4 lata edukacji domowej. Słodko-gorzka refleksja


Moja rodzina, ja i dzieci bardzo się zmieniliśmy przez ostatnie cztery lata. Jesteśmy jak pędzący pociąg z wagonikami. Kiedy któryś szwankuje, zatrzymujemy się. Tory prowadzą nas w nieznane, ale razem jedziemy do przodu. Dokąd zajedziemy? Kto to wie. Na razie skupiamy się na widokach za oknem.
Z pewnością duży wkład w zmianę ma fakt, że dzieciaki są w edukacji pozaszkolnej, że spędzamy mnóstwo czasu razem i mamy istotny wpływ na wewnętrzne relacje i zasady rządzące naszym życiem. Nie musimy walczyć z innymi ludźmi o dobro naszych dzieci. Nie musimy mierzyć się z niesprzyjającym otoczeniem, bo sami decydujemy kiedy i z kim spędzamy czas. Możemy swobodnie trenować kompetencje życiowe w bezpiecznym otoczeniu, komunikację, umiejętność osiągania własnych celów, współpracę z innymi, wiarę w siebie i radzenie sobie w ogólnie pojętym żywocie.

Nie trzeba znaleźć się w systemie szkolnym, żeby to przetrenować. Można w środowisku pozaszkolnym, w środowisku edukacji alternatywnej albo w rodzinie - szczególnie wielodzietnej, gdzie każdy chce wyrażać siebie, stawiać granice, czuć się ważny. Forsowanie swojego zdania, dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb (każdy ma inne) można ćwiczyć praktycznie non stop. Dorosły zyskuje na tym więcej niż na najlepszej terapii, bo nie ma lepszego nauczyciela, jak dziecko, w którym można przeglądać się jak w odbiciu lustrzanym. Oby bez strat, oby nie z pustego.... Wtedy zamiast chcieć zmieniać dziecko, zaczynasz zmieniać siebie. Przyglądasz się sobie i relacjom i masz cholernie dużo okazji, aby nazbierać mnóstwo wspólnych wspomnień.

Jako refleksję podaję kilka stereotypów, z którymi się spotkałam, odnośnie edukacji domowej. Mierzę się z nimi z naszej perspektywy (rodziców pracujących i rodziny wielodzietnej) i to jest moje podsumowanie: słodko-gorzka refleksja na rozpoczęcie piątego roku w ED.




Wychowujesz "śnieżynki", jak wrócą do "normalnego życia" to zderzą się ze ścianą

Spotykam się z zarzutem, że skoro "trzymam" dzieci w domu, to chcę je chronić przed złym światem, który wcześniej czy później je dorwie i wtedy będzie dla nich katastrofa. Określenie "pokolenie płatków śniegu" czy "dzieci - śnieżynek" wzięło się z książki "Fight Club” Chucka Palahniuka. Pada tam z ust bohatera Tylera Durdena tekst "Nie jesteś wyjątkowy. Nie jesteś pięknym i unikalnym płatkiem śniegu”. Pokolenie z rozbuchanym ego, nastawione na JA, egocentryczne, narcystyczne, egoistyczne, niezaradne i niesamodzielne. Przekonane o własnej wyjątkowości i przewrażliwione na swoim punkcie. Otaczane opieką przez rodziców na każdym kroku, "trzymane pod kloszem". Taki mniej więcej jest obraz "pokolenia płatków śniegu". 

Postrzeganie podziału na "normalne życie" i "życie w ED" w kategorii czarno-białe jest błędne.  Przekonanie, że jedynie środowisko pruskiego systemu szkolnego odpowiednio kształtuje człowieka, jest błędne. Tak, jak błędne jest przekonanie, że środowisko edukacji domowej jest idealne. Żadne rozwiązanie nie jest idealne, bo takie nie istnieją. Tak, prawdopodobnie nasze dzieci wiele razy zderzą się ze ścianą. Jak sobie z tym poradzą i jakie będzie miało to konsekwencje, nie zależy wyłącznie od tego, czy są w ED czy w szkole czy w edukacji alternatywnej - nie przede wszystkim od tego.
Clue leży w kompetencjach życiowych dzieciaka, bo jeśli otoczenie nie wspiera go w radzeniu sobie ze stresem, to przeżywany stres wcale nie uodporni i nie wzmocni, co najwyżej zbuduje grubą skórę, a pod spodem będzie tlił się wulkan. Jeśli dziecko czuje dużą potrzebę stawiania własnych granic, jest nadwrażliwe w którąś stronę, ma trudności osobiste i społeczne, to niewspierające środowisko szkolne prawdopodobnie mu nie posłuży. Zabierze mu sen i ruch. Swobodę wyrażania siebie i czas. Zabierze potencjał, wyjaskrawi słabości i "deficyty". 

Zazwyczaj dzieci w ED otoczone są dużą uwagą rodziców. Może to pójść w stronę nadopiekuńczości, która jest formą przemocy. Można być w ED i traumatyzować stresem, przerzucając na dziecko własne potrzeby, ambicje, kompleksy, popaść w męczeństwo rodzicielskie. Albo kompensować własne braki w życiu osobistym (brak rozwoju, pasji, bliskości w związku czy w ogóle partnera) i zawodowym (brak pomysłu na siebie, brak pracy), zbyt skupiając się na dziecku, łamiąc w ten sposób jego prawo do rozwoju osobistego i społecznego (tu Jean Liedloff pisze o niefortunnych konsekwencjach skupiania się na dziecku).

W moim odczuciu zbyt mało mówi się o ciemnych stronach edukacji pozaszkolnej, o cieniach i trudach tego typu stylu życia rodzinnego. Z jednej strony dobrze, że skupiamy się się na pozytywach, z drugiej pamiętamy fatalne skutki budowania wizerunku rodzicielstwa szczęśliwie spełnionego i idealnego, owe łał może ładnie wygląda na Instagramie ale jest czymś okupione, jakimś długiem osobistym, emocjonalnym, społecznym.

Integracja środowiska ED jest wciąż słaba i znacznie różnią się wspomniane style życia, potrzeby i oczekiwania, że ciężko mówić o uniwersalizmie.  
Tak czy siak przydało by się więcej obiektywizmu.


Przedszkole i szkoła są potrzebne, sama nie dasz dzieciom tego, co tam dostaną - tyle różnorodnych zajęć.

Też byłam dzieckiem. Nie chodziłam do przedszkola, siedziałam z babcią. Nie miałam żadnych dodatkowych zajęć zorganizowanych, nikt mi też ich nie organizował w domu. Bawiłam się tak, jak podpowiadała mi wyobraźnia. Do dziś lubię być sama ze sobą, a najlepsze rzeczy wymyślam, kiedy nikt nie podstawia mi nic pod nos. Kiedy już nasycę się byciem ze sobą, mogę wyjść do ludzi. Nie wyrosłam na socjopatkę czy głąba, choć do 7 roku życia nie chodziłam na sporty, języki, tańce czy szachy. Latałam za to sporo po podwórku. Ale ja byłam trochę odludkiem...

W podstawówce różnorodność zajęć polegała na tym, że chodziło się z sali do sali i drżało na kartkówki. Uczyłam się słabo i niechętnie, w niczym nie byłam dobra, poza pisaniem opowiadań. Przez te opowiadania przypięto mi łatkę humanistki, co w praktyce życiowej okazało się zupełną bzdurą.

Obserwując swoje dzieci, widzę, że jest to właśnie tym czego łakną najbardziej - niczym nie zakłócona, swobodna zabawa, przygoda, wiedza o otaczającym ich świecie i dużo ruchu. Podążanie za tym, czym same chcą się zająć. Pozwolenie im na swobodne obserwowanie świata, który ma sam w sobie mnóstwo bodźców. Nie mamy planu dnia, wypełnionego po brzegi ambitnymi zajęciami. I wiem, że nie jest to im potrzebne, ani mnie!
Przyjdzie czas, kiedy będą chciały więcej i wtedy to rozważę, ale argument, że to przyda się w życiu /na maturze / w pracy - jest oparty na wierze i myśleniu życzeniowym.


Kto się zaopiekuje dziećmi na ED? Co z pracą?

Teoretycznie zabierając dziecko z placówki, robimy to nie po to, aby organizować mu opiekę, ale po to, aby z nim być i budować więź opartą na wspólnie spędzonym czasie. Ale nie zawsze jest tak, nie każdy ma takie zasoby i przywileje. Jeśli pracujemy i nie możemy być w tym czasie z dzieckiem, to nie jest to sytuacja gorsza, ani bez wyjścia. To jedna z możliwych dróg. Można szukać alternatyw, wsparcia w opiece. Kooperatywy, prywatnych zajęć, opiekunki. Dylemat edukacja domowa albo praca to raczej kwestia okresu wczesnoszkolnego. Potem następuje usamodzielnienie i może być tylko łatwiej.

Jeśli nie mamy ogromnych kredytów, prawdopodobnie wypłata jednego opiekuna starczy na utrzymanie rodziny (jeśli opiekunów jest dwóch i jeśli jeden z nich może i chce nie pracować zarobkowo, a drugi z tego chce i może zrezygnować). W obecnych czasach mamy tę łatwość, że zawód, formę pracy i jej rodzaj można zmieniać i dokonywać różnych wyborów. Edukacja domowa to też wybór, niełatwy i ciągle będący przywilejem. W praktyce to niekoniecznie luźne szwendanie się po ambitnych wystawach, długie trasy po historycznych miejscach, czy sielskie liczenie koniczynek na łące. Oczywiście, można i tak, ale życie w edukacji pozaszkolnej to też proza, frustracja i zmęczenie rodziców, samotność, izolacja rodzin i dzieci. Będę to mocno podkreślać - edukacja domowa nie jest dla każdego dziecka i każdej rodziny.

Da się prowadzić dzieci w edukacji pozaszkolnej i pracować. Pytanie jakim kosztem. I czy dajesz z pełnego, czy z pustego? Czy dajesz z siebie bo chcesz, czy się poświęcasz?

Może być trudno, może być wspaniale.
 Niech każdy decyduje za swoją rodzinę i wybiera co jest dla niej najlepsze. 


Integracja w szkole z rówieśnikami jest niezbędna do rozwoju.

Zgadzam się, integracja, socjalizacja jest ważna. Czy koniecznie z rówieśnikami? Czy koniecznie w ławce? Niekoniecznie. Spędzanie iluś godzin w budynku nie gwarantuje, że rozwój społeczny będzie właściwy. I nie każdy ma szansę na integrację w szkole. Wypada wspomnieć o przemocy rówieśniczej, która jest galopującym zjawiskiem i rośnie w siłę. 

Czy nam - dzieciom z systemu - pobyt w szkole zapewnił umiejętność odnalezienia się w życiu: w pracy, w każdym nowym środowisku, nawiązywania codziennych relacji z innymi ludźmi? Czy szkoła tego naprawdę uczy? Pamiętam swoją klasę, grono osób z którymi się lubiłam bardziej i mniej. To był ważny dla mnie etap rozwoju. Pierwsze przyjaźnie, pierwsze silne emocje.
Ale może jest tak w wypadku szkoły, że działa jak katalizator wrodzonych predyspozycji każdego człowieka?
Bardziej obawiam się, że integracja w obecnych czasach globalnie zanika, nie jesteśmy już społecznością dzieci biegających z kijem i piłką po podwórku. Dzieci, które kiedyś po szkole biegały pod oknami, teraz mają szereg zajęć dodatkowych, albo są w wirtualnym świecie. 

Ale. Nie unikajmy tematu osamotnienia dzieci zarówno w edukacji pozaszkolnej i szkolnej. Samo wrzucenie dziecka w tłum nie gwarantuje rozwoju kompetencji społecznych, co najwyżej umiejętność przetrwania. 


Co dziecko robi cały dzień kiedy nie chodzi do szkoły?


Otóż to, co ono może robić poza szkołą? Nie może przecież nie robić nic. Musi mieć jakieś obowiązki, plan dnia, zajęcia i siedzieć posłusznie na tej twardej ławce, bo inaczej głupoty przychodzą do głowy, to jest nierozwojowe i dziecko dziczeje. Za to najbardziej nie lubię popkultury - lansuje ideę, że w życiu nie jest najważniejsze samo życie, że musi być coś więcej, coś extra. Że nie można napawać się, tym, że się jest, tylko trzeba być kimś i jakimś. Więc tylko chodzenie do szkoły zapewni odpowiedni rozwój. Jeśli dziecko zostaje w domu, to z pewnością odbija się od ściany do ściany, narasta w nim frustracja i to jest w ogóle jakaś patologia.
Więc co robią dzieci w edukacji domowej przez cały dzień? Po prostu żyją. 


Dzieci po ED mają problemy społeczne, muszą korzystać z terapii

Dzieci mogą mieć problemy społeczne z wielu powodów. A szkoła nie gwarantuje, że ich nie będzie, wręcz przeciwnie, patrząc na statystyki skolionofobii (fobii szkolnej). Dotyka dzieci szkolne i bynajmniej nie jest wymysłem, tylko przykrym faktem - to zaburzenie lękowe, potocznie zwane nerwicą szkolną, znajduje się w klasyfikacji zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania.
Pytanie, czy łatwiej stać się socjopatą dziecku wrzuconemu w tłum czy wyizolowanemu z tego tłumu? 


"Naszym zadaniem jest przygotować dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka".

Copyright © Szablon wykonany przezBlonparia