Kocham cię w konflikcie. 12 zasad kłótni konstruktywnej


Kłótnia jest naturalną dramą. Nic w niej nadzwyczajnego czy dziwnego, kto się nigdy nie kłóci? Kłótnia zdarza się każdemu. Ale jest bolączką idealistów, bo złość jest ich znakiem rozpoznawczym – chcieliby, żeby wszystko odbywało się tak, jak to oni sobie obmyślą.

Z dedykacją dla nich 12 zasad kłótni konstruktywnej, które kilka lat temu wspaniałomyślnie na warsztacie przekazał słuchaczom Jarek Kusza, reżyser, trener, pedagog dramy, który posiadł dar niezwykłego łączenia celów artystycznych z terapeutycznymi.

Może spróbujesz?



1. Wysłuchaj do końca, bez przerywania (żeby znaleźć prawdziwą przyczynę dlaczego się kłócicie). Szanuj tę drugą osobę i niech będzie dla ciebie ważna kiedy jest dobrze i kiedy jest źle.
Myśl: kocham cię też w konflikcie.

2. Nie układaj repliki, dopóki ta druga osoba nie skończy mówić tego, co chce tobie powiedzieć. Daj jej czas na namysł, nie wcinaj się.

3. Odróżniaj merytoryczność od emocji. Skup się na treści kłótni, nie na emocjach, które w tobie buzują.

4. Odczytaj, co jest prawdziwą przyczyną wybuchu tej kłótni.

5. Nie mieszaj swoich pretensji do niego z jego pretensjami do ciebie.

6. Agresja to maska cierpienia, pamiętaj o tym.

7. Nie używaj w konflikcie słów: nigdy oraz zawsze. Nic nie jest nigdy i zawsze. To krzywdząca generalizacja, zamykająca cię na druga osobę.

8. Nie odwołuj się do minionych zdarzeń z przeszłości, jako argumentów w konflikcie – to lipne i mało wiarygodne tendencyjne dowody.

9. Nie bądź stroną konfliktu. Kochaj prawdę nieważne czyją jest.

10. Odróżnij agresję od gniewu. Agresja to stare lęki, które eksplodowały (w ogóle nie na temat), są wybuchem małego dziecka, zalęknionej dziewczynki lub chłopczyka, wybuch objawia się brakiem kontaktu wzrokowego, silna gestykulacją, nieustannym dreptaniem. Gniew to twoje prawo do sprzeciwu wobec naruszenia twoich praw, prawo do sprawiedliwości i szacunku.

11. Nie walcz w kłótni w myśl tego, że w kłótni musi być zwycięzca. Nie musisz pokonać drugiego człowieka, tym bardziej bliskiego. Kłótnia to wymiana racji a nie rywalizacja.

12. Sprawdź, czy ty w ogóle umiesz przyznać komuś rację, przyznać się do błędu? I to nie tylko dla świętego spokoju!

Czytaj więcej >

Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru vol.2





Wracam do swego tekstu o RB sprzed lat, który znajdziecie pod linkiem: 
"Medialne Rodzicielstwo Bliskości. Lukier z białego cukru" kontynuując tutaj temat w nieco zmienionej perspektywie.
Wtedy patrząc przez pryzmat całkiem małych dzieci, skrupulatnie skomentowałam wywiad z Agnieszką Stein, znaną ekspertką w temacie. Cóż, dziś napisałabym to samo, albo i więcej, właśnie dlatego, że teraz myślę też o nastolatkach, nieco poszerzył mi się rodzicielski punkt widzenia ;)







0-4 latkowi chcesz uchylić nieba, reagujesz na każdą jego potrzebę, na każde oczekiwanie, stęk i jęk, chcesz żeby zawsze i wszędzie mogło wyrazić siebie i tylko siebie, wybierać i decydować, w sposób jaki potrzebuje i chce, ma przecież do tego prawo, a Ty jesteś rodzicem bliskościowcem i stosujesz się do reguł Rodzicielstwa Bliskości. To są oczywiście założenia skrajne i wychodzące się z medialnego oblicza RB jakie opisałam krytycznie w I części i jest to zjawisko aktualne powszechne – wyznawane fanatycznie, krzywdząco rozumiane rodzicielstwo. 

Nawet dojrzałe umysły mają problem z takim wyrażaniem swoich emocji, żeby nie ranić innych.
Wymaga to samoświadomości, samokontroli, samoregulacji a także empatii. Im bardziej osoba ekstrawertyczna, ekspresyjna i wrażliwsza tym trudniej wypracowuje mechanizmy zachowania, tym trudniej jej mieć na wodzy emocje. W przypadku nastolatka gdzie te emocje buzują jak w wulkanie przed erupcją, wyuczone nawyki zachowań, jakie wpoił mu błędnie pojmujący idee wychowawcze i ślepo zapatrzony w uniwersalne trendy rodzic, przejdą w postawę, która obije się bolesną czkawką u rodzica, a przede wszystkim dziecka, które pójdzie z takim bagażem w świat. 

Na przykład, twoje małe dziecko uwielbia hałasować, krzyczeć i nieustannie ci przerywa, a RB mówi, że potrzeby dziecka i jego swobodna zabawa i są najważniejsze, więc dajesz na to przyzwolenie (prosząc i tłumacząc bez rezultatu też). 
Albo w przesadnej trosce (nadopiekuńczości) mówisz dziecku, co i jak ono czuje ("rozumiem, co czujesz" lub "jesteś wściekły"), albo co ma mówić innym ("powiedz Kasi, żeby ...") czy nam ("powiedz, że czujesz .../chciałeś /nie chciałeś ...") tak naprawdę mówiąc to do siebie i dla swojego poczucia kontroli nad dzieckiem i sytuacją.
Inny przykład. Dziecko jest uczone, że nie bierze odpowiedzialności za emocje innych, czyli postawy wysoce terapeutycznej :) To prawda, nikt nie bierze odpowiedzialności za odczucia emocjonalne innych osób. A kiedy dziecko zrobi coś przykrego rodzicowi, kopnie, opluje, powie że nienawidzi lub jako xx-latek nażłopie się alkoholu lub naćpa, gdy powiemy mu, że jest nam przykro i nasze serce rodzica wyje, a ono odpali - to Twój problem, ja nie jestem odpowiedzialny za to jak się czujesz. 
No racja, nie jest i ono nie ma problemu, wychodzi na to, że TY go masz.
Jeśli dziecko przez lata było uczone, że jego potrzeby i emocje są najważniejsze, że zawsze jest w centrum, że spełniane są wszystkie jego potrzeby oraz zachciewajki, że ma nieograniczoną swobodę w wyrażaniu siebie i jeśli innym się to nie podoba to mają problem, to wyobraźmy siebie teraz taką wyuczoną postawę u dorosłego. To narcyzm, skrajny egoizm, egocentryzm, arogancja.
Do mechanizmów wychowawczych dochodzą cechy indywidualne, charakter, temperament, możliwości rozwojowe. Jeśli dziecko ma np. zaburzenia rozwojowe, w procesach biochemiczych czy np. genetyczną skłonność do ADHD, to wysiłki rodzica mogą przynieść efekty co najmniej odwrotne do oczekiwanych, przeceniając rolę stylu wychowania ponad wszystko inne.

A co tam internetowe matki piszą?

Matka Skaut pisze o rodzicielskich interpretacjach zasad rodzicielstwa bliskości, które dla niej, jako psychologa, są co najmniej niepokojące, np. 
- kiedy matka przedkłada przyzwyczajenia swojego dziecka nad swój podstawowy komfort psychiczny,
- kiedy nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby postawić swoje potrzeby przed potrzebami dziecka nawet raz na jakiś czas,
- kiedy pojawia się założenie, że dziecko w ogóle nie ma możliwości (i obowiązku) kontrolowania swoich emocji i że ma prawo wyrażać je zawsze i wszędzie tak, jak chce,
- kiedy zdanie dziecka jest tak samo ważne, jak zdanie rodzica
I trafnie opisuje Internetowy terroryzm, czyli jak ortodoksy RB wieszają psy na każdym kto zdecyduje się myśleć inaczej. 
Znam takie przypadki kiedy bliskościowe, zafiksowane na swoich jedynakach mamuśki (w sumie sama jak miałam jedno dziecko to napaliłam się na temat jak szczerbaty na suchary, a to były czasy Tracy Hogg) klasyfikują-opiniują-krytykują-oceniają bo one o wychowywaniu wiedzą wszystko, a Ty nic...
I w tym miejscu muszę napisać, że odnoszę wrażenie, że tym mamuśkom przede wszystkim brak luzu i dystansu, te wszelkie mądre poradniki stanęły im w kręgosłupach jak kije od szczotek!


Matka tylko jedna opisuje, że jej 4-latek wściekł się, bo wdepnął w zamek, który budował, i z tej wściekłości zaczął tłuc i kopać matkę. Matka nic nie zawiniła, ale oberwała kopniaki! Zgoda na odczuwanie silnych emocji przez dziecko zostało pomylone ze zgodą na dowolne ich wyrażanie. Czy dorosły któremu nie wyjdzie coś w pracy może zacząć się drzeć, walić pięściami i kopnąć szefa?? 

Matka pod prąd zachwyca się rodzicami Peppy czyli bajkowymi świnkami, którzy są wg niej godnym naśladowania wzorem RB, bo szanują uczucia dzieci swoim kosztem, nigdy nie krytykują, traktują ich na równi z dorosłymi oraz reagują natychmiast! na ich potrzeby.



Pytanie na koniec – skąd się bierze ten fanatyzm, brak refleksji? 
W wychowywaniu dzieci sięgamy po mądre teorie, które nas przerastają, bo mamy w sobie bałagan, tak sądzę. Krzywdy, rany, niepoukładane sprawy. I zapominamy (albo wypieramy), że wszystko zaczyna się w nas, że żadne mądre porady nie zmienią tego, co mamy w swoich głowach. 
Żadne sztuczne postawy szacunku nie nauczą go innych, jeśli nie szanujemy siebie samych.
Myślę sobie o tym za każdym razem, kiedy spotykam taką postawę u kogoś - "ja wiem na czym polega dobre wychowanie, powiem ci co masz robić, bo robisz źle", umniejszającego innym, zbzikowanego rodzica.
Żal ale co poradzić, niech żyją jak chcą, byle w oddali ;)

Czytaj więcej >

Dlaczego inteligencja nie gwarantuje życiowego sukcesu? Tropem Seligmana



Dlaczego inteligencja nie gwarantuje życiowego sukcesu?
Dlaczego oceny szkolne nie mają sensu?
W jaki sposób sam rodzic kształtuje w dziecku postrzeganie świata, a potem oczekuje od niego całkiem innej postawy?
Co to jest styl wyjaśniania, dlaczego warto go w sobie (i swoim dziecku) modyfikować, dla lepszego życia?







Część rodziców uznaje pewne parametry za kluczowe w osiągnięciu przez dziecko życiowego sukcesu. W tym: oceny szkolne, czerwone paski, osiągnięcia oraz wysoki iloraz IQ.
Niestety, żadne z powyższych nie gwarantuje sukcesu życiowego dziecka. Nie mają realnego wpływu na powodzenie w dorosłości. Sukcesy życiowe osiągają niekoniecznie osób najbardziej utalentowane! No, chyba, że przy odpowiednim talencie odznaczą się jednocześnie czymś jeszcze.
W czym tkwi clue?

(Dlaczego uważam, że oceny szkolne są bez sensu, a także o tym, co jest ważniejsze od wysokiego IQ dziecka piszę na końcu). 
Tymczasem zbadano, dokonano odkryć i postawiono wnioski, które od dziesięcioleci nie mają szans przebić się do polskiego systemu edukacji i rozsądku polskich rodziców, tym samym realnie pomóc naszym dzieciom mieć tzw. dobre życie.

Profesor psychologii, twórca teorii wyuczonej bezradności oraz psychologii pozytywnej, Martin E.P. Seligman, badał m.in. osoby rekrutujące się na wyższe uczelnie.
Mianowicie rekrutacja kandydatów na wyższe studia nie dość, że nie przewidywała postępów przyszłych studentów, to błędnie oceniała ich możliwości w toku studiowania. Rekrutacja była chybiona – po półroczu i dalej większość rokujących kandydatów odpadała ze studiów.
Co znaczyło „rokujących” w oczach działu rekrutacji? Miały być to osoby, które uzyskiwały określony wynik i dzięki temu były przyjęte na listę studentów. Wynik był liczony na podstawie ocen ze szkoły średniej, oceny komisji kwalifikacyjnej oraz rezultatów testu wstępnego na studia. Był to tzw. test SAT (Stanford Achievement Test).

Założono, że im wynik wyższy, tym większa gwarancja, że przyjmuje się dobrych przyszłych studentów, który będzie miał równie wysokie oceny – znamy to, prawda? Jest tak obecnie w szkołach średnich i wyższych w Polsce. Potrzebne są punkty w podstawówki, żeby dostać się do liceum i punkty z liceum, żeby dostać się na uczelnię. Ważny jest test wstępny oraz oceny komisji, co niekoniecznie wskazuje czy nadajemy się do owego profilu i czy damy sobie na danym kierunku radę (weźmy na przykład taką uniwersytecką psychologię – zdaje się test ogólny wiedzy ze szkoły średniej, czytanie ze zrozumieniem a czasem test na IQ; psychologie na prywatnych uczelniach nie mają egzaminów, tylko wysokie czesne, które decyduje o możliwości studiowania tego kierunku).
Ogólnie, musimy się dobrze wyuczyć podstawy programowej, żeby dać innym poczucie, że jesteśmy zdolni i nadal będziemy utrzymywać wysoki poziom nauki. 

W 1987 poddano studentów pierwszym testom autorstwa Seligmana – kwestionariuszowi ASQ (Attributional Style Questionnaire) mierzącemu STYL WYJAŚNIANIA zdarzeń.


Najpierw przybliżę, co to jest STYL WYJAŚNIANIA. Jest to nawykowy, względnie trwały sposób, za pomocą którego ludzie wyjaśniają wydarzenia, które mają miejsce w ich życiu. 
To, jak myślisz o swoich problemach, chorobach, niepowiedzeniach – może je pogłębić lub przeciwnie – osłabić. Mając  PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA bezradność nie będzie lekcją, ale porażka może pchnąć Cię w otchłań depresji, niezależnie od Twojego IQ.
Optymista porażki życiowe traktuje się jako zdarzenia chwilowe, których nie jest bezpośrednio winny poprzez np. brak kompetencji czy słabość, jako zdarzenia o niewielkim wpływie na jego życie, natomiast sukcesy interpretuje jako zależne od niego samego, od jego własnych kompetencji i zalet, jako zdarzenia stałe, mające wpływ na jego życie.
Z pesymistami jest dokładnie na odwrót.


Wróćmy do badania.
Po pierwszym semestrze, długiej sesji egzaminacyjnej, współzawodnictwie w szkole wyższej, wielu prymusów szkoły średniej, którzy wypadli świetnie w testach SAT, polegało, a wielu średniaków wypadło dużo lepiej, niż zakładano. Studenci, którzy dali sobie radę o osiągnęli wyniki lepsze niż zakładano (oceniając ich zdolności za pomocą testu wstępnego) byli OPTYMISTAMI! I analogicznie, ci, którzy wypadli dużo gorzej, niż powinni, byli pesymistami.

Wyniki pokazały, że te metody rekrutacji są do niczego, to czysta absurdalna statystyka, która nie przekładała się na uczelniane realia. Studenci, którzy mieli sobie świetnie radzić, radzili sobie gorzej, niż przewidywano, a znaczna cześć osiąga lepsze wyniki, niż wskazywały ich punkty przy rekrutacji.
Tym samym, dużo zdolnej młodzieży nie dostaje się do wybranych szkół i uczelni, a przyjmowani są tacy, którzy odpadają albo się męczą.

Przejdźmy do innego badania Seligmana, w tym przypadku dzieci - uczniów klas 4.
Podobne wnioski jak z badania kandydatów na studia dotyczyły właśnie tego badania. Wniosek brzmiał mniej więcej tak: „PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA u dzieci może być podstawową przyczyną ich depresji i marnych osiągnięć”.
Większość niepowodzeń w szkole nie jest wynikiem braku zdolności dziecka. Dzieci mające PESYMISTYCZNY STYL WYJAŚNIANIA wykazywały się bezradnością wobec niepowiedzeń, niechęcią do wykonania zadań, nie doceniały tez swoich osiągnięć. Kiedy dzieci wychodziły z założenia, że NIE MOGĄ NIC ZROBIĆ, przestawały próbować, poddawały się, brakowało im też umiejętności dochodzenia do siebie po niepowiedzeniu.

Wiemy już, że STYL WYJAŚNIANIA decyduje o naszym powodzeniu.
Pytanie skąd u dzieci taki, a nie inny STYL WYJAŚNIANIA zdarzeń (porażek)?
Seligman to zbadał. Są 3 źródła wpływów.

Pierwszy to forma wyjaśnień przyczyn niepowiedzeń, które stale słyszy z Twoich ust – szczególnie jeśli jesteś matką, bo to jednak matka spędza z dzieckiem znaczną większość czasu. Jeśli wyjaśniasz przyczyny niepowodzeń optymistycznie – dziecko również będzie je tak wyjaśniać.
Drugi to forma uwag krytycznych, które serwujesz dziecku kiedy mu się coś nie uda. Jeśli koncentrujesz się na stałych przyczynach (ty ciągle, ty zawsze, ty nigdy…. czyli niepowodzeniom nie będzie końca...) oraz zasięgu uniwersalnym (czyli że obecna sytuacja wpłynie negatywnie na wszystko wokół), a do tego personalizujesz (przyczyna wynika z jego winy czyli kreujesz ofiarę), to prawdopodobnie serwujesz dziecku zasady organizacji jego świata w jakie uwierzy na stałe.
Trzeci to natura urazów i strat, jakie doświadcza dziecko. Im bardziej są stale obecne w jego życiu, wyrabia w sobie pogląd, że niepowodzenia ciężko przezwyciężyć.

Pomijając ważny aspekt środowiska, mamy ogromny wpływ, jako rodzice, na formułowanie się  STYLU WYJAŚNIANIA. Dając komunikaty i oceniając zdarzenia, kształtujemy w dziecku rozumienie świata. Kształtujemy optymistę lub pesymistę. Kogoś, kto będzie szukał przyczyn swoich niepowiedzeń w sobie lub zjawiskach trwałych, albo w zjawiskach chwilowych, zmiennych, postrzegając problemy jako rozwiązywalne, krótkotrwałe i o ograniczonym zasięgu.



Na koniec osobiste zdanie nt. ocen szkolnych.
Oceny kosztują dziecko ogrom pracy i wysiłku, stresu, marnotrawienia czasu (siedzenie w podręcznikach jest zawsze kosztem czegoś). Oceny uczą, że nagrody (uznanie, prezenty) zdobywa się nie za to jakim się jest, ale za to jak bardzo spełnia się oczekiwania dorosłych, wchodząc w określoną przez nich odgórnie rolę. Zdobywanie wiedzy dla oceny jest jak sprzątanie swojego pokoju dla nagrody pieniężnej. Bez wewnętrznej motywacji, chęci, potrzeby, wykształcenia zdrowej konstruktywnej postawy. Bez entuzjazmu, który nadaje sens działaniom.
 Bo… nie matura lecz chęć szczera zrobi z dziecka bohatera!
:)
A co jest o niebo ważniejsze od wysokiego IQ dziecka? Jego umiejętność budowania relacji. Umiejętność współdziałania, współpracy, kompromisu, komunikacji, empatii. Czyli to, bez czego nie jesteśmy w stanie dobrze funkcjonować w przyjaźni, związku
i rodzicielstwie. W życiu :)



Treści na podstawie "Optymizmu można się nauczyć. Jak zmienić swoje myślenie i swoje życie" Martina E.P. Seligmana.

Ciekawe wyniki badań polskich:
Edukacyjna skuteczność optymizmu – optymizm a oceny szkolne, wytrwałość w realizacji celów i przystosowanie szkolne

Czytaj więcej >

Żałuje rodzicielstwa...




Dzieci dominują twoje życie. Przejmują nad nim kontrolę i władzę. Koncentrujesz się na ich potrzebach. Poświęcasz im każdą chwilę. Dbasz, karmisz, wycierasz nosy. Wstajesz po nocach, albo wcale się nie kładziesz. Czujesz miłość, euforię emocji, więź przeplataną z poczuciem winy i wyrzutami sumienia, kiedy coś idzie nie tak. Dążysz do bycia rodzicem idealnym, albo choć wystarczająco dobrym.





Przychodzi moment, kiedy zmęczenie staje się faktem towarzyszącym ci na co dzień. Działasz jak w trybiku. Rutyna i dzień świstaka. Czasami dzień świra.
Łapiesz stany, kiedy ledwo stoisz na nogach. Masz zawroty głowy. Drgania mięśni. Idziesz ulicą i czujesz, że zaraz padniesz. Zemdlejesz, umrzesz. Nie, to tylko panika przeplata się z racjonalnym umysłem który krzyczy - a co wtedy się stanie z moimi dziećmi??? Więc prostujesz plecy i ruszasz dalej, idziesz i idziesz. Tylko przestajesz się uśmiechać. Nie masz już siły na zabawy sensoryczne z dziećmi. Na puzzle, malowanki i te wszystkie super zajęcia, które robią z dziećmi super rodzice. Na ćwiczenia "usprawniające rozwój", na pilnowanie żeby było RB, NVC i otoczenie Montessori. Bycia zwartym i gotowym w każdej sekundzie na całościową odpowiedź na potrzeby dziecka.
Rytm dnia wyznaczają posiłki. Kupić, ugotować, podać. Zjeść to, co zostanie, na stojąco, w pośpiechu. Znosić kapryszenie i zachcianki. Fochy i wrzaski.
Znosić dominacje nad twoim życiem, umysłem, ciałem, planami, celami, potrzebami.


Fejsbuczkową stronę "Żałuję rodzicielstwa" poleciła mi koleżanka. Że to taka "grupa wsparcia". Zajrzałam. Rzuciło mi się w oczy:
"TA STRONA MA BYĆ MIEJSCEM DLA KOBIET, KTÓRE NIE CHCĄ BACHORÓW, KTÓRE MAJĄ."

Twórcy strony mieli dobre intencje, chcieli stworzyć miejsce, gdzie pogubieni rodzice "nie do końca odnalezieni w rodzicielstwie" mogą o tym anonimowo opowiedzieć. Ale tylko część komentujących stara się rozumieć i nie oceniać. Ta druga część krytykuje, stygmatyzuje, nienawidzi. Nie oceniam tych indywidualnych anonimowych historii, w postach na grupie. Poruszają mnie, jako matkę, córkę i terapeutkę. Dobijają mnie komentarze. Złote rady, porady, presja, krytyka, hejt.
Wyczytałam tam, że posiadanie dzieci i zmuszanie ich do oglądania przepracowanych i przemęczonych rodziców to egoizm. Mocne.

Tak sobie myślę, że żeby nie zwariować, trzeba wyluzować.






Tu pisałam wcześniej o kryzysie matki 
a tu o wymaganiach wobec roli matki
Czytaj więcej >

Behawioralne metody wychowawcze czyli socjoterapia w domu


Wielu kojarzy behawioralne metody z wychowywaniu dzieci z behawioralną tresurą psów.
Z rzucaniem zabawki i krótkim komunikatem: przynieś! Przez co odrzucają je jako krzywdzące i niedopuszczalne, a rodziców którzy je stosują uważają za bezdusznych treserów.
Nic bardziej mylnego!




Problemy z zachowaniem nie dotyczą przecież tylko psów, dotyczą też ludzi.
Behawioryzm oznacza zachowanie. Behawiorysta jest obserwatorem. Obserwuje, opisuje zachowania jakie widzi, a następnie dąży do ich modulowania i zmiany.
W psychologii behawioralnej w centrum uwagi jest zachowanie dziecka. Terapia behawioralna ma na celu nauczyć dziecko określonych zachowań.
Techniki behawioralne można stosować z powodzeniem w domu. Sprawdzają się szczególnie u dzieci, które mają w nosie ogólnie panujące zasady współżycia, nadpobudliwe, nadruchliwe, nieradzące sobie ze swoją wrażliwością i emocjami.

Mówiąc do nadwrażliwego dziecka, że jest nam smutno i przykro, bo ono coś zrobiło co nam się nie podoba, zrzucamy na nie odpowiedzialność za to co my czujemy. Dziecko czuje się winne naszych emocji, choć samo nie umie jeszcze panować nad tym co samo czuje i robi. Tu mogą sprawdzić się właśnie techniki behawioralne, które nie skupiają się więc na przyczynach problemu (czasem banalnych i niepotrzebnie rozdmuchanych w wyobraźni dziecka), potrzebach czy emocjach, które mogą powodować  zachowania dziecka. Metody behawioralne uczą odpowiedniego zachowania, które ma zastąpić to niewłaściwe czy krzywdzące, czasem dla samego dziecka.

Dlaczego behawioralne metody wychowawcze mogą być socjoterapią w domu? 
Socjoterapia zmierza do tego, by stwarzać dzieciom warunki do budujących doświadczeń społecznych, uczyć prawidłowych społecznych wzorców zachowań, nawiązywania relacji,  funkcjonowania w grupie. Podczas socjoterapii dzieci mogą doświadczać różnych sytuacji społecznych, ucząc się, które z ich reakcji są właściwe, a które nie, jak je zmieniać, jak  reagować, konstruktywnie wyrażać emocje, rozwiązywać konflikty.

Techniki behawioralne opierają się na stałych zasadach. W którym domu ich nie ma?  :)
Te zasady uczą również prawidłowych społecznych wzorców zachowań. Mają niwelować wzmacnianie negatywnych zachowań dziecka jak np. koncentrowanie na sobie uwagi poprzez wybuchy złości czy fochy. Behawioryści radzą, aby poświęcać dziecku dużo uwagi, wzmacniając jego pozytywne zachowania, ignorować te niewłaściwe i wyciągać konsekwencje behawioralne.

Czyli konkretnie co?

- Wspólne ustalenie zasad, granic i reguł (jak to wygląda u nas, opisałam w tekście „Zasady współżycia w rodzinie. Praktyczny poradnik”).
- Niezmienność tych zasad w zależności od widzimisię i nastroju rodzica
- Jasne i zrozumiałe, szczegółowe oczekiwania wobec zachowań dziecka, oparte na krótkich komunikatach, najlepiej sformułowane pozytywnie, np.
„po zjedzeniu obiadu posprzątasz biurko”
„mów do mnie wyraźniej, bez krzyku”
- Stosuje się pochwały opisując zachowanie jako fakt, nazywając cechę, określając pozytywną emocję, np. „twój rysunek jest gotowy, bardzo się postarałaś, jest piękny”
- Stosuje się konsekwencje, zapowiedziane i wprowadzane bezpośrednio po niewłaściwym zachowaniu

Tu się zatrzymam. Bo co do konsekwencji w metodzie behawioralnej, w wychowywaniu dzieci, niestety jestem kompletnie niekonsekwentna. Dlaczego nie stosuję kar pisałam w tym tekście.

Nieustająco się staram ale wychodzi różnie, no cóż już jestem taka miękka buła, jeśli chodzi o dzieci, labilna matka, która najpierw nawrzeszczy, potem naprzeprasza ale zawsze stara się zrozumieć potrzeby dzieci, bo one stanowią klucz do wszystkiego i jednocześnie rozwiązują każdą zagadkę…. Dlatego mam dystans i luz, jeśli chodzi o presje wywierane na matkach, w kwestii stosowania określonych metod wychowanych. Co oznacza, że nie potrzebuję mieścić się w żadnych ramach, w żadnych ideologiach, filozofiach i innych narzuconych odgórnie koncepcjach.
Stawiam na emocje – co opisałam w: „Rodzicielstwo emocjonalne. Przestań myśleć, zacznij czuć”


Behawioryści stosują różne techniki wspierające zmiany zachowań. Szerzej opisano to w dokumencie np. „Zastosowanie metod behawioralnych w pracy z dzieckiem przedszkolnym” 
oraz
10 rzeczy, których możesz nauczyć się od behawiorystów


A tu o medialnym fałszywym i zgubnym obliczu koncepcji Rodzicielstwa Bliskości



Czytaj więcej >

Jak ZMIENIAĆ swoje życie?


Ono i tak się zmienia. Ty się zmieniasz. Czy tego chcesz, czy nie. Natura życia nie jest stabilna ani stateczna. Jest DYNAMICZNA. Nie płyń z wiatrem, miej bezpośredni wpływ na kierunki życia, to cenne i budujące, daje poczucie kontroli steru na bujającym się statku.


Ale jak zmieniać?






Nie chodzi przecież o to, jak zmienić swoje życie, ale jak je zmieniać, zmiana jest procesem ciągłym, kontrolowanym lub nie. Innych chętnie chcemy poznawać i zmieniać, zacznijmy od siebie! Co takiego pomaga wpływać na zmiany, na konstruktywny rozwój, jakie metody i narzędzia wykorzystać, jak zmieniać na lepsze, nie na gorsze?

Przedstawiam mój osobisty punkt widzenia, czy lepsze może być uniwersalnie lepsze dla każdego, oceńcie sami.


Rób podsumowania swojego życia


W określonych ramach czasowych np. ostatnie 20 lat, 5, rok. Jak w tym czasie wyglądało moje życie, kto w nim uczestniczył, co robiłem, co zmieniłem.
Nie roztkliwiaj się, nie żałuj, nie miej pretensji. Skup się na faktach. Zobacz, gdzie byłeś wtedy, gdzie jesteś dziś. Doceń, jak się zmieniłeś! Ile w tym czasie zdobyłeś doświadczeń. Jak to cię rozwinęło. Jak zmieniały się twoje przekonania, upodobania, pasje. Ludzie wokół ciebie. Miejsca pracy. Związki. Wygląd. Ciało. Spędzanie czasu. Poglądy. Postrzegania świata. Nawyki. Smaki….

Zobaczysz jakim jesteś ciekawym człowiekiem i jakie masz bogate życie, ile w nim ważnych momentów, które warto wspominać.



Stawiaj sobie trudne i niewygodne pytania


I szukaj na nie odpowiedzi.
Dlaczego chcę coś zmienić? Jakie powody za tym stoją? Czego mi najmocniej brak? Dlaczego mi to przeszkadza? Gdzie są moje granice? Czemu on/ona mnie denerwuje? Co sprawia, że czuję że naprawdę żyję….?
Świadome rozważanie tego, co się dzieje i dlaczego, pomaga poznać swoje potrzeby, oczekiwania, zasoby. Choć nie na wszystko i nie zawsze musimy znaleźć odpowiedź. Albo nie od razu.
Inwestuj czas wolny w monolog ze sobą. Medytuj, rozmyślaj, pytaj i miej odwagę odpowiedzieć:)

(Inny tekst o tym, dlaczego warto mieć wgląd w siebie)



Stawiaj siebie przed trudnymi wyborami


W życiu i tak dokonujemy ich wiele i ciągle, ale to nie znaczy, żeby ich nie prowokować. Po co? Bo to rozwija. Uczy konsekwencji. Daje poczucie bycia odważnym, poczucie samokontroli. Wybór to zawsze wyjście z jakiejś sytuacji. Czasem dobre, czasem gorsze. Ale jakieś, a nie żadne.
Testuj siebie. Szukaj swoich rozwiązań.
Im stawiamy sobie trudniejsze wyzwania, tym sprawniej uczymy się podejmować decyzje. Strach przed zmianą jest największym wrogiem… zmiany. Szczególnie tej świadomej.



Odkryj rolę kryzysu


Kryzys może być źródłem frustracji, albo inspiracji. Ale bez kryzysu nie ma zmiany. To część naszego życia. Kryzys to przełom i zwrot. Wymaga zmiany myślenia i działania, podjęcia wyzwań, decyzji, działań. W kryzysie rzeczywistość widzimy smutno, krytycznie. Trudniej wtedy poszukiwać rozwiązania, ale w żadnej sytuacji innej niż kryzys, tak bardzo nie pragniemy zmiany!
Kryzysy są różne, ich podłoża są różne, ale koncentruj się budującej roli kryzysu.
Po deszczu zawsze wchodzi słońce.

„Kryzys stawia ludzi w obliczu wyborów, z którymi mogą sobie nie poradzić, wymusza konieczność dokonania wyboru, przy czym unikanie wyboru również jest wyborem.”




Myśl o śmierci, najlepiej własnej


To jedyna pewna rzecz w życiu - wszyscy umrzemy. W tej perspektywie codzienne troski i problemy zmieniają gabaryty. Większość przestaje być źródłem stresu. Ważne stają się relacje, więzi, pasje. Pieniądze, dobytek, praca lądują gdzieś na kocu priorytetów, kto myśli o karierze zawodowej w obliczu śmierci? Kto wspomina jak harował? A jednak na co dzień praca nas wysysa...

To samo z chorobami. Póki jest zdrowie, jest ekstra. Problemy ze zdrowiem generują mnóstwo innych problemów, organizacyjnych, ekonomicznych, emocjonalnych. Czasem dopiero choroba lub wypadek powodują wewnętrzne przemiany. Ale czy naprawdę chcemy takich rozwiązań? Skupmy się na rzeczach ważnych, dobrych, optymistycznych, prostych i pięknych. Na kolekcjonowaniu wrażeń i wspomnień, wartościowych chwil, miłych gestów, życzliwych postaw.

(Inny tekst o pozytywach myślenia o śmierci)



Bądź aktywny społecznie


Możesz być aktywistą, społecznikiem, obywatelem świadomym. Wspieraj sąsiada, działalność lokalną, organizację społeczną. Zostań wolontariuszem i wspieraj tych, którzy nie mają tego, co ty. Podziel się swoim czasem, uwagą, mądrością, pasjami.
To wzbogaca, dowartościowuje, uwrażliwia, rozwija, pomaga nabrać dystansu do siebie i swoich problemów. To działania, które potrafią zmienić w człowieku wszystko. Na lepsze ;)



Stawiaj sobie cele


Zarówno zadaniowe, jak i emocjonalne. Po co? Kiedy celem jest dobre samopoczucie, nie chodzi o ambicje, aby być w czymś najlepszym i wybijać się. Bo dobre samopoczucie to osiągnięcie najwyższej klasy;) To daje radość z życia. Chęci i energię, aby szukać kolejne cele i je realizować. Kiedy dobrze się czujesz, łatwiej przyjdzie ci wychodzić poza strefę komfortu, ewoluować, wyznaczać granice, działać w zgodzie ze sobą, testować i sprawdzać własne możliwości, potrzeby, oczekiwania.



Wymieniaj otoczenie


I to dosłownie! Nie chodzi tylko o wyjazdy, wycieczki, podróże i spacery, ani o tzw. widok za oknem. Ale o ludzi wokół. Tych, którzy cię otaczają i czasem zatruwają powietrze którym oddychasz. Bliscy, dalsi – toksyczni, inwazyjni, podkopujący twoje poczucie wartości, osądzający.
Wyeliminuj ich ze swojego życia, tak jak oni eliminują ciebie z twojego własnego, bo zamiast cieszyć się spokojem, znosisz krzywdy jakie ci wyrządzają. Nie oczekuj zmian, tkwiąc w sytuacji która ci nie odpowiada, wśród ludzi, którzy cię ranią.
 Wymień otoczenie, a zmiany przyjdą same ;)



Czytaj więcej >

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia