09:31:00

Jelita – uśpiony mózg, psychoneuroimmunologia i kawałek z życia

To jeden z dłuższych tekstów. Mógłby być jeszcze dłuższy, a nawet w odcinkach. Temat zdrowia to temat rzeka. Inspirujący i motywujący. Nie dla każdego, a szkoda, bo byłby z tego sam pożytek.
Zdrowie dzielimy na psychiczne i fizyczne. Zazwyczaj dzielimy - łączymy rzadko. Ja połączyłam i wyszłam na tym całkiem nieźle, czym postanowiłam się z Wami podzielić.




Czytam wywiad z dr n.med. gastroentologiem, badaczem mikrobioty i chorób ukł.pokarmowego W. Marliczem, o genach bakterii (wirusów przecież też) które w nas żyją, wpływając na funkcjonowanie całego organizmu; a także o kolejnym potwierdzeniu istnienia osi mózgowo-jelitowej:

„Większość chorób ma swoją przyczynę – choć nie zawsze bezpośrednią - w jelitach, a zwłaszcza w ich mikrobiocie, czyli florze bakteryjnej. Jeszcze nie tak dawno sądzono, że zbadanie wszystkich genów człowieka pozwoli poznać przyczyny wszelkich chorób i je skutecznie leczyć, ale już dziś wiadomo, że nie obejdzie się bez dokładnego zasiedlających nas bakterii, bo one też mają geny i te ich geny nawiązują dialog z naszymi komórkami, wpływając na funkcjonowanie całego organizmu. (…) 
wyniki badań nad mikrobiotą jelitową, które najbardziej mnie zaskoczyły, to te, które potwierdzają jej wpływ na centralny układ nerwowy. W naszym organizmie jest oś mózgowo-jelitowa, która działa w dwie strony – wszystko, co dzieje się w psychice, wpływa na przewód pokarmowy i odwrotnie. To oznacza m.in., że stres prowadzi do dysbiozy (zaburzeń mikrobioty), ale też dysbioza przyczynia się do np. podniesienia poziomu lęku, dekoncentracji, obniżeniu nastroju, czy nawet rozwjoju zaburzeń psychicznych np. depresji. To potwierdzone wielokrotnie.”

Aktualnie wiele tzw. naukowych dziedzin już dowodzi, że choroby zaczynają i kończą się w głowie, przy czym jelita to nasz drugi mózg – epicentrum immunologii. Równowaga jelitowa jest niezwykle istotna, bakterie jakie w sobie hodujemy w znaczącym stopniu decydują o tym, jak się czujemy, zachowujemy, czy chorujemy, czy i co nas boli.
Zdrowy człowiek to zdrowe ciało i zdrowe wnętrze (emocje, psyche). Potężna siła, która wibruje w człowieku, bezustannie.




Niektórzy zdrowie określają w kategoriach fizyki kwantowej, niektórzy jako wartość duchową, mnie najbliższe jest myślenie, że zdrowie dotyczy tego, co daje dobre samopoczucie i formę, co opiera się stabilnym kręgosłupie emocjonalnym (nastawienie do życia, poczucie wartości), na procesach świadomych i nieświadomych, przekonaniach, ocenie rzeczywistości. Podstawa zdrowia to dobre samopoczucie wewnętrzne i zadbane ciało.

Zaburzony organizm reaguje sygnałem.  Co z tym robimy? "Słuchamy" go? Czy i jakie wyciągamy wnioski? Czy dajemy mu powalczyć czy tylko przeszkadzamy?
Bo – kiedy choruje jakaś część naszego ciała – skupiamy się tylko na niej. Ale czy jesteśmy tylko nerką, dłonią, płucem, kolanem? Kiedy choruje nerka cierpi cały człowiek. Dlaczego więc leczony jest tylko jeden narząd? A co z naszym samopoczuciem, emocjami? Czy mają wpływ na ciało czy są odcięte i funkcjonują w dwóch rzeczywistościach?
Przewlekły brak dbałości o ciało i psychikę, byle jakie jedzenie, zaniedbane życie emocjonalne, niezagrzebane rany, niechęć do siebie i świata... Robimy w kółko to samo, dlaczego spodziewamy się odmiennych rezultatów?
Do tego mamy oczekiwania, by być zdrowym, szczęśliwym i rościmy pretensje, że tak nie jest?
A co realnie robimy, aby tak było?
Uciekamy do alternatywnych metod? Znieczulamy się? Pałujemy z "pozytywnym myśleniem"?


Temat wpływu diety i stylu życia na samopoczucie oraz zdrowie na OffMatce już poruszałam, tym razem zaczerpnę z własnego życia (pod tekstem bonus - kilka linków do przydatnych artykułów w temacie).
Fakt, że stan układu pokarmowego ma wpływ na psychikę i na odwrót, to dla mnie to żadna nowość. Odkryłam to jako nastolatka. Wtedy skoncentrowałam się bardziej na aspekcie psychoneuroimmunologii (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ktoś to naukowo bada i nazywa), która fascynuje mnie do dziś. PNI to interdyscyplinarny kierunek badań, który analizuje wzajemny wpływ zjawisk psychicznych, nerwowych i odpornościowych. Od lat wiadomo, że u znacznej części osób zwracających się do lekarza, u podstaw zgłaszanych przez nich dolegliwości leżą problemy psychiczne. Kryzys w życiu człowieka może być źródłem toksycznego myślenia i chronicznego stresu, co z kolei ma proste przełożenie na zaburzenia psychofizyczne i choroby, a nawet śmierć. Wiadomo przecież, że skutkiem życia jest śmierć 👀

No więc dwadzieścia lat temu, jako niespełna dwudziestoletnia dziewczyna miałam astmę, alergię na wszystko, bóle od zwyrodnień kręgosłupa, przewlekłe zapalenie żołądka, przewlekłe zapalenie pęcherza, wędrujące stany zapalne. Miałam za sobą trudne dzieciństwo w toksycznym otoczeniu, problemy w życiu osobistym, byłam zagubiona i krótko mówiąc zaburzona emocjonalnie. Miałam zjechane poczucie wartości, szalałam nie potrafiąc zbudować sensownej relacji. Pracowałam po nocach, zarabiając na utrzymanie, studiowałam, żyłam intensywnie, przeprowadzałam się i  walczyłam z codziennością. Bezwzględnie, to była nieustająca walka, z własnymi demonami głównie.
Aż wylądowałam w szpitalu.

Zaczęłam chodzić na spotkania terapeutyczne, prostować myślenie o sobie i świecie, rozprawiać się z przeszłością, naprawiać relacje, wybaczać i układać siebie na nowo. Chodziłam tak trzy lata. To była pierwsza ogromna przemiana w moim życiu, bolesny proces, który zmienił jakość mojego życia. Przede wszystkim zaczęłam je szanować, dbać o siebie. Poważnie podeszłam do kwestii własnych przekonań, zmiany od siebie. Widziałam spójność pomiędzy przekonaniami a samopoczuciem, stylem życia (odżywianie, ruch) a stanem organizmu. Poczułam siłę. Przestałam chorować na astmę. Zniknęły objawy alergii, stany zapalne, bóle.

Poczułam ambicję choć kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, że praca nad sobą to proces, że nic nie jest na zawsze. Że łatwo cały wysiłek zaprzepaścić i popełniać znów te same błędy. Zapragnęłam udowodnić sobie i światu, że ja – osoba z przeciętnej, robotniczej rodziny, z ojcem alkoholikiem i despotyczną neurotyczną matką, mogę być kimś więcej, kimś innym, lepszym!
Potem był doktorat, praca w korporacji, „kariera”.
I ciąża. Po 30.

8 lat temu, po urodzeniu pierwszego dziecka nie czułam się najlepiej. Z diagnozą hashimoto (badania z krwi i usg) i zaleceniem brania leków do końca życia nie chciałam się pogodzić. Zaczęłam czytać, poszukiwać. Postanowiłam zrobić gruntowny porządek z układem pokarmowym. Przeszłam na inny styl odżywiania, przez 3 miesiące jadłam wyłącznie warzywa, kasze, kiszonki. Zero cukru, owoców, nabiału i białej mąki, zero jakiejkolwiek pożywki dla bakterii i grzybów. Piłam wodę, pokrzywę i mielone siemię lniane z ziarnami i miodem. Mięsa nie jadłam bo nie miałam potrzeby, czasem jajka. Głodna nie chodziłam, fasola, soczewica, tłuste zupy, orzechy i siemię są mega sycące. Po 3 miesiącach wprowadziłam owoce, kombinowałam z wegańskimi pastami, jaglaną na 100 sposobów, polubiłam to kuchenne eksperymentowanie. Najbardziej brakowało mi ukochanej pizzy, ale na widok ciast robiło mi się niedobrze (pamiętam jak po wielu miesiącach takiego żywienia spróbowałam kawałek marsa, to była największa obrzydliwość jaką miałam kiedykolwiek w ustach, plastikowa i ohydnie słodka). Pizze nauczyłam się robić wegańską, nie suplementowałam, czułam się wyśmienicie, hemoglobinę w wynikach miałam powyżej 14 g/dl.
Czy wspominałam, że cały czas córkę karmiłam piersią?

Nie było mi łatwo, to był czas dużych zmian. Wzięłam spory kredyt, straciłam wieloletni etat, rozeszłam się z ojcem kilkumiesięcznego dziecka. Paradoksalnie właśnie pojawienie się dziecka skłoniło mnie do największych życiowych zmian. Osobistych, zawodowych, miejsca zamieszkania, stylu życia. Wcale nie od razu i nie od razu na lepsze. Zmiany wymagają czasu i poświęceń.
To były najlepsze zmiany, jakie mogłam wdrożyć w swoje życie, choć wtedy zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Moje poczucie wartości spadało na łeb. Oprócz zmian w stylu życia, starałam się mimo wszystko walczyć z negatywnym myśleniem, ze snuciem pesymistycznych wizji. Trzymałam się tego, aby ufać sobie. Miałam samodyscyplinę, pokorę. I dziecko, które nie pozwalało bezczynnie leżeć w łóżku i użalać się nad sobą.


Po kilku miesiącach powtórka badań, hashimoto zniknęło i do dziś (po 8 latach) mam wyniki tarczycy w normie, nie zmieniły tego kolejne ciąże, ani fakt, że od dawna już nie trzymam tak ścisłego "zdrowego" stylu żywienia. Jeśli choroba autoimmunologiczna cofnęła się, oznacza to, że organizm przestał reagować nadaktywnie, że układ odpornościowy przestał atakować organizm.
Ustabilizowałam swoje życie, doprowadziłam do ładu. Mam udany związek, zgraną rodzinę, rozwijającą pracę. Przyjęłam jak jest. Wypracowałam to. Nic nie przyszło łatwo. Najtrudniej być terapeutą samego siebie.

Staram się odżywiać mądrze, z odstępstwami co jakiś czas, znam swój organizm, dobrze wiem po czym gorzej się czuję, a co mi służy. Nie choruję na nic. 40letni okaz zdrowia! 👍





Istota choroby ma dla mnie sens holistyczny, jest znakiem, głosem i sygnałem. Nie walczę z chorobą ani ze sobą, działam dla siebie i dla czegoś. Kiedy się pojawia, zatrzymuję się i zastanawiam, dlaczego i po co. Jakie wydarzenia, sytuacje, fizyczne, psychiczne i emocjonalne okoliczności na to wpłynęły? Co teraz mogę zrobić?
Choroba jest objawem, ale przyczyna leży głębiej. Bo jeśli myśli czy przekonania zatruwają nam psychikę, pojawia się gniew, smutek, lęki... za tym idzie energetyka całego ciała, sposób odżywania i prowadzenia się, nie patrzymy na to, czy służy nam coś, czy nie. Pod pretekstem braku czasu, siły, możliwości czy wiedzy traktujemy siebie gorzej niż wroga, w którego możemy wrzucać śmieci i który nie zasłużył na dobre traktowanie.
Kiedy źle o sobie i świecie myślimy, to po co mamy dbać o cokolwiek...? Tworzy się zamknięte koło.

Jak do tego się ma psychoneuroimmunologia? Poza optymalnym odżywieniem, dbam o swoje emocje, o komfort psychiczny. Życiowy optymizm, życzliwość, dbanie o relacje. Kierowanie uwagi na zdrowie, a nie chorobę (wspaniale sprawdza się w przypadku dzieci).
"Dr Morris Rosenberg, jeden z ważniejszych naukowców zajmujących się poczuciem własnej wartości, słusznie stwierdził, że ie ma nic bardziej stresującego niż BRAK PODSTAWOWEGO  ZAKOTWICZENIA W ŚWIECIE i poczucia bezpieczeństwa, jakie gwarantuje zdrowe przekonanie o własnej wartości”. Jest ono kluczem do dobrego zdrowia, możliwości radzenia sobie, zdolności przetrwania i dobrostanu.”*
Przełomowy wpływ na postrzeganie świata miało u mnie poznanie technik Racjonalnej Terapii Zachowania. To metoda autoterapeutyczna do pracy z własnymi przekonaniami. Propaguję od lat jej idee. Pomaga zdrowo postrzegać siebie i otoczenie, zmieniać negatywne nawyki, wzmacnia racjonalne podejście do życia przy jednoczesnym głębokim rozumieniu własnych emocji.
Wkrótce o niej napiszę więcej, bo warto!





Jelita to nasz drugi mózg
Mikrobiom. Nasz nastrój zmienia się w jelitach
Mikroorganizmy w naszych jelitach decydują, jakimi ludźmi jesteśmy



* Schiraldi Glenn R. "10 prostych sposobów na poczucie własnej wartości".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 OffMatka , Blogger