14:15:00

Dlaczego warto podróżować wewnętrznie. Herstoria dobrego stanu

Dlaczego warto podróżować wewnętrznie. Herstoria dobrego stanu

Proces zmiany jest niezwykłą podróżą.
Jeśli lubisz poznawać nowe miejsca, kultury, osoby – wybierz się w najlepszą podróż, w głąb siebie.

Zamiast autoterapia powinno być: introspekcja albo samointrospekcja. Podróż przez wewnętrzny samorozwój. Ładniej brzmi...?
WGLĄD W SIEBIE. Interpretacja własnych emocji. Zgoda i otwartość na siebie. Twórcze wątpienie i poszukiwanie. Samo-dystans...
Proces poznawania siebie to fascynujące ale zarazem trudne i bardzo absorbujące zajęcie.
Dlaczego?
Bo daje ogromną satysfakcję, ale czasem trzeba przedreptać drogę cierniową…
Po co?
Celem jest DOBROSTAN.


DOBROSTAN to zaniedbany termin. W języku i w życiu. Oznacza subiektywnie postrzegane przez człowieka zadowolenie z fizycznego, psychicznego i społecznego stanu własnego życia (WHO). W DOBRYM STANIE swojego życia człowiek jest pełen pozytywnych emocji, przy niskim poziomie szkodliwych nastrojów i wysokim poziomie zadowolenia z życia. Wie i czuje, że ma wiele zalet i możliwości, aby je doskonalić. Że jego ogromnym zasobem jest optymizm, który ma wpływ na jego samopoczucie, zdrowie, jakość życia.


Pierwsze moje podróże wewnętrzne w kierunku tzw. świadomego życia, poprawy stanu psychicznego, zmiany negatywnych przekonań i pozbycia się chorób przez pracę z emocjami i ciałem, miały miejsce, kiedy zaczynałam samodzielne życie. A że nie było lekko i z górki, na różnych zakrętach gubiłam cele i priorytety. Podróżowałam, studiowałam, pracowałam, balowałam. Żyłam hedonistycznie.  Brak mocnej stabilizacji i gruntu pod stopami, zmiany i zmiany. Przykre, bolesne, traumatyczne  wydarzenia. Takie życie w cierniowych chmurach. Wlekła się za mną smutna przeszłość, trudne dzieciństwo. Bywałam autoestrukcyjna. Motałam się jak motyl w klatce. Chorowałam. Zwalczałam dolegliwości płytko i chaotycznie, doraźnie i bez należytego zaangażowania.
O boksowaniu się z życiem pisałam też w tekście „Jelita – uśpiony mózg, psychoneuroimmunologia i kawałek z życia” .

Drugie poważne zmiany pojawiły się wraz z przyjściem na świat pierwszego dziecka. Wywróciło ono życie do góry nogami, paradoksalnie wtedy - gdy stabilizacja jest potrzebna - dokonałam największych zmian. Czy uratowało moje życie przed marazmem i upadkiem? Na pewno. Ale to były zmiany zmiany życiowe materialne, bo emocjonalne miały dopiero nastąpić.

Kolejne lata, kolejne podróże wewnętrzne.  Zmiana trwała kilka lat. Krok do przodu, dwa z tył, wielki wyskok a potem wielki padół. Jak to twierdził mistrz F.Nietzsche "Sam siebie chciej spalić we własnych płomieniach - jak masz stać się na nowo, jeśliś wpierw nie stał się popiołem?"
- tak więc spłonęłam i z popiołu powstałam, jakkolwiek to brzmi.
Praca nad sobą nie musi, ale czasem wiąże się z trudem i znojem. Jest procesem, nic nie jest na skróty.
Nie wiem na ile można "zostawić przeszłość za sobą". Na pewno zależy to od nas. Nie chodzi tylko o fizyczne, symboliczne odcięcie się, porzucenie, czy - jak prowadzi idea coachingu: zaczęcie od nowa, pójście przed siebie bez oglądania się w przeszłość. Jesteśmy zakorzenieni w przodkach i naszej historii, w dziedziczonych przekonaniach i przekazanych genach. Chodzi o emocjonalne pożegnanie z ranami, trudnymi wspomnieniami, bólem. Nie musimy przerabiać przeszłości w nieskończoność, choć psycholodzy tak doradzają. Nie musimy grzebać w przeszłości i ciągle wracać do bolesnych wspomnień, bo wielu przyczyn nie poznamy. „Przerabianie przeszłości” to tylko kolejny przymus świata, którym rządzi nieistniejący ideał zharmonizowanego człowieka. Wiele przyczyn jest tu, w tej chwili, w tej myśli i tę myśl należy zmienić, a przynajmniej dać sobie taką szansę ;)

Ocenianie własnych odczuć jako tych „właściwych” i tych „niewłaściwych”, samokrytyka, odbiera  możliwość doświadczania nowego, zamyka na zmiany. To jak grzebanie kijem w mieliźnie. W wielu przypadkach nie jest tak, że MUSIMY, bo jest jakiś wybór i można go dokonywać zgodnie z własną skalą wartości. Odcięłam się od ludzi, którzy mi szkodzili, bez znaczenia kim byli. Zmieniłam otoczenie, bez poczucia uwięzienia w lojalności. Myślałam, co ja mogę zrobić, żeby nie czuć, że inni mnie ranią, że mi szkodzą. Zaszczepiałam w głowie nowe przekonania. Zdrowy dystans jest na wagę złota. Dobrze odpuścić, wybaczyć (rozumiejąc czym jest wybaczenie), co się da - naprawić i wyrzucić żal, który zżera i wiąże z przeszłością jak 30-letni kredyt ;)
I nie traktować siebie zbyt poważnie. Życie wcale nie jest poważne, wręcz przeciwnie. To nam brakuje zabawy.

Wyrzucenie z siebie złogów emocji, których ja nie dopuszczałam do świadomości z różnych przyczyn, wiązało się z wewnętrzną transformacją. Podróżowałam po obcych lądach, w ciemności, w deszczu i zimnie. Wtedy nie wiedziałam, że zaraz  wejdę z inną przestrzeń, w spokój, poczucie wdzięczności i siły – nagrody za wysiłek włożony w naprawienie siebie.

Żeby dokonać zmiany, trzeba rozstać się z tym, co dla nas niedobre. Żeby czegoś się pozbyć, trzeba to przetrawić, jak to w naturze bywa. Jeśli pojawiało się dużo trujących emocji, proces trawienia może trwać i może być bolesny. Będzie się odbijało, ulewało, wzdymało.

Skumulowane emocje znajdą ujście przez zakamarki ciała. Spektrum stanów chorobowych jest szerokie. Pracując nad wewnętrzną i zewnętrzną zmianą, prawdopodobnie nie będziemy już potrzebować truć się jedzeniem i używkami. Zauważymy, że nasze ciało to mieszkanie naszego umysłu, o które należy zadbać – bardziej niż o mieszkanie – dom!
Kto o nas zadba lepiej, niż my sami?

Kiedy zaczynamy zdrowieć (nabierać formy), przychodzi stan skupienia i koncentracji. Jest to też czas pewnego napięcia, bycia „do środka”, odkrywania siebie na nowo. Nie łatwo być otwartym i gotowym na niewiadomą zmianę. Ale warto ufać. To czas nauki akceptacji, wsłuchiwania w siebie i słuchania innych, wdzięczności, życzliwości. To zmiana postawy, przekonań, przeprowadzka do nowego po czasie tułaczki. Potrzebujemy pozytywnej energii! Jesteśmy na nowo jak dzieci, które dopiero się uczą. Być ciekawym siebie jak dziecko świata - wspaniałe!
Pozwolić sobie na różne reakcje, emocje, uczucia i stany, porzucenie złudnej kontroli na rzecz kierowania się dobrą intencją. Koncentracja na dobrych stronach życia. Zdrowy wgląd w siebie. Dbałość. Uważność.
Podróże po przyjaznych lądach…. Kierunek? DOBROSTAN.…………. 😍




07:36:00

Psychologia choroby zakaźnej. Czy optymizm może uratować ludzkość?

Psychologia choroby zakaźnej. Czy optymizm może uratować ludzkość?
Leki i szczepionki ratują nas od choroby, ale żeby ratował optymizm? Co ta psychologia wymyśliła? Ano wymyśliła, a nawet udowodniła.

Pozytywne zdrowie psychicznie nie jest tym samym co brak choroby psychicznej. Tak samo jak zdrowie fizyczne nie jest wyłącznie brakiem choroby. Jest czym więcej. Zdrowie jest czymś realnym, jest „pełnią fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu człowieka, a nie tylko brakiem choroby czy kalectwa” (WHO 1946)




Psychologia chorób fizycznych czy też psychologia choroby. W skrócie bada i obrazuje, jak bezradność, a konkretnie wyuczona bezradność, podkopuje zdrowie i siły witalne, oraz w drugą stronę - jak przeciwieństwo bezradności czyli stan kontroli okoliczności wzmacnia zdrowie a nawet leczy. O sile placebo i wpływie kondycji psychicznej pisałam też w tekście:
Jelita – uśpiony mózg, psychoneuroimmunologia i kawałek z życia

Nasza psychika, stan ducha, emocje mają wpływ na stan organizmu. Jak działają osoby, które mogą mieć decydujący wpływ na myślenie innych o własnym zdrowiu? Przykładowo lekarze. W swoich gabinetach, gdzie przychodzimy zatroskani ze swoimi dziećmi. Zdarzyło Wam się, aby lekarz pytał dziecko co czuje, co przeżywa? Pytał o obciążenia psychiczne i emocjonalne, stresy?
Albo w taki sposób wyjaśniał diagnozę, aby to nie brzmiało jak wyrok? Albo unikał bezpośredniego negatywnego komunikatu czy snucia zastraszających wizji, że nasze dzieci na pewno podupadną na zdrowiu i będą mieć nieuniknione powikłania (choć nie ma ku temu pewności)?

Analogicznie, w gabinecie medycyny alternatywnej, przy użyciu np. biorezonansu czy innych podejrzanych diagnostyk, najpierw słyszymy ciężką wizję człowieka wraka, zarobaczonego i zagrzybionego, następnie radosną wizję cudownego uzdrowienia po skorzystaniu ze wskazanej kuracji. To działa na psyche, prawda? (o sile instrumentów wpływu tu pisałam:
Na skróty można iść przez miasto, nie przez życie. o sile instrumentów wpływu”)


Ciekawe badania przedstawia Martin E. P. Seligman w książce „Pełnia życia”. Na zwierzętach i ludziach, z udziałem grup kontrolnych, wielokrotnie powtarzane, o powstawaniu zjawiska bezradności wyuczonej i jej szkodliwym wpływie na zdrowie. Jednocześnie wysnuto tezę, że poczucie kontroli wzmacnia siły witalne.  Seligman pisze:
„Psychologia i medycyna, patrzą na świat przez pryzmat patologii i interesują się wyłącznie toksycznymi skutkami niekorzystnych zdarzeń. Zostają postawione na głowie, kiedy zadajemy pytanie o przeciwieństwo patologii – wzmacniające skutki zdarzeń korzystnych.” Według niego, każde medyczne przedsięwzięcie – nieważne, czy będzie dotyczyć żywienia, układu immunologicznego, systemu opieki – które skupi się wyłącznie na leczeniu i usuwaniu złych skutków, pozostaje ślepe, skoryguje deficyty ale nie zbuduje siły. Jakie to prawdziwe!
Seligman opisuje mechanizmy wpływu na choroby fizyczne, takie jak choroby układu krążenia, choroby zakaźne, nowotwory, czy śmierć poprzez wyuczoną bezradność albo poczucie kontroli, czyli popularne stany: pesymizm i optymizm (nie chodzi o optymizm bierny, związany ze sprawczością zewnętrzną).



Zatrzymajmy się przy chorobach zakaźnych. Seligman pisze o wpływie emocji na tego typu choroby: „Chciałbym, aby nauka potwierdziła, że ludzie mający ‘silniejsze’ układy odpornościowe są odporniejsi na choroby zakaźne, jednak nie jest to kwestia rozstrzygnięta. O dziwo jednak znacznie lepiej udało się rozstrzygnąć, jak stany psychologiczne wpływają na podatność na przeziębienia."

Jak rozwikłano problem wpływu emocji na choroby zakaźne? 

Prof. psychologii Sheldon Cohen zaraził ochotników rinowirusami. Najpierw jednak przeprowadził z nimi liczne testy i wywiady, mające na celu oszacowanie  średniego nastroju badanych, pozytywnych i negatywnych emocji przez nich odczuwanych, oraz czynników zewnętrznych jak wiek, płeć, stan zdrowia, styl życia, poziom przeciwciał itp. Następnie poddani zostali kwarantannie i obserwowano rozwijające się u nich przeziębienie, zarówno pod kątem odczuwanych objawów, jak i ilości kataru czy stopnia zatkania nosa. Poniżej wyniki.
Co ważne, czynnikiem decydującym o chorobie wyraźnie okazały się emocje pozytywne, a nie negatywne.





Jaki mechanizm biologiczny może sprawiać, że pozytywne emocje ograniczają
 podatność na przeziębienia? 

Kluczowa różnica dotyczyła poziomu  interleukiny-6, białka pobudzającego procesy zapalne. Im wyższy był u badanych poziom pozytywnych emocji tym niższy notowany u nich poziom interleukiny-6 i mniejszy stan zapalny. Badanie powtórzono dla wirusa grypy, wynik był taki sam.




Do szczegółów dotyczących nowotworów, śmiertelności i odpowiedzi na pytanie, czy wpływ optymizmu na choroby fizyczne jest ograniczony, a także do poznania badania neurologa Kraffta-Ebinga z 1897 roku, dzięki któremu wyeliminowano najczęstszą chorobę psychiczną XIX wieku i ocalono życie setek tysięcy ludzi odsyłam do lektury „Pełni życia” Martina E. P. Seligmana.

A my? Mówmy dzieciom, że są zdolne, dzielne, mądre, piękne i zdrowe.







13:45:00

Kiedy macierzyństwo boli. O kryzysie matki

Kiedy macierzyństwo boli. O kryzysie matki

Nie od dziś wiadomo, że matka ma być matką i wywiązywać się z tej roli na 150%. Wymagamy same od siebie, wymaga społeczność, eksperci, autorytety, massmedia i ideologie rodzicielstwa. Jeśli kobieta zostanie matką, wpada w presję bycia doskonałą w każdej matczynej czynności, jaką wykonuje. Już nie tylko ma opiekować się dzieckiem, nakarmić i ubrać, ma także urodzić naturalnie, długo karmić piersią, zapewniać mu nieustająco ogólny rozwój, zabawę, wsparcie, minimum stresu i maksimum bliskości. Być z dzieckiem w każdej chwili, krok w krok i zapomnieć o własnych (wyimaginowanych) potrzebach. Mówią nam o tym inne matki, ciotki, babcie, poradniki, fora, znawcy tematu i tak zwane autorytety.

Matka być przy tym spełniona i szczęśliwa, bo ma dar boży, a jeśli może być z tym dzieckiem w domu, to dodatkowo musi doceniać ten luksus przez duże L. Ogólnie „ma”, „powinna”, „musi” czy chce czy niekoniecznie, jest wpisane w jestestwo kobiety od momentu bycia w ciąży.
Medialne oblicze niektórych ideologii rodzicielstwa, a także ciągłe ocenianie przez innych, porównywanie matki do innych matek oraz dzieci do innych dzieci, wartościowanie i wystawianie laurek lub sądów, krytykowanie i narzucanie „jedynych właściwych” uniwersalnych metod wychowawczych, ściganie na najlepsze metody wychowawcze, na najmądrzejsze, najdojrzalsze dzieci, na najlepsze do nich podejście i najwyższą satysfakcję macierzyńską, wykluczanie wzajemne zamiast wspierania, skutecznie wpędza w poczucie winy i frustrację. Tym bardziej, im więcej polegamy na poradnikach, a nie na własnych emocjach.

Pojawienie się w życiu kobiety dziecka, czyli macierzyństwo, jest jedną z najbardziej stresujących, zwrotnych momentów w jej życiu.
Jaka jest droga prowadząca od tych momentów do kryzysu? 
Kiedy pojawia się duże prawdopodobieństwo kryzysu?
1. Kiedy chcesz być matką idealną, ale ci nie wychodzi (co jest normalne)
2. Kiedy masz inne cele życiowe poza byciem matką, ale ci nie wychodzi (co się zdarza)
3. Kiedy próbujesz wprowadzać idealną równowagę w macierzyństwie, które jest krainą chaosu i nieprzewidywalności.
4. Kiedy wymagasz od siebie być taką matką jak wzorzec, który obrałaś i żyjesz według wzorca, który wcale nie musi do pasować do twoich potrzeb i możliwości

W każdej z tych konfiguracji, na matczynej drodze życiowej stają przeszkody, które wydają się matkom nie do pokonania – z różnych przyczyn.
Wtedy mogą pojawić się pierwsze symptomy kryzysu:
- zachwianie równowagi emocjonalnej i życiowej
- zablokowanie adekwatnych zasobów do zmagania się
- moment zwrotny i przełomowy w matczynej egzystencji
- zagrożenie dotychczasowego sensu życia i systemu wartości.

Richard K. James i Burl E. Gilliland, autorzy „Strategii interwencji kryzysowej”,  określają kryzys jako doświadczenie nie do zniesienia, wyczerpujące zasoby wytrzymałości i naruszające mechanizmy radzenia sobie z trudnościami. Ostrzegają, jeżeli osoba będąca w kryzysie nie otrzyma wsparcia, może się to stać przyczyną poważnych zaburzeń afektywnych, behawioralnych i poznawczych. Dlaczego? Bo życie w kryzysie zaburza poczucie własnej wartości i w ogóle sensowności świata. Czy to dotyczy także nas - matek? Czy my w ogóle możemy mieć kryzys?




Co to jest kryzys?

Według różnych koncepcji w psychologii kryzysu, istnieją różne drogi.
Według koncepcji poznawczej kryzys jest wynikiem wyłącznie interpretacji i oceny jakie nadajemy danej sytuacji /zdarzeniu którego doświadczamy. To nie chodzi nie sytuację samą w sobie, bo tę każda z nas przeżywa inaczej, mamy inne zasoby, możliwości, oczekiwania i potrzeby.
To my postrzegamy i interpretujemy sytuację, która rodzi KRYZYS.
Zatem, wg koncepcji poznawczej  źródłem kryzysu jest nasza indywidualna, subiektywna, pozbawiona realizmu ocena wydarzeń. Im więcej ciśnienia z zewnątrz i mniej zasobów z wewnątrz, tym łatwiej popaść w kryzys. Wyjście z kryzysu jest możliwe dzięki reinterpretacji wydarzenia oraz nadanie jej nowego znaczenia. Nie są też obojętne czynniki sprzyjające kryzysowi, jak niedospanie, zmęczenie, przebodźcowanie - to zmienia percepcję.

Z kolei behawioryści uważają, że kryzys jest wynikiem stosowania wypracowanych nieadekwatnych reakcji, zachowań i destrukcyjnych mechanizmów obronnych. Jeśli trwają zbyt długo, przeistaczają się w stany transkryzysowe trwające miesiącami, a nawet latami! Mama funkcjonuje w odmiennym stanie świadomości dysocjacji, zaprzeczenia, wypierania czy tłumienia bez świadomości, co się z nią dzieje. Nierozwiązany problem wraca jak bumerang, bo pierwotny kryzys niby rozwiązany, a jednak wcale nie – powoduje przy każdorazowym nasileniu stresu pogłębianie się kryzysu i przejście w stan chroniczny.
Rozwiązanie kryzysu może nastąpić, gdy nieodpowiednie strategie zostaną zastąpione stosowaniem nowych strategii zachowań, nowych rozwiązań i nawyków. To raczej jasne, bo niby jak spodziewać się odmiennych rezultatów, gdy ciągle działamy, myślimy, czujemy tak samo?

Jak rozpoznać kryzys?

Mamy wskaźniki emocjonalne, behawioralne, fizyczne i poznawcze, w których można zaobserwować kryzys.
W tym:
- zaburzenia równowagi psychofizycznej
- spostrzeganie sytuacji jako utraty czegoś lub zagrożenia utraty np. nasilony strach przez wypadnięciem z rynku pracy
- spostrzeganie sytuacji jako przerastającej możliwości np. przed odpowiednim wywiązaniem się z roli matki etc.
- poczucie niepewności co do przyszłości
- poczucie utraty kontroli lub nadkontrola
- ograniczona zdolność do działania, poczucie „niewoli”
- nagłe zmiany zachowania, naruszenie rutynowych zachowań
- napięcie emocjonalne trwający przez jakiś czas
- informowani otoczenia lub dawanie sygnałów o konieczności zmiany dotychczasowego  funkcjonowania.

W wymiarze emocjonalnym pojawiają się liczne obawy, poczucie pustki, odczuwanie złości, winy i krzywdy, skrępowanie przy innych, izolacja, nasilony lęk - uczucie przerażenia, obawa przed utratą kontroli w swoim życiu, zaburzenia koncentracji, poczucie bezradności i beznadziejności, smutek, ciągłe poirytowanie, stany apatii, rozpaczy i ataki złości na przemian z ambiwalencją, naprzemiennie stany euforyczne i depresyjne.

W wymiarze biofizjologicznym rozstrojenie procesów w ciele prowadzi do występowania  objawów somatycznych, tj. pocenie się, nudności, tachykardia, bóle głowy, brzucha, klatki piersiowej, wysypki, nieregularne miesiączkowanie, brak zainteresowania seksem i bliskością.

W wymiarze poznawczym zniekształca się percepcja zdarzeń, nasila się nadanie im znaczenia symbolicznego, poczucie uwięzienia, upośledzenie dotychczasowej zdolności rozwiązywania problemów i podejmowania decyzji, poczucie zamknięcia w labiryncie wydarzeń bez sensu lub  w stanie wymuszającym konieczność natychmiastowych, radykalnych rozstrzygnięć, natrętne wspomnienia o wydarzeniu, koszmary senne, rekonstruowanie w myślach tego co się wydarzyło aby odzyskać poczucie kontroli, koncentracja na problemie, niepewność.

W wymiarze behawioralnym pojawia się złość, gniew, niepokój, lęk, niezdolność do aktywności i pełnienia funkcji życiowych, trudności w opanowywaniu własnych emocji i kontroli swojego życia, odsuwanie się od ludzi na przemian z gorączkowym poszukiwaniem obecności innych, związanym z lękiem przed samotnością, działania impulsywne i nieprzemyślane, często autodestrukcyjne, zachowania niespójne z przeżywanymi emocjami (np. śmiech w sytuacjach napięcia). Nadmierny apetyt, nasilone przemęczenie, unikanie kontaktu, zaburzenia snu i koncentracji, wybuchy emocji, częsty płacz, nadmierna czujność, nadmierne dbanie o bezpieczeństwo bliskich.

Eh, dużo tego. Która z nas – matek, tego nie przeżywała? Co wtedy?
Jak pomóc wyjść z kryzysu innej mamie, jak pomóc sobie?

Trzy kroki:

Po pierwsze - pomóżmy w reinterpretacji sytuacji/wydarzenia i nadaniu jej nowego adaptacyjnego znaczenia. Bez oceniania, krytykowania i wartościowania. To nie jest konstruktywne. Jeśli czujesz się gorzej, pogadaj z kimś, powiedz co cię dręczy, zobacz czyiś punkt widzenia, poczuj, że jesteś dla kogoś ważna, złap dystans.
Po drugie - pomóżmy w wypracowaniu nowych strategii, zachowań i reakcji, zachęcajmy do eksperymentowania i szukania nowych rozwiązań. Nie oceniaj, nie porównuj, nie gnęb siebie. Bądź swoim przyjacielem, poczuj, że możesz na siebie liczyć, że potrafisz się sobą zaopiekować nie gorzej niż swoim dzieckiem i pokaż, że inni też mogą na ciebie liczyć, choćby dobrym słowem.
Po trzecie – pomóżmy w podniesieniu samooceny, doceń, powiedz coś miłego. Nie doradzaj. Nie szukaj rozwiązań na już. Wzmocnij poczucie własnej wartości, kontroli i sprawczości nad sobą i  życiem, daj pozytywne wzmocnienia, bądź życzliwa. I przytulaj.
Wszystkie jesteśmy najlepszymi mamami dla naszych pociech.
Bądź dla siebie dobra, mamo.







Korzystałam z materiałów Akademii Coachingu Kryzysowego, którą miałam przyjemność ukończyć.  

10:47:00

Ucieka dziecko za którym gonisz

Ucieka dziecko za którym gonisz

Co jakiś czas warto robić rekonesans i poddać autorefleksji (czyli rozpoznaniu własnych potrzeb
 i uczuć, budowaniu realistycznego obrazu siebie). Na przykład przyjrzeć się własnemu podejściu do rodzicielstwa – czy się zmienia, ewoluuje, dlaczego i czy w dobrym kierunku.
Przyjrzeć się zasadom, jakie stosujemy w sposobie wychowania swoich dzieci.
W rodzicielstwie kieruję się przede wszystkim emocjami, dopiero potem kalkulacją i racjonalną logiką. Tym bardziej dobrze robi mi autorefleksja. Pod warunkiem, że nie jest to dzień pod znakiem wyczerpania dziećmi, wtedy autorefleksja jest niewskazana, a nawet niedozwolona ;)




Zasady wychowania zawsze jakieś są, ustalone odgórnie lub nie. Przenoszone z własnych doświadczeń albo uplastycznione wedle potrzeb. Nie przyjęłam ustalonych zasad wychowawczych (jak te), opartych na uniwersalnych wytycznych. Czasem tylko, przyglądając się innym, mogę przyjrzeć się sobie i wyciągnąć z tego refleksje.
Pytają mnie w jaki sposób dyscyplinuję dzieci, jeśli ich nie karzę i nie nagradzam. Albo dlaczego się o nich nie boję.
Sądzę, że większość ingerencji w życie dzieci jest chybionych. Że dzieci nie mogą być centrum wszechświata rodziców, bo robi się im w ten sposób krzywdę (nadopiekuńczość jest formą przemocy). Że nie da się dzieci uchronić przed złem tego świata, że o złu trzeba mówić i przygotować dziecko do konfrontacji z nim. Że prawda broni się sama, a wszelkie teorie wychowywania to tylko teorie i zmieniają się ciągle jak w kalejdoskopie – nie wiemy, czy będą aktualne za 20 lat. Że rozliczą nas nasze dzieci, nie nasi rodzice, nie znajomi, nie autorzy poradników. Że szukanie w sobie winy i posiadanie wyrzutów sumienia to zbędny balast.


Dobre relacje z dzieciem stanowią dla mnie cel, ale środki do celu bywają różne. W relacji liczy się poszukiwanie rozwiązań odpowiadających na potrzeby wszystkich stron (konsensualizm / kompromis), empatia, asertywność (w sensie wyrażania własnych emocji, a nie mówienia za dziecko co ono czuje „wiem, że jest ci przykro”, czy „jesteś zły”).  Samodzielność, rozpoznawanie i zaznaczanie własnych granic, wyrażanie własnego zdania. Samowspółczucie, które nie jest użalaniem się nad sobą. Użalanie, histerie i fanaberie drażnią mnie i męczą. Wtedy nie wzmacniam poczucia, że to jest ok (bo nie jest) i że można. Staram się weryfikować przyczyny, czasem to zmęczenie, przeładowanie, głód, rozczarowanie. Znam to z własnego życia. Ale nie przyzwalam sobie na histerie, zatem niech moje dzieci też ćwiczą panowanie nad sobą.

Przecież nie wychowujemy dzieci, tylko ludzi, którzy kiedyś będą dorośli, pójdą w świat. Życie jest pełne trudów, zmienne, spotykamy też różnych ludzi, niektórzy są wredni lub krzyczą. Nasze dzieciaki czeka mnóstwo wyzwań, przed którymi ich nie uchronimy. Niech idą w świat przygotowane na różne scenariusze.
Istota w tym, aby je przygotować, nauczyć dystansu, wzmacniać poczucie humoru. Pokazać, że warto wymagać od siebie i innych. Wzbogacać w umiejętności i cechy które przydadzą im się w dorosłych życiu. Ich życiu, którego za nich nie przeżyjemy.

Bywa, że angażujemy w wychowanie max swoich sił i czasu. Rozmawiamy, tłumaczymy, jesteśmy dla dziecka w każdej potrzebie, ale i zachciance. Mamy scenariusz na jego czas, propozycje na każdą atrakcję, deptamy dziecku po pietach nie dając mu szansy na nudę. Dziecko przejmuje kontrolę nad naszym życiem!
Ta koncentracja na dziecku, poświęcenie całej uwagi, zbytnie skupianie się, kontrola, nadopiekuńczość daje efekty dokładnie odwrotne do zamierzanych, buduje w dziecku egocentryka i  lękowca. Który, nieustanie goniony, ucieka...

O kiepskich konsekwencjach skupiania się na dziecku trafnie pisze Jean Liedloff w koncepcji kontinuum. Polecam!



12:58:00

Żeby nikt nigdy mi nie mówił, jak mam wychowywać własne dzieci

Żeby nikt nigdy mi nie mówił, jak mam wychowywać własne dzieci

WYSOKIE OBCASY idą w autosabotaż. Pani Monika Tutak-Roll pisze w "Porozmawiaj z dzieckiem" o tym, jak być jedynie słusznym rodzicem. Uwielbiam takie teksty wrrr!




Cały wspomniany tekst oparty jest na fałszywych założeniach.
Jakich?

1. "Coraz mniej rozmawiamy z dziećmi". To stwierdzenie Autorka odnosi do poprzednich pokoleń czy obecnych rodziców? Jeśli to pierwsze to jest w dużym błędzie, bo nigdy nie poświęcało się więcej czasu dzieciom, niż obecnie. A jeśli do obecnych rodziców, to niby kiedy poświęcali ono swoim dzieciom więcej czasu, kiedy zwykle są to ich jedyne dzieci. Dziś dzieci są na pierwszym miejscu, należy się z nimi bawić, rozmawiać, zabawiać, organizować czas. Kiedy tak było? Chyba tylko w wyobraźni dzieci lat 70, 80 czy 90, które same stając się rodzicami, bardzo chcą być inne od własnych rodziców tj.lepsze a nawet idealne. Czym to się objawia? Całkowitym oddaniem się własnemu dziecku z porzuceniem samego siebie (w co wierzy też autorka, pisząc: "co słyszy dziecko? że nie jest dla nas najważniejsze")
Bo dziecko nie jest najważniejsze i jest to całkiem OK! Każdy członek rodziny jest tak samo ważny, w tym sam rodzic, co zdaje się Obcasy od lat promują (matka nie ma być tylko matką!) Uczmy zatem dzieci, że nie są pępkiem świata, że rodzic nie jest jego własnością, że rodzic ma też inne cele, w tym własne.

2. "Dziecko pozostawione same sobie się nudzi". Dziecko, któremu da się luz, samo znajduje sobie zajęcia. To nie w gestii rodzica jest cały czas organizować mu czas, nadsakiwać, reagować na zachcianki, a nawet potrzeby, których przecież nikt nie będzie spełniał zawsze i wszędzie, na już i w 100%.

3. Autorka pisze, że rodzice w restauracji są zajęci sobą a dziecko siedzi i wyraźnie się nudzi. To, że dziecko się nudzi, jest tylko jej przekonaniem. Fakt, że w tym momencie dzieckiem nie zajmują się z uwagą rodzice, nie oznacza, że jest ono znudzone, samotne i opuszczone. Może akurat w tym momencie obmyśla strategiczny plan podboju Marsa? Lub w inny sposób wykorzystuje swoją dziecięcą wyobraźnię? Czy w tym trzeba zawsze dziecku przeszkadzać? Co zdaniem Autorki powinni rodzice w restauracji zrobić, czekając na posiłki - grać z dzieckiem w karty, malować, bawić się w koci-łapci, czytać? Nie wie Autorka co robili ci rodzice wcześniej, może poprzednie godziny spędzili na wspólnej zabawie i mają przerwę? A może są zwyczajnie zmęczeni i nie mają siły na zabawy? Co w tym złego, że wolą popatrzeć w telefon?
Postawmy sprawę jasno. Dziecko nie jest centrum wszechświata rodziców. Nigdy tak nie było
i nie dajmy sobie wmówić, że tak ma być. To skutkuje wyłącznie poczuciem winy i frustracją rodziców, którzy nie są w stanie sprostać własnym i narzuconym społecznym oczekiwaniom.
Z drugiej strony wychowuje się skupionych na sobie, niezaradnych egocentryków, którzy jeśli się nimi nikt nie zajmuje nie wiedzą co ze sobą zrobić. 

4. "Wyłączam wtedy telefon, wstyd mi". Albo jestem na fejsie albo jestem z dzieckiem - miotanie od ściany do ściany! Można znaleźć czas na to i na to. Nasi rodzice komórki i fejsa nie mieli i co - mieli 100% wolnego czasu i uwagi dla nas? No nie. Nie trzeba wyłączać telefonu, żeby znaleźć czas i ochotę na zabawę z dzieckiem. Jeśli ktoś naprawdę chce być z dzieckiem, bawić się z nim, znajdzie na to czas, bez strat dla siebie, bez bezsensownych wyrzutów sumienia i pustych gestów.


Wizerunek rodzica jaki przestawia Autorka to taki Koterski z Domu Wariatów. To matka, która chodzi krok w krok za 30-latkiem. Ta nadopiekuńczość i bezustanna kontrola to nic innego jak przemoc.
Wizja rodzica jaki prezentuje autorka, sugerując, że kiedyś rodzice byli zdecydowanie wspanialsi, to odprysk czegoś większego, co jest typowe dla naszych aktualnych czasów. To chore dążenie do perfekcji, w każdym detalu. Obcasy, przeczycie same sobie.

Na koniec tekstu Autorka zadaje pytanie:
"A Wy - co chcielibyście, żeby Wasze dzieci od Was usłyszały?"
Ja chciałabym


ŻEBY NIKT NIGDY MI NIE MÓWIŁ JAK MAM WYCHOWYWAĆ WŁASNE DZIECI, O!



10:35:00

Syn czy córka? Końcówka anatomiczno-gramatyczna w roli głównej

 Syn czy córka? Końcówka anatomiczno-gramatyczna w roli głównej
Znaczenie końcówki anatomiczno-gramatycznej jest dla ludzi bezwzględnie fundamentalne, jeśli chodzi o rodzicielstwo. Ludzie nie mają dzieci - mają synów lub córki. Płeć ma znaczenie nadrzędne i zawsze jest skorelowana z jakimś przekonaniem. Wiem, bo doświadczyłam tego tak wiele razy, a jednocześnie nadal nie mogę tego zjawiska pojąć.


http://educover.pl/czasopismo/biologiczno-psychologiczna-walka-plec/


Masz same córki? Oh, współczucia dla męża! Samych synów? Oh, żona to ma ciężko! 
O płeć dziecka męczono mnie przez całą ciążę. Piszę celowo - męczono, bo to strasznie upierdliwe odpowiadać na to samo pytanie set razy. Piszę, że w ciąży, ale w ciąży już nie jestem, a to męczenie nie ma końca. Tylko w ciąży było bardziej uciążliwe, bo to czas intymny i nienajlepszy na głupie ludzkie wścibstwo, bezczelne komentowanie, brak wyczucia, kultury, taktu i przyzwoitości.

Końcówka autonomiczno-gramatyczna to był najczęściej przez innych poruszany temat w całej długiej ciąży (każdej). Setki razy to samo pytanie. Pytali o to rodzina, znajomi, nieznajomi, sprzedawca chleba, aptekarz, urzędnik, pielęgniarka, kasjer.  KAŻDY!
Samo pytanie jest do zniesienia, w sumie kluczowe są intencje, ale jego cel który objawia się w następujących kolejno komentarzach, jest już całkiem niezrozumiały. Więc najpierw odpowiadasz uprzejmie, potem na odczepkę, potem udajesz, że nie słyszysz.
Aż przychodzi moment, kiedy masz ochotę powiedzieć - a co cię to obchodzi?

Nieraz słyszałam, że ktoś mi współczuje, bo urodzę znów tę samą płeć. Nieraz słyszałam śmiech, który nie wiem co miał znaczyć. Żal pod moim adresem, litość dla męża. Dawano nam do zrozumienia, że spotkał nas pech. Wciskano mi, że spotyka mnie coś, czego na pewno nie chcę. Wdawanie się w te głupie gadki nie ma sensu, ale puszczanie mimo uszu ludzkiej bezczelności bywa trudne. Szczególnie, jeśli jest inwazyjne i naprawdę bezsensowne, bo co to właściwie kogoś obchodzi, co to ma dla kogoś za znaczenie, jakiej płci ja będę mieć dziecko?

Temat porusza MATAJA, pisząc, że są ludzie, którzy są zawiedzeni płcią swojego dziecka, czego osobiście nie rozumiem, bo dla mnie płeć dziecka jest bez znaczenia, ale nie czuje się upoważniona wystawiać takim rodzicom jakąkolwiek opinie. MATAJA pisze, że ludzie najpierw pytają o płeć, a potem twierdzą, że to w sumie nieistotne, bo ważne, żeby było zdrowe. Tacy niezdecydowani i nie przyjdzie im do głowy, że kobiecie w ciąży wystarczy, jeśli już się musi, powiedzieć tę drugą część zdania i tym miłym akcentem zakończyć.
W ogóle męczenie kobiet w ciąży pytaniami jest nagminne. To irytujące i często nie na miejscu. Kiedy termin, który tydzień, czy planowane, a brzuch masz taki, a wygląd siaki.
Pytania o zdrowie i samopoczucie, o potrzeby i oczekiwania są najrzadsze. Poza tym, że ktoś chce zaspokoić swoją ciekawość, to koniecznie musi skomentować. Werbalnie, niewerbalnie, ale musi.

Określenie "mam dzieci" nie nadaje im tożsamości, tożsamość nadaje dopiero płeć. Komentarze dotyczące płci to istna baza wiedzy o przekonaniach ludzi, dla których płeć dziecka to kluczowy element rodzicielstwa. Wszystkie bez wyjątku irytujące i nie na miejscu. W centrum zainteresowań znajduje się końcówka autonomiczno-gramatyczna, a za nią stereotypy i schematy, które siedzą głęboko w umysłach znacznej większości.
Na pytanie "jaka będzie płeć" odpowiedź "nie wiem" lub "człowiek" lub "to nie ma znaczenia dla nas" nie zamykała tematu.
No to jaka płeć? Syn czy córka? A pozostałe dzieci to jaka płeć?
Bo jak masz córkę, to musi być syn. PARKA to mus! Jak nie jest syn, tylko kolejna córka, to szkoda. A jak jest trzecia córka, to już dramat, heheszki, no nie udało się wam, współczucia dla męża, ale babiniec, rodzina dziurawców, jak będą miały razem okres to urządzą nam piekło, oj a nazwisko męża to przepadnie, biedak mąż nie będzie z kim miał w piłkę grać i kranu naprawiać.
Aaa trzeci syn? Same chłopy w domu. Siusiaki same! Chłopaków chowa się dla innych kobiet, podrosną i tyle ich widziano. Będą psocić i rozrabiać, jak to chłopaki, dziewczynki są grzeczniejsze (bzdura stulecia!). No i na różowo nie ubierzesz, spineczek w loczkach nie zapniesz, aż żal.


http://educover.pl/czasopismo/biologiczno-psychologiczna-walka-plec/

Mamy trójkę dzieci. Zdrowych, silnych, pięknych, rozumnych i bezproblemowych. Nigdy nie patrzyłam na swoje dzieci przez pryzmat płci. Ich płeć nie ma żadnego znaczenia z punktu widzenia naszego rodzicielstwa. Może ma dla rodzica, dla którego rodzicielstwo to kształtowanie zachowań i wyglądu adekwatnie do stereotypu pojmowania kulturowego płci.
I z automatu będzie dzieciom ograniczał ich wybory.
Dla nas szelki czy falbanki są bez znaczenia. Nie różnicujemy dzieci według ich płci, nie wychowujemy według podziałów kulturowych tj.nie narzucamy "właściwego dla danej płci" modelu zachowań, stylu bycia, rodzaju zabaw etc. bo akurat komuś się wydaje, że przynależą do tej danej płci i tak im wypada. Nie mówię im, że mają już przypisaną rolę. Nie wybieram im zawodu, przekonań politycznych ani wiary. Na podstawie ich płci nie mogę przewidzieć ich ambicji, planów, pasji, zainteresowań, temperamentu, potrzeb, oczekiwań, słabości, mocnych stron, a nawet marzeń! 
Bo naprawdę, ludzie, nie od płci to zależy!



👉 SCHABOWY CHŁOPAKA I KLUSECZKI DZIEWCZYNY. O STEREOTYPACH PŁCI
👉 GENDER SRENDER. CZYLI FACET POTRZEBNY JAK RYBIE ROWER
👉 WYCHOWUJ CZŁOWIEKA, NIE PŁEĆ
👉WYCHOWANIE BEZ RÓŻNICOWANIA PŁCI. KONSTRUKTYWNE RODZICIELSTWO CZY WYMYSŁ GENDERA?

10:22:00

#czarnypiatek okiem ciężarnej

#czarnypiatek okiem ciężarnej
W całej Polsce protesty przeciwko obywatelskiemu projektowi wobec CAŁKOWITEGO ZAKAZU aborcji. Konkretnie chodzi o nowelizację obecnych przepisów prawa, głównie o odebranie kobietom możliwości usunięcia płodu z uwagi na jego ciężkie i nieodwracalne upośledzenie lub w przypadku choroby, która zagraża jego życiu, przy czym nie przewiduje się zmian w temacie pomocy dla chorych dzieci i ich rodziców (TU PROJEKT)
(Uprzedzam, tym razem nie chodzi o tzw. ”aborcję na życzenie”, jakkolwiek rozumie się TO po polsku, za którą gnoi się kobiety, zarazem mężczyzn – potencjalnych ojców - w ogóle nie bierze pod uwagę).

Aktualnie, po apelu biskupów, czyli najbardziej wiarygodnych znawców dzieci i kobiet, sejmowa komisja sprawiedliwości zaopiniowała projekt pozytywnie. Wiadomo, że rząd jako większość decyduje i to, że bierze na tapetę obywatelski projekt, niczego jeszcze nie przesądza, ale mnie sama inicjatywa przeraża, a co dopiero fakt, że mają nad nim dumać w sejmie.





„Obrońcy życia i rodziny” z fundacji Życie i Rodzina deklarują, że będą „przede wszystkim domagać się szybkiego uchwalenia przez Sejm RP ustawy #ZatrzymajAborcję, która kończy z tą haniebną dyskryminacją”. O jaką dyskryminację chodzi? O ustawową zgodę na przerwanie ciąży w przypadku gdy:
„badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”.
Tak więc w projekcie żądają wyrzucenia tego zapisu, abyście Wy kobiety /Wasze córki musiały urodzić chore, także śmiertelnie, dziecko, które być może pożyje chwilę. Albo będzie ciężko niepełnosprawne. Macie nosić ciążę 9 miesięcy, potem przetrwać poród. Nie ma wyboru!
Ten projekt i zakaz popiera i żąda wprowadzenia w Polsce jak najszybciej episkopat (fundacja dostała zgodę na zbiórkę podpisów na terenie kościołów).

Czy jest jakaś propozycja, żeby uniknąć zajścia w ciążę, gdzie płód może okazać się chory? Jest. Całkowity brak seksu. Bo np. antykoncepcja nie wchodzi w grę, religia katolicka zabrania (to fakt nieznany wielu katolikom, ale "antykoncepcja zawsze jest złem i wywołuje postawę nienawiści wobec nowego życia").
Przyjmijmy jednak, że seks jest, wcale nie przygodny i nie nieprzemyślany, ale małżeński, z miłości. I jest ciąża. Wymaga 9 miesięcy absorpcji. Czasem L4, a na pewno wzmożonej dbałości i uważności. W końcu to „stan błogosławiony”. W rzeczywistości to ogromny wysiłek dla organizmu kobiety.
Bo nawet chciana i zdrowa ciąża jest wysiłkiem i obciążeniem, a niekiedy stanem psychicznie bardzo trudnym. Ciąża to czas trudny, niewolny od lęków i problemów, nawet gdy oczekiwana, wywołuje niepokój, zmusza do rezygnacji z pewnych planów, może wywołać depresję (objawy depresyjne występują u 30–70 proc. ciężarnych, depresja kliniczna u 10 proc). A stan psychiczny matki podczas ciąży, poprzez obciążony stresem układ współczulny może mieć katastrofalny wpływ na płód.
Jeśli są jeszcze inne dzieci, jedno lub więcej, wymagają opieki, uwagi i matki w dobrej formie. Tu nie ma czasu na łzy i spadki formy.

Dochodzi obowiązkowy poród. Związany zazwyczaj z kilkugodzinnym cierpieniem i ponadludzkim bólem. Poród nawet niepowikłany i dobrze zakończony może być przyczyną PTSD i dolegliwości zdrowotnych. Weźmy teraz dziecko chore, niechciane albo bez szans na przeżycie.
No niekoniecznie bym chciała przez to przechodzić bo ktoś ma takie życzenie. Podziwiam każdą która by chciała, życzę im powodzenia ale niech nie decydują za mnie. Porodom na życzenie księdza /sąsiada /polityka mówię NIE.

Uprzedzę od razu zarzuty typu, że dla protestujących przeciwko obywatelskiemu projektowi fundacji Życie i Rodzina, dzieci chore czy z gwałtu to śmieci bez praw. Że trzeba je „zutylizować”.  Fakty są takie, że jeszcze nikt nikogo do niczego nie zmusza, nie ma nakazu aborcji, nikt nie chce takiego nakazu wprowadzać, jak któraś chce urodzić i pochować albo wychowywać chore dziecko, to ma takie prawo. Wybór nie oznacza przymusu!

A gdzie w tej dyskusji są ojcowie? Czy to, że są mężczyznami oznacza, że bezwzględnie muszą zostać ojcami, kiedy kobieta jest w ciąży? Czy ktoś ich pyta, czego chcą? Czy chcą mieć ciężko chore dziecko, przeżyć jego śmierć po narodzinach, czy chcą, aby ich partnerka przechodziła przez trudne przeżycia?
Ich też nikt nie pyta. Tak samo jak nikt im nie zarzuca, że "zabijają" chcąc aborcji na życzenie. Jak widać sam fakt bycia mężczyzną, nie oznacza, że coś musi.
Zatem to, że jestem kobietą, również nie może oznaczać, że coś muszę, prawda?

Nie mówi się o paradoksie - na tapecie mamy "zabijanie", a chodzi o to, aby te dzieci się rodziły, jak najwięcej. Chodzi o przyrost naturalny. Ale za czasów PRL w Polsce, mimo braku zakazu aborcji, również na życzenie, rodziło się więcej dzieci niż w III i IV RP, w której obowiązują restrykcyjne przepisy antyaborcyjne. W historii jeszcze nikogo takie restrykcyjne przepisy nie skłoniły do porodu, ale z wielu (kobiet) uczyniło przestępców.

O co chodzi poza tym, że o sprawie głośno? O nastroje społeczne. O temat który stał się publiczny i każdy ma coś do powiedzenia w tej sprawie, zazwyczaj agresywnego, napastliwego i osądzającego. O bezsensowne wkurwianie ludzi albo o ich smutną ignorancję. O kościół który wtrynia się, gdzie nie powinien i w sprzeczny z doktryną religijną sposób.
O ludzi, ich podejście, zakłamanie, podwójną moralność. O polskie buractwo, bo każdy wie lepiej co inny ma robić i jak żyć. O manipulacje typu "jestem za życiem, a ty za zabijaniem". O kobiety, które są pod ciągłym obstrzałem, oceną i krytyką, jako kobiety, żony i matki.
To wypływa przy takich akcjach na wierzch jak śmierdzące rzygi.

Na koniec refleksja. Ilu popierających sprzeciw dziś zaprotestuje a za tydzień poleci do kościoła poświęcić jajka? Dziś strajkuję, jutro idę święcić jaja. To dopiero jaja! Dopóki Polacy będą funkcjonować jak chce kościół (np.obchodzić kościelne święta, których nie znoszą i posyłać dzieci na religię, której nie praktykują), przy całej jednocześnie deklarowanej niechęci do religii a szczególnie instytucji KK, dopóty KK będzie się panoszył i siał ferment.


PS. Jeszcze coś. Jeśli ktoś Was /Wasze córki zgwałci i zajdziecie w ciążę, tu mamy kolejną "ciekawostkę". Prawo polskie nie ma automatyzmów. Jeśli sprawca gwałtu jest znany, dostanie prawa rodzicielskie a dziecko będzie po nim dziedziczyć. Jeśli nieznany, matka nie ma nawet praw do alimentów. TU SZCZEGÓŁY 


OBECNA USTAWA

ZAUFANIE DOBRZE, KONTROLA LEPIEJ, CZYLI O CO CHODZI W ABORCJI?

#CZARNYPROTEST OFFMATKI

 #CzarnyPiątek we wrocławskim rynku
Pod pręgierzem dwie wspaniałe dziewczyny, działaczki i aktywistki
Małgorzata Tracz i Kasia Lubiniecka, które dobrze było widzieć i słyszeć w świetnej formie 👍




Copyright © 2016 OffMatka , Blogger