobyłam narzędzia i umiejętności. Potrafię wykorzystać trudne momenty i wiem robić (i czego nie robić) w słabszych chwilach. Werbalizuje problemy, żeby siebie usłyszeć. Cenię słuchaczy bez doradzania. Pozwolą puścić wentyl, żeby bez balastu poddać się autoanalizie, poobserwować z dystansu, wycisnąć z kryzysu mądrość, morał. 

Wsłuchuje się w emocje, ale sądzę, że przeceniamy ich rolę, za dużo na nich się fiksujemy. Wokół emocji skupia się za dużo uwagi. Podejmowanie decyzji i wyborów, zachowania i relacje 'bo tak czuję' bywa złudne. My po prostu czujemy cały czas inaczej. Emocje są zmienne, dynamiczne. Samopoczucie nie jest stanem stałym, wpływa na nie mnóstwo czynników. Kierując się emocjami i pod ich wpływem podejmując działanie,  trzymamy się kurczowo przeszłości i tego, co znamy, choć może nam się wydawać, że jest inaczej. Ciągle wracamy w emocjach do przeżyć, nie zdając sobie z tego sprawy. Jesteśmy sumą doświadczeń, nasze nawyki to nasza druga natura. 

Ale czy chodzi o to, aby zmienić sytuację czy samopoczucie?

Jeśli chcesz podjąć decyzję czy dokonać życiowych wyborów, sprawdź, czy są w zgodzie z Twoimi wartościami. Jeśli największą wartością twojego życia jest bliskość, rodzina, ważne są relacje i miłość, będziesz dążył to tego, aby cię otaczały. W zachowaniu, w emocjach, w codzienności.
Jeśli jednocześnie postawisz sobie ambitne zawodowe cele, będziesz dążyć do auto sabotażu, miotał się w wątpliwościach. Będziesz uciekał od ludzi, którzy cię od tego oddalą, choćby łączyły cię z nimi więzi. Działanie, aby było skuteczne i spójne, powinno być w zgodzie z życiowymi wartościami - nie z tym, co w danej chwili czujemy, bo emocje biorą się z myśli, a myśli z przekonań. Wartości nie zmieniają się tak, jak emocje, wynikają z dużo głębszych czynników. A emocje? Mogą być tylko informacją, aby dążyć do porozumienia ze sobą.

Za pomocą załączonego ćwiczenia, wyciągniesz zaskakujące wnioski, i przekonasz się, czy i w jakim stopniu dążysz do realizacji swoich małych i dużych celów, a może tylko do... snucia marzeń? 

(ćwiczenie wykorzystuję na swoim warsztacie "cele i wartości w procesie", inspirując się zajęciami z pracy z klientem uzależnionym)

                                                                   



Czytaj więcej >

Nielegalny zawód zaufania publicznego? Psycholog


Otóż tak!
W Polsce nie istnieje zawód psychologa, czy może precyzyjniej: nie ma osób, które mogą ten zawód wykonywać.




W obecnym stanie prawnym nie istnieje możliwość w pełni legalnego wykonywania zawodu psychologa. Sytuację prawną psychologów reguluje ustawa z 08 czerwca 2001 r. o zawodzie psychologa i samorządzie zawodowym psychologów. Zgodnie z ustawą, aby psycholog mógł wykonywać swój zawód, obok spełnienia szeregu wymogów, musi zostać wpisany na listę psychologów Regionalnej Izby  Psychologów. Prawo do wykonywania zawodu ma przysługiwać z chwilą wpisania na wspomnianą listę.

Dopiero po uzyskaniu wpisu, psycholog uzyskuje prawo wykonywania zawodu (art. 7 ustawy). Wpis ma zatem charakter kreujący, bez niego wykonywanie zawodu psychologa jest prawnie... niedopuszczalne.

W teorii wszystko jest jasne i proste. Zdobywamy wykształcenie. Uzyskujemy wpis na listę. Nabywamy prawo wykonywania zawodu. Pracujemy.
Niestety w praktyce jest inaczej. Regionalne Izby Psychologów, które są jednostkami organizacyjnymi samorządu psychologów (art. 30 ustawy), nie istnieją. Od chwili wejścia w życie ustawy w 2006 r. do dzisiaj nie powstał samorząd psychologów. Nie powstały ani Regionalne Izby ani Krajowa Izba Psychologów. Nie ma organu właściwego do prowadzenia wymaganych prawem list psychologów.
W konsekwencji nie istnieją też same listy.

To zaś powoduje, że mamy prawny pat i nikt w Polsce nie może legalnie wykonywać zawodu psychologa, bowiem nikt nie spełnia przewidzianych w ustawie wymogów koniecznych do nabycia prawa wykonywania zawodu. 

Wszystkie zawody korporacyjne (lekarze, komornicy, adwokaci itd.) mimo naturalnych wewnętrznych animozji, które targają każdą wspólnotą, mają swoje samorządy. Są w stanie zapewnić ich funkcjonowanie i w konsekwencji swojego zawodu. Natomiast psycholodzy, ludzie powołani do "leczenia duszy człowieka", od 2006 r. nie potrafią powołać własnego samorządu, w ten sposób zadbać o interes całej korporacji i zapewnić sobie możliwość legalnego wykonywania profesji. 


Na szczęście nie kończyłam psychologii i te dylematy mnie nie dotyczą. Studiowałam socjologię z wyboru*. Fascynowała mnie socjologia zdrowia i choroby, perswazja socjologiczna, socjotechniki, relacje w strukturze społecznej i następstwa uwarunkowań społecznych na relacje. Choć przyznaje, przed wyborem myślałam też o psychologii. Od wczesnych lat dorastania z pasją czytałam o zaburzeniach psychicznych, schizofrenii; wertowałam słowniki psychiatrii i uczyłam się łacińskich nazw zaburzeń (choćby Necrosis axialis), które brzmiały jak najpiękniejszy język świata. Takie hobby :)
Co mnie skłoniło do takich akurat zainteresowań? Myślę, że to zwykła ciekawość drugiego człowieka, potrzeba zgłębiania jego natury, która została mi do dziś. I oczywiście fascynacja metodami i narzędziami dążenia do zdrowego optymizmu, którego można się nauczyć.

(...)
Kiedy dorastałam, pojawił się wysyp poradników psychologicznych i kursów rozwoju osobistego, a także koncepcji wychowawczych, który spowodował wielki bum w świadomości ludzi. Ale z drugiej strony, za ogromnymi oczekiwaniami, szło ogromne rozczarowanie. Rzeczywistość nie poddawała się modelowaniu w tak prosty sposób, jak obiecywano. Nie dało się swojego Ja ani życia rodzinnego podstawić do wzoru. A my chcemy czuć się ekspertami od emocji! I od życia w ogóle.
I to na zupełnym legalu!
Niespójność teorii z praktyką, zamieszanie z legalnością zawodu psychologa i zajadłość środowiska** zniechęca...
(...)



* po magisterce poszłam na doktorat na nauki społeczne zgłębiać zawiłości życia społecznego. Doktoratu nie skończyłam, za to skończyłam Studium w Instytucie Psychologii Stosowanej (kierunek psychoterapia), coaching kryzysowy II stopnia i bardziej lub mniej praktyczne kursy metod i technik pomocy psychologicznej. Na legalu...;)

** istnieje pewna najmniej wspierająca i najbardziej zajadła grupa fejsbukowa, skupiająca 30 tysięczną społeczność psychologów i terapeutów, gdzie empatia i bezwarunkowa akceptacja występują rzadko.




Czytaj więcej >

4 lata edukacji domowej. Słodko-gorzka refleksja


Moja rodzina, ja i dzieci bardzo się zmieniliśmy przez ostatnie cztery lata. Jesteśmy jak pędzący pociąg z wagonikami. Kiedy któryś szwankuje, zatrzymujemy się. Tory prowadzą nas w nieznane, ale razem jedziemy do przodu. Dokąd zajedziemy? Kto to wie. Na razie skupiamy się na widokach za oknem.
Z pewnością duży wkład w zmianę ma fakt, że dzieciaki są w edukacji pozaszkolnej, że spędzamy mnóstwo czasu razem i mamy istotny wpływ na wewnętrzne relacje i zasady rządzące naszym życiem. Nie musimy walczyć z innymi ludźmi o dobro naszych dzieci. Nie musimy mierzyć się z niesprzyjającym otoczeniem, bo sami wybieramy kiedy i z kim spędzamy czas. Możemy swobodnie trenować kompetencje życiowe w bezpiecznym otoczeniu, komunikację, umiejętność osiągania własnych celów, współpracę z innymi, wiarę w siebie i radzenie sobie w ogólnie pojętym żywocie.

Nie trzeba znaleźć się w środowisku szkolnym, żeby to przetrenować. Można w środowisku pozaszkolnym albo w rodzinie - szczególnie wielodzietnej, gdzie każdy chce wyrażać siebie, stawiać granice, czuć się ważny. Forsowanie swojego zdania, dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb (każdy ma inne) można ćwiczyć praktycznie non stop. Dorosły zyskuje na tym więcej niż na najlepszej terapii, bo nie ma lepszego nauczyciela, jak dziecko, w którym można przeglądać się jak w odbiciu lustrzanym. Wtedy zamiast zmieniać dziecko, zaczynasz zmieniać siebie. Przyglądasz się sobie i relacjom i masz cholernie dużo okazji, aby nazbierać mnóstwo wspólnych wspomnień.

Jako refleksję podaję kilka stereotypów, z którymi się spotkałam, odnośnie edukacji pozaszkolnej. Mierzę się z nimi z naszej perspektywy (rodziców pracujących i rodziny wielodzietnej) i to jest moje podsumowanie - słodko-gorzka refleksja na rozpoczęcie piątego roku w ED.




Wychowujesz "śnieżynki", jak wrócą do "normalnego życia" to zderzą się ze ścianą

Spotykam się z zarzutem, że skoro "trzymam" dzieci w domu, to chcę je chronić przed złym światem, który wcześniej czy później je dorwie i wtedy będzie dla nich katastrofa. Określenie "pokolenie płatków śniegu" czy "dzieci - śnieżynek" wzięło się z książki "Fight Club” Chucka Palahniuka. Pada tam z ust bohatera Tylera Durdena tekst "Nie jesteś wyjątkowy. Nie jesteś pięknym i unikalnym płatkiem śniegu”. Pokolenie z rozbuchanym ego, nastawione na JA, egocentryczne, narcystyczne, egoistyczne, niezaradne i niesamodzielne. Przekonane o własnej wyjątkowości i przewrażliwione na swoim punkcie. Otaczane opieką przez rodziców na każdym kroku, "trzymane pod kloszem". Taki mniej więcej jest obraz "pokolenia płatków śniegu". 

Postrzeganie podziału na "normalne życie" i "życie w ED" w kategorii czarno-białe jest błędne.  Przekonanie, że jedynie środowisko szkolne odpowiednio kształtuje człowieka, jest błędne. Tak, jak błędne jest przekonanie, że środowisko edukacji domowej jest idealne. Żadne rozwiązanie nie jest idealne, bo takie nie istnieją. Tak, prawdopodobnie nasze dzieci wiele razy zderzą się ze ścianą. Jak sobie z tym poradzą i jakie będzie miało to konsekwencje, nie zależy wyłącznie od tego, czy są w ED czy w szkole - nie przede wszystkim od tego. Clue leży w kompetencjach życiowych dzieciaka, bo jeśli otoczenie nie wspiera go w radzeniu sobie ze stresem, to przeżywany stres wcale nie uodporni i nie wzmocni, co najwyżej zbuduje grubą skórę, a pod spodem będzie tlił się wulkan. Jeśli dziecko czuje dużą potrzebę stawiania własnych granic, jest nadwrażliwe w którąś stronę, to środowisko szkolne prawdopodobnie mu nie posłuży. Zabierze mu sen i ruch. Swobodę wyrażania siebie i czas. Zabierze potencjał, wyjaskrawi słabości i "deficyty". 

Zazwyczaj dzieci w ED otoczone są dużą uwagą rodziców. Może to pójść w stronę nadopiekuńczości, która jest formą przemocy. Można być w ED i traumatyzować stresem, przerzucając na dziecko własne potrzeby, ambicje, kompleksy. Albo kompensować własne braki w życiu osobistym (brak rozwoju, pasji, bliskości w związku czy w ogóle partnera) i zawodowym (brak pomysłu na siebie, brak pracy), zbyt skupiając się na dziecku, łamiąc w ten sposób jego prawo do rozwoju osobistego i społecznego (tu Jean Liedloff pisze o niefortunnych konsekwencjach skupiania się na dziecku).

W moim odczuciu zbyt mało mówi się o ciemnych stronach edukacji pozaszkolnej, o cieniach i trudach tego typu stylu życia rodzinnego. Z jednej strony dobrze, że skupiamy się się na pozytywach, z drugiej pamiętamy fatalne skutki budowania wizerunku rodzicielstwa idealnego...

Integracja środowiska ED jest wciąż słaba i znacznie różnią się wspomniane style życia, potrzeby i oczekiwania, że ciężko mówić o uniwersalizmie.  
Tak czy siak przydało by się więcej obiektywizmu. Jak we wszystkim.


Przedszkole i szkoła są potrzebne, sama nie dasz dzieciom tego, co tam dostaną - tyle różnorodnych zajęć.

Też byłam dzieckiem. Nie chodziłam do przedszkola, siedziałam z babcią. Nie miałam żadnych dodatkowych zajęć zorganizowanych, nikt mi też ich nie organizował w domu. Bawiłam się tak, jak podpowiadała mi wyobraźnia. Do dziś lubię być sama ze sobą, a najlepsze rzeczy wymyślam, kiedy nikt nie podstawia mi nic pod nos. Kiedy już nasycę się byciem ze sobą, mogę wyjść do ludzi. Nie wyrosłam na socjopatkę czy głąba, choć do 7 roku życia nie chodziłam na sporty, języki, tańce czy szachy. Latałam za to sporo po podwórku. 

W podstawówce różnorodność zajęć polegała na tym, że chodziło się z sali do sali i drżało na kartkówki. Uczyłam się słabo i niechętnie, w niczym nie byłam dobra, poza pisaniem opowiadań. Przez te opowiadania przypięto mi łatkę humanistki, co w praktyce życiowej okazało się zupełną bzdurą.

Obserwując swoje dzieci, widzę, że jest to właśnie tym czego łakną najbardziej - niczym nie zakłócona, swobodna zabawa i dużo ruchu. Podążanie za tym, czym same chcą się zająć. Pozwolenie im na swobodne obserwowanie świata, który ma sam w sobie mnóstwo bodźców. Nie mamy planu dnia, wypełnionego po brzegi ambitnymi zajęciami. I wiem, że nie jest to im potrzebne, ani mnie!
Przyjdzie czas, kiedy będą chciały więcej i wtedy to rozważę, ale argument, że to przyda się w życiu /na maturze / w pracy - jest oparty na wierze i myśleniu życzeniowym.


Kto się zaopiekuje dziećmi na ED? Co z pracą?

Teoretycznie zabierając dziecko z placówki, robimy to nie po to, aby organizować mu opiekę, ale po to, aby z nim być i budować więź opartą na wspólnie spędzonym czasie. Ale nie zawsze jest tak, nie każdy ma takie zasoby. Jeśli pracujemy i nie możemy być w tym czasie z dzieckiem, to nie jest to sytuacja gorsza, ani bez wyjścia. To jedna z możliwych dróg. Można szukać alternatyw, wsparcia w opiece. Kooperatywy, prywatnych zajęć, opiekunki. Dylemat edukacja domowa albo praca to raczej kwestia okresu wczesnoszkolnego. Potem następuje usamodzielnienie i może być tylko łatwiej.

Jeśli nie mamy ogromnych kredytów, prawdopodobnie wypłata jednego opiekuna starczy na utrzymanie rodziny (jeśli opiekunów jest dwóch i jeśli jeden z nich może i chce nie pracować zarobkowo). W obecnych czasach mamy tę łatwość, że zawód, formę pracy i jej rodzaj można zmieniać i dokonywać różnych wyborów. Edukacja domowa to też wybór, niełatwy i ciągle będący przywilejem. W praktyce to niekoniecznie luźne szwendanie się po ambitnych wystawach, długie trasy po historycznych miejscach, czy sielskie liczenie koniczynek na łące. Oczywiście, można i tak, ale życie w edukacji pozaszkolnej to też proza, frustracja i zmęczenie rodziców, samotność dzieci. 

Da się prowadzić dzieci w edukacji pozaszkolnej i pracować. To jest kwestia wewnętrznej organizacji. Czasem bywa trudno, czasem wspaniale.
 Niech każdy decyduje za swoją rodzinę i wybiera co jest dla niej najlepsze. 


Integracja w szkole z rówieśnikami jest niezbędna do rozwoju.

Zgadzam się, integracja jest ważna. Czy koniecznie z rówieśnikami? Czy koniecznie w szkole? Niekoniecznie. Spędzanie iluś godzin w budynku nie gwarantuje integracji. I nie każdy ma szansę na integrację w szkole. Wypada wspomnieć o przemocy rówieśniczej, która jest galopującym zjawiskiem i rośnie w siłę. 

Czy nam - dzieciom z systemu - pobyt w szkole zapewnił umiejętność odnalezienia się w życiu: w pracy, w każdym nowym środowisku, nawiązywania codziennych relacji z innymi ludźmi? Czy szkoła tego naprawdę uczy? 
Czy może jest tak w wypadku szkoły, że działa jak katalizator wrodzonych predyspozycji każdego człowieka?
Bardziej obawiam się, że integracja w obecnych czasach globalnie zanika, nie jesteśmy już społecznością dzieci biegających z kijem i piłką po podwórku. Dzieci, które kiedyś po szkole biegały pod oknami, teraz mają szereg zajęć dodatkowych, albo są w wirtualnym świecie. 

Nie unikajmy tematu osamotnienia dzieci zarówno w edukacji pozaszkolnej i szkolnej.
Integracja, socjalizacja w edukacji pozaszkolnej jest ważna. Rodzic, choćby najwspanialszy, nie zastąpi relacji z innymi dziećmi i przyjaciół.


Co dziecko robi cały dzień kiedy nie chodzi do szkoły?


Otóż to, co ono może robić poza szkołą? Nie może przecież nie robić nic. Musi mieć jakieś obowiązki, plan dnia, zajęcia i siedzieć posłusznie na tej twardej ławce, bo inaczej głupoty przychodzą do głowy, to jest nierozwojowe i dziecko dziczeje. Za to najbardziej nie lubię popkultury - lansuje ideę, że w życiu nie jest najważniejsze samo życie, że musi być coś więcej, coś extra. Że nie można napawać się, tym, że się jest, tylko trzeba być kimś i jakimś. Więc tylko chodzenie do szkoły zapewni odpowiedni rozwój. Jeśli dziecko zostaje w domu, to z pewnością odbija się od ściany do ściany, narasta w nim frustracja i to jest w ogóle jakaś patologia.
Więc co robią dzieci w edukacji domowej przez cały dzień? Po prostu żyją. 


Dzieci po ED mają problemy społeczne, muszą korzystać z terapii

Dzieci mogą mieć problemy społeczne z wielu powodów. A szkoła nie gwarantuje, że ich nie będzie, wręcz przeciwnie, patrząc na statystyki skolionofobii (fobii szkolnej). Dotyka dzieci szkolne i bynajmniej nie jest wymysłem, tylko przykrym faktem - to zaburzenie lękowe, potocznie zwane nerwicą szkolną, znajduje się w klasyfikacji zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania.
Pytanie, czy łatwiej stać się socjopatą dziecku wrzuconemu w tłum czy wyizolowanemu z tego tłumu? 


"Naszym zadaniem jest przygotować dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka".

Czytaj więcej >

Dzieciocentryzm 


         Afrykańska matka jest ze swoim niemowlakiem non stop. Nosi ze sobą małe dziecie w chuście i wykonuje prace fizyczne. Jest z nim nierozłącznie, tego się od niej oczekuje, taka kultura, takie warunki. Opiekuje się bo to należy do jej rodowych obowiązków. Kiedy dziecie dorasta, odkleja się od matki i bawi się z innymi dziećmi, nikt już nie oczekuje od niej, żeby robiła z nim budowle z patyków, bawiła się w berka i wymyślała na całe dnie kreatywne i edukacyjne zabawy, a także dbała o jego konstruktywny rozwój osobisty.Europejska matka idąc wzorem matki rdzennej i idei bliskiego rodzicielstwa zaopatrzyła się w chustę, tudzież nosidło, i też praktykuje noszenie.
Różnica jest taka, że nie kopie w polu i poza podstawową opieką pełni wiele innych skomplikowanych ról wobec swego potomka, które czasem wpadają w irytujący i masochistyczny dzieciocentryzm.




Kiedy moje dzieci były niemowlętami, lubiłam kiedy w mieszkaniu było czysto i systematycznie np. myłam podłogi. Ile to się nasłuchałam, że po co, że nie warto, że lepiej żyć z syfie ale pobyć z dzieciątkiem, że są ważniejsze rzeczy, a podłoga poczeka. Nigdy tego nie rozumiałam, a może nie chciało mi się nad tym zbyt pochylać, skąd inni widzą, co jest dla mnie najlepsze (a raczej dla moich dzieci). Mnie te czyste podłogi podnosiły samopoczucie. Psychologicznie patrząc, teoria głosi, że podobnie jest z pracą w ogródku - daje poczucie kontroli, jaką tracimy w naszym życiu. Posiadanie dzieci, szczególnie małych, przewala życie do góry nogami i kontroli nie ma żadnej. Umycie podłogi, naczyń czy włosów, może pomóc postawić do pionu nasze ego. 

Te i inne codzienne zachowania, mogą się z różnych przyczyn nie podobać innym, bo są kwestią potrzeb matki i nie koncentrują się wyłącznie na dzieciach. Życie matki ma być zdeterminowane przez bycie matką. Macierzyństwo powinno być celem i treścią jej życia. Rola europejskiej matki jest jednak dużo bardziej skomplikowana, niż matki afrykańskiej. Skomplikowała to kultura masowa, a przede wszystkim inne matki.

Matka bywa w kryzysie. Szuka zrozumienia i oparcia. Dostaje obstrzałem mądralińskich ocen i złotych porad, bo cokolwiek się dzieje, to matka coś źle robi i konieczne powinna to naprawić wg instrukcji. Gdzie w matce jest człowiek? Poza byciem matką niewiele zostaje. Jest organizatorem życia rodzinnego, logistykiem, zaopatrzeniowcem, a na spotkaniach towarzyskich specjalistką od wizerunku. I oczywiście jest terapeutą rodziny. Dla swych dzieci musi być zawsze rozumiejącą i wspierającą. Kiedy przedszkolaki dają popalić, to z pewnością wyrażają swoje głębokie potrzeby.
Kiedy dorastające trzaskają drzwiami i nie wykazują chęci współpracy, to pewnie zaznaczają granice i budują swoje terytorium - należy to bezwzględnie uszanować. Kiedy marudzą, wchodzą na głowę i nie współpracują, trzeba je bezwzględnie kochać, wspierać, doceniać, poświęcać się w całości i pracować nad swoimi złymi emocjami, kiedy się tylko pojawią. Absolutnie nie podnosić głosu i nie karać. Jeśli nie radzimy sobie z wychowaniem, to mamy problem i zróbmy coś z sobą.
Bo matka musi się kierować empatią a nie egoizmem! 

Moja mama opowiada, że kiedy ona wychowywała nas, nikt się tak nie skupiał na dzieciach jak dziś. Przede wszystkim mamy nie krytykowały się wzajemnie, nie pouczały i nie robiły wykładów o tym co czują i myślą ich dzieci. Tworzyły społeczność bez wyścigów o style wychowawcze.
Organizacja życia była dużo trudniejsza ale nikt na siłę nie udowadniał, że jest mu lekko - zapewne nie miał gdzie (nie było instagrama). 

Obecne matki muszą się zmagać z oceną swojego zachowania i wyglądu na każdym kroku. Są rozliczane z tego, co mówią, jak mówią, co robią, a nawet co myślą. Nie jestem pewna, czy społeczeństwo dało matce prawo do wyrażenia rozczarowania, na tyle, na ile to deklaruje. Wychowywanie dzieci stało się środkiem do celu, jakim jest sukces życiowy; wyścigiem idealnych matek idealnych dzieci; domeną najbardziej zakompleksionej i pogubionej grupy społecznej.

Czy jest dla nas matek jeszcze jakaś szansa? ;) 


Czytaj więcej >

Życie wielodzietne


W szkole średniej pisałam krótkie opowiadania i wiersze. Na studiach bawiłam się w dziennikarstwo społeczne, byłam nawet redaktorką naczelną na pewnym popularnym serwisie. Produkowałam wpisy na bloga taśmowo, pisanie dawało mi dużo ulgi, szczególnie jeśli drążyłam jakiś temat, albo jeśli coś mi ciążyło i mogłam to z siebie wyrzucić. 

OffMatka jest moim trzecim moim blogiem w offnurcie. Uwielbiałam pisanie do momentu kiedy poczułam, że nie mam już w sobie tej silnej potrzeby, skierowała się gdzieś indziej. Choć chętnie napisałabym o znikających przeciwciałach i badaniach przedklinicznych na makakach ale kto o tym zechce czytać, skoro odwaga narodowa tak potaniała, że wystarczy się zaszczepić, żeby być bohaterem?

Więc na razie mało piszę, moje dzieci rosną, buduje mi się coraz wyraźniej i konkretniej szczery do bólu obraz życia rodziny wielodzietnej. Jesteśmy pod względem życia codziennego minimalistami, co oznacza, że wystarczy nam to, co posiadamy. Ale marzy mi się pójście z mężem na rytuał do sauny, tylko we dwoje, nie mieliśmy okazji zrobić tego od ponad 6 lat, bo nie mamy z kim zostawić dzieci. A one są epicentrum naszego świata, codziennym przewodnikiem, nauczycielem, coachem i terapeutą. Mój rozwój osobisty to właśnie ta codzienność, zmaganie się ze słabszymi chwilami i umiejętność czerpania z nich.
Mam momenty okropnego zmęczenia nieustanną dyspozycją, szczególnie kiedy jest nerwowo. Nie da się skupić na każdym dziecku naraz. Zawsze któreś jest w tle i dopomina się o uwagę w różny sposób.  

Jednego jestem pewna - jako matka wielodzietna i osoba zawodowo obcująca z młodzieżą - w dzieciach jest więcej różnic niż podobieństw. Wygląd, temperament, upodobania, mocne i słabe strony, charakter. Są dzieci, które lubią i potrafią bawić się abstrakcyjnie, i takie które tego nie łapią. Są takie, co skupią się na określonej czynności i robią ja długo, i takie, co nudzą się szybko i szukają nowych wrażeń. Są takie, co wrzeszczą o wszystko i takie, co rzadko się drą. Takie, co ucieszy każda zabawka i takie, co nie bawią się niczym. Takie, co zajmą się sobą przez kilka godzin i takie co nie zajmą się sobą przez 5 minut. Są dzieci współpracujące i dzieci wymagające, dzieci ciche i głośne, dzieci odważne i wycofane, samodzielne i nie, takie co budują i takie co psują. Patrzenie na dzieci poprzez pryzmat tego, w czym się różnią, może poszerzać horyzonty, zmniejszać szufladki, dawać więcej świadomości, a mniej niezrozumienia - jeśli tylko jesteśmy zdolni do głębokiej tolerancji. Jeśli masz więcej niż jedno dziecko, wiesz, jak bardzo się różnią i że nie ma uniwersalnych metod wychowawczych. Że trudno jest robić coś w grupie dopasowując formę, tempo zajęcia do wszystkich, różniących się wiekiem dzieci, i przy tym nie zatracić własnych potrzeb. Że praca z dziećmi jest nieustająca i nieprzewidywalna. 

Że ciężko jest pogodzić potrzeby różnych osób. 
Np. ruchu moich dzieci z moim odpoczynkiem i bywa też na odwrót 👀












Czytaj więcej >

Sięgnij po optymizm!


Czy zdrowe myślenie może uzdrowić?
Czy optymizm może pomóc zwalczyć chorobę?
Czy skierowanie uwagi na pozytywne rzeczy może sprawić, że będzie nam żyło się lepiej?

Psychiatra Martin E. P. Seligman w swoich badaniach wykazał, że stany psychologiczne wpływają na podatność na przeziębienia. Seligman w książce „Pełnia życia” pisze tak:
„Chciałbym, aby nauka potwierdziła, że ludzie mający ‘silniejsze’ układy odpornościowe są odporniejsi na choroby zakaźne, jednak nie jest to kwestia rozstrzygnięta. O dziwo jednak znacznie lepiej udało się rozstrzygnąć, jak stany psychologiczne wpływają na podatność na przeziębienia."


Nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach OPTYMIZM to towar deficytowy, a rozwój osobisty został zepchnięty na koniec kolejki ludzkich potrzeb. Wiadomo, że... wszystko może być rozwojem osobistym, ale aby z tego korzystać, trzeba mieć odpowiednie zasoby.
Na przykład poznać i wprowadzić w życie narzędzia i metody pracy, które pomogą nam rozwijać się w pożądanym przez nas kierunku.
Dla tych, co chcą poprawić swoje samopoczucie i zdrowie, przygotowałam

Krótki Kurs Optymizmu 

- skondensowaną wiedzę nt. techniki emocjonalnej samopomocy, opartej na praktycznym narzędziu psychologii poznawczo-behawioralnej: Racjonalnej Terapii Zachowania (RTZ). 

Dlaczego nazwałam to Kursem Optymizmu? Bo kiedy pracujemy z własnymi przekonaniami, zauważamy, że to nie rzeczy nas smucą, ale nasze przekonania o nich. Zdrowe myślenie, dobre samopoczucie i bycie aktywnym optymistą jest dostępne dla każdego! 😉

19-stronicowy "Krótki Kurs Optymizmu" zawiera wprowadzenie do metody RTZ, opis modelu, zasad pracy, ćwiczenia do własnej praktyki, wyjaśnienia.

RTZ koncentruje się na faktach i skutecznie oddziela je od wielu interpretacji, jakich każdy z nas dokonuje na co dzień. Poznanymi technikami można pracować ze sobą, indywidualnie, grupowo, z dorosłymi i z młodzieżą. 

Jeśli chcesz przekonać się, jak wziąć odpowiedzialność za własne uczucia, zyskać spokój, swobodę, radość życia, a przede wszystkim zdrowie, skorzystaj z kursu.

Napisz 👉 offmatka@gmail.com

👇

O psychologii choroby, wpływie emocji na choroby zakaźne pisałam w: 
PSYCHOLOGIA CHOROBY ZAKAŹNEJ. CZY OPTYMIZM MOŻE URATOWAĆ LUDZKOŚĆ? 

O psychoneuroimmunologii pisałam w: 
JELITA – UŚPIONY MÓZG, PSYCHONEUROIMMUNOLOGIA I KAWAŁEK Z ŻYCIA 






Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia